11-falcao

Do pewnego momentu kariera Radamela Falcao była przykładem harmonijnego, aczkolwiek zauważalnego rozwoju. Kolumbijczyk kilka lat temu zachwycał łatwością zdobywania bramek, a występy w Atlético Madryt pozwoliły mu stanąć w jednym szeregu z najlepszymi piłkarzami globu. Kolejne decyzje napastnika, za którymi stał agent piłkarski Jorge Mendes, nie należały jednak do najlepszych. Ponadto zaczęły mu doskwierać kontuzje, które skutecznie wyhamowały marsz być może nawet po Złotą Piłkę. Dziś „El Tigre” podejmuje kolejną próbę zaistnienia w poważnym futbolu.

Tygrysi skok

Falcao piłkarsko dojrzewał w Argentynie, gdzie grając dla River Plate został wypatrzony przez skautów FC Porto, które specjalizuje się w wyszukiwaniu piłkarskich perełek. Dwa lata spędzone w Portugalii przyniosły snajperowi rodem z Santa Marty ponad 70 zdobytych bramek, wszystkie możliwe krajowe trofea, a na deser triumf w Lidze Europy. W 2011 roku na Estádio do Dragão zaczęło być za ciasno dla błyskotliwego goleadora, który przeniósł się do stolicy Hiszpanii za 40 mln €. Smoki dwa lata wcześniej zapłaciły za niego zaledwie 5,5 mln €.

W barwach Rojiblancos „El Tigre” potrzebował zaledwie dwóch spotkań, aby ustrzelić hat-tricka w potyczce ligowej przeciwko Racingowi Santander. Kolumbijczyk wziął na siebie ciężar zdobywania goli, a prawdziwy popis dał w finale Europa League, którą zdobył drugi rok z rzędu i ponownie okazał się najlepszym strzelcem tych rozgrywek. Problem w tym, że we wspomnianym sezonie Atlético zajęło dopiero piątą pozycję w Primera División, co oznaczało niezakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów. Włodarze z Vicente Calderón dokonali nie lada zabiegów, aby gwiazda drużyny pozostała w Madrycie na kolejny sezon. Wszelkie założenia budżetu były jednak opierane o awans do elitarnych rozgrywek, a jego brak oznaczał wyprzedaż innych graczy. W ten sposób Los Colchoneros mogli spełnić warunki Finansowego Fair Play.

Falcao zdecydował się reprezentować czerwono-białe barwy przez następny rok, który okazał się jeszcze lepszy. Rozpoczęło się od bajecznego występu przeciwko Chelsea w ramach Superpucharu Europy, gdzie efektywność szła w parze z efektownością. Upokorzeni Londyńczycy trzykrotnie zostali skarceni przez kolumbijskiego snajpera.

W LaLiga „Tygrys” ustrzelił hat-tricka przeciwko Athletikowi Bilbao, o jego sile przekonywały się najsilniejsze zespoły, z Barceloną i Realem na czele, a w meczu z Deportivo spiker aż pięciokrotnie był zmuszony wykrzyczeć nazwisko genialnego napastnika. Kampanię 2012/13 Atlético zakończyło na najniższym stopniu podium, które okrasiło triumfem w Pucharze Króla.



Pierwszy błąd

Trzecie miejsce w lidze premiowało Los Colchoneros do występów w Champions League. Dla 26-letniego wówczas Falcao była to okazja na powrót do najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywek po trzech sezonach niebytu. Piłkarz wraz ze swoim agentem podjęli jednak decyzję o opuszczeniu Atlético. Jako możliwe kierunki wymieniano Chelsea, Paris Saint-Germain, a nawet Real Madryt, co oczywiście nad Manzanares zostałoby uznane za zdradę. Ostatecznie Radamel trafił do Monaco, gdzie ambitne plany roztaczał rosyjski właściciel Dmitry Rybolovlev. Klub z Księstwa miał jednak istotny mankament w postaci statusu beniaminka Ligue 1, co dla Kolumbijczyka oznaczało kolejny rok czekania na występy w europejskich pucharach. Brak możliwości skonfrontowania sił z najlepszymi ekipami na Starym Kontynencie zdecydowanie oddalał „El Tigre” od najważniejszych nagród indywidualnych.

Falcao rozpoczął przygodę nad Sekwaną z wysokiego „C”, bo tak należy określić siedem strzelonych bramek w pierwszych siedmiu ligowych starciach. W listopadzie 2013 roku pojawiły się jednak pierwsze problemy zdrowotne. Kontuzja uda nie pozwoliła napastnikowi grać przez miesiąc, a po powrocie zupełnie stracił animusz. W ponownym osiągnięciu optymalnej formy wychowankowi Lanceros Boyacá przeszkodził kolejny, znacznie poważniejszy uraz. W styczniu Falcao doznał zerwania więzadeł krzyżowych, co wykluczyło go z gry już do końca sezonu, a także pozbawiło możliwości wyjazdu na Mistrzostwa Świata do Brazylii. Warto dodać, że poprzedni klub Kolumbijczyla w tym samym czasie cieszył się z mistrzostwa kraju oraz uczestniczył w finale Ligi Mistrzów.



Książę zapragnął zostać królem

Latem „Tygrys” powrócił do pełnych treningów, a początek nowej kampanii ligowej we Francji tylko potwierdzał, że napastnik nie odczuwa już żadnych dolegliwości, czego dowodem regularnie zdobywane w tym czasie gole. Zamiast przygotowywać się jednak do występów w Lidze Mistrzów, Falcao w końcówce okienka transferowego zamienił Księstwo na Królestwo wybierając Manchester United. Decyzja o tyle dziwna, że Czerwone Diabły z racji słabego sezonu nie wywalczyły przepustki nawet do Ligi Europy. Ponadto Anglicy mieli problem ze spełnieniem zasad FFP, więc na Old Trafford zdecydowano się nieco obejść przepisy i wypożyczyć gracza za 10 mln € z opcją wykupu po sezonie za bagatela 55 mln €.

Źródło: mirror.co.uk
Źródło: mirror.co.uk

Zmiana otoczenia podziałała na Latynosa negatywnie, ale nie może to dziwić, skoro brakowało nawet czasu na aklimatyzację oraz zgranie się z zespołem. Początek był wprawdzie obiecujący, ale upływający czas działał na niekorzyść piłkarza, który w drugiej części sezonu całkowicie stracił zaufanie trenera. Włodarze United ostatecznie zdecydowali o niewykorzystywaniu opcji wykupu, ale niezrażony tym faktem Falcao nie opuścił jednak Wysp Brytyjskich. Na skorzystanie z jego usług zdecydowała się Chelsea i podobnie jak w przypadku MU, Kolumbijczyk przeniósł się na Stamford Bridge na zasadzie rocznego wypożyczenia.

Stolica Anglii również nie okazała się dla „El Tigre” łaskawa, a tylko spowodowała dalszy spadek w piłkarskiej hierarchii. Forma Falcao pikowała, aż w listopadzie ubiegłego roku nastąpiło bolesne zderzenie z ziemią. Groźna kontuzja uda wyeliminowała gracza z Ameryki Południowej na kilka miesięcy. Na domiar złego, Monaco nie zgodziło się na skrócenie wypożyczenia, o co zabiegali The Blues. 30-latek wrócił wówczas do gry dopiero w kwietniu, jednak zdołał rozegrać tylko kilkanaście minut, po czym Guus Hiddink definitywnie zrezygnował z niego przy ustalaniu składu.


Stare śmieci, stare problemy

Ostatnim miejscem, które pamięta skutecznego Radamela Falcao jest Monaco. W pierwszej połowie sezonu 2013/14 Kolumbijczyk toczył zacięty bój o miano najlepszego strzelca ze Zlatanem Ibrahimoviciem. Do 14. kolejki i urazu tego pierwszego, obaj napastnicy szli łeb w łeb, mając na koncie po dziewięć trafień. Ostatecznie 35-letni Szwed zdobył aż 26 bramek, a dziś z powodzeniem reprezentuje barwy Manchesteru United, w którym przecież nie poradził sobie Falcao…

Piłkarz Monaco postanowił nie udawać się już na żadne wypożyczenie, odrzucił także opcję transferu definitywnego i mimo trzydziestki na karku jeszcze raz chciał rozpocząć mozolną wspinaczkę na szczyt futbolu. Początek trwających rozgrywek był dla RF obiecujący, gdyż udało mu się strzelić gola w fazie eliminacyjnej Ligi Mistrzów przeciwko Fenerbahçe. W rewanżu z Turkami powtórzył swój wyczyn, niestety już w przerwie musiał opuścić plac gry ze względu na uraz ścięgna podkolanowego. Kontuzja na szczęście nie okazała się poważna i po miesiącu wrócił do gry. O pozycji Falcao w klubie z Księstwa niech świadczy fakt, że w kilku meczach zakładał opaskę kapitańską, a w spotkaniu z Rennes to właśnie Kolumbijczyk otworzył wynik rywalizacji.

Sielanka nie trwała jednak zbyt długo. W starciu z Niceą Falcao został mocno uderzony w głowę przez bramkarza rywali Yoana Cardinale. Wstrząśnienie mózgu i uraz czaszki spowodowały absencję w kolejnych meczach. Powrotu do pełnej sprawności nie mógł zasygnalizować lepiej niż zdobytą bramką przeciwko Montpellier. Popisem umiejętności „El Tigre” była niedawna potyczka z CSKA Moskwa w fazie grupowej Champions League. Dwoma golami Kolumbijczyk potwierdził, że nadal potrafi się świetnie ustawić w okolicach pola karnego przeciwnika oraz z łatwością porusza się po boisku nawet przy asyście rywala. Co ciekawe, były to pierwsze bramki 30-letniego snajpera w najważniejszych klubowych rozgrywkach od… 2010 roku! Biorąc pod uwagę wszystkie europejskie puchary, jego statystyki robią wrażenie.




Nauka na własnych błędach

Mimo wielkich sukcesów i osiągnięć indywidualnych, Falcao może zostać zakwalifikowany jako piłkarz niespełniony. Kontuzje są oczywiście wypadkami losowymi, jednak wybory towarzyszące jego karierze były często nietrafione. Zawodnik będący blisko piłkarskiego szczytu postanowił zrezygnować z gry w europejskich pucharach, a następnie starał się odbudować w nieznanej sobie lidze, w dodatku w klubach, które przeżywały akurat gorsze okresy. Można sie tylko zastanawiać, jaki wpływ na jego decyzje miał Jorge Mendes, ale Portugalczyk na pewno jest jedną z osób, która na grze Falcao znacząco się wzbogaciła.

Napastnika Monaco wiąże jeszcze dwuletni kontrakt z klubem i teraz Kolumbijczyk prawdopodobnie dwa razy się zastanowi przed podjęciem decyzji o ewentualnych przenosinach. Najbardziej potrzebne będzie mu zdrowie, które pozwoli na regularną grę i ustabilizowanie formy, którą imponował w przeszłości.

„Kontuzje nie są jedynym problemem Falcao, ale również brak regularnej gry w Manchesterze United i Chelsea. Cały czas jest jednym z najlepszych napastników na świecie i ma tylko 30 lat. Chcemy mu pomóc wrócić na najwyższy poziom” – Leonardo Jardim, trener AS Monaco

Na co stać piłkarza po przejściach doskonale pokazują przykłady Ibrahimovicia czy Aritza Aduriza, którzy karierę napastnika z powodzeniem kontynuują po skończeniu trzydziestego roku życia. Czy z Falcao będzie podobnie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *