C5X3CQ7WAAEB6TV

Mimo szumnych zapowiedzi oraz obietnic gry odważnej i ofensywnej, Legia kończy dwumecz z Ajaksem bez jakiekolwiek zdobyczy bramkowej. Rywale okazali się skuteczniejsi tylko o jedno trafienie, ale na dystansie 180 minut byli zespołem uważniejszym, dokładniejszym, a przede wszystkim piłkarsko lepszym. I dlatego przygoda wicemistrza Holandii z europejskimi pucharami będzie trwała jeszcze przez przynajmniej dwa kolejne pojedynki.

Przed pierwszym gwizdkiem sędziego niespodziewanie dużo mówiło się o składzie Wojskowych – rozważane były bowiem aż trzy wątpliwości. Pierwszą z nich stanowił środek obrony i partner dla Michała Pazdana. Maciej Dąbrowski nie dał powodu do zmiany po pierwszych wiosennych meczach, ale z drugiej strony, do pełnej dyspozycji wrócił już Jakub Rzeźniczak. Sporą niewiadomą była też forma Thibaulta Moulina, który dopiero kilkadziesiąt godzin przed początkiem rywalizacji uporał się z urazem. Ostatnią zagadką był kształt formacji ofensywnej, której jedynym pewnym elementem, o czym już wcześniej zapewniał Magiera, był Michał Kucharczyk. Odpowiedzi na każde z tych pytań pojawiły się jeszcze przed godziną 18.


O ile trudno było wytypować jedenastkę, na którą zdecyduje się opiekun mistrza Polski, to nadzwyczajnego wysiłku nie stanowiło przewidzenie, jaki sposób gry wybiorą oba zespoły. Gospodarze zdawali sobie sprawę z tego, że jeden gol dla rywala „zmusi” ich do odpowiedzenia dwoma trafieniami, zaś Legioniści mieli świadomość jakości rywala, a przede wszystkim jego aktualnej formy. Nic więc dziwnego, że pierwsze minuty upłynęły przy nieco chaotycznej i mało ciekawej dla postronnego kibica grze.


Piłkarze dowodzeni przez byłego opiekuna Zagłębia Sosnowiec wyciągnęli jednak część wniosków z zeszłotygodniowej potyczki i starali się umiejętnie podwajać krycie. Istotniejsze było jednak to, że cały czas szwankowały te same elementy, co w pierwszym meczu: pilnowanie Amina Younesa i uważna gra w środku pola. Z tego względu wiele akcji Ajaksu toczyło się właśnie stroną, po której atakował utalentowany skrzydłowy słynący z niezwykle skutecznych dryblingów.

W porównaniu do zeszłotygodniowego meczu przy Łazienkowskiej, Łukasz Broź mógł liczyć na większe wsparcie partnerów, ale często nawet pomoc Guilherme nie wystarczała do skutecznego odparcia szarż wychowanka Borussii Mönchengladbach. Właśnie jedna z takich akcji sprawiła, że po strzale Hakima Ziyecha Arkadiusza Malarza uratował słupek.

Największym zaskoczeniem było jednak to, że najgroźniejszym zawodnikiem gości przez długie minuty był ten, po którym należało się tego spodziewać najmniej – Valeri Qazaishvili. 24-letni Gruzin nie bał się brać na siebie odpowiedzialności, a co najważniejsze, wreszcie szukał gry w przeciwieństwie do tego, co pokazywał choćby w ostatnich dniach.


Zawodnikowi, który Ajax zna doskonale, brakowało jednak wsparcia partnerów. Dość powiedzieć, że w pierwszych minutach Michał Kucharczyk i Vadis Odjidja-Ofoe mieli ledwie po kilka kontaktów z piłką.


Wystarczyło jednak, że obaj ofensywni gracze Legii przeprowadzili jedną akcję, a Belg był kilka centymetrów od wprowadzenia w euforię licznej grupy kibiców, która udała się do Amsterdamu.

W pierwszej połowie Wojskowi zachowywali należytą czujność i skuteczność w grze obronnej, ale tuż po wznowieniu gry błyskawicznie zostali skarceni za chwilę nieuwagi. Wszystko zaczęło się od nadmiernej pobłażliwości środkowych pomocników, a całość dopełniła nie najlepsza interwencja Malarza, który w takich sytuacjach powinien wybijać piłkę do boku zdecydowanie mocniej…



Szybko stracony gol już na samym początku drugiej odsłony podziałał mobilizująco na przyjezdnych, a dodatkowym impulsem dla Warszawian miało być wprowadzenie Moulina. Zwłaszcza, że trafienie Viergevera wiele w sytuacji polskiego zespołu nie zmieniło – dalej kluczowe było zmuszenie Onany do kapitulacji. A jak pokazały ostatnie mecze z udziałem Ajaksu, nie było to zadanie z cyklu najłatwiejszych…


Kluczem do tego jest jednak posiadanie nominalnego, a przede wszystkim skutecznego napastnika, bo Michał Kucharczyk, mimo chęci walki i nieustępliwości, nigdy nie dysponował atrybutami klasowej „9”. Zwłaszcza, że często trudno było wychowankowi Świtu Nowy Dwór Mazowiecki poskromić nawyk schodzenia z piłką na skrzydło, co powodowało wakat w polu karnym rywala. Naturalne było więc wprowadzenie z ławki rezerwowych Necida, czego domagano się jeszcze przed upływem godziny gry.


Na domiar złego, podopieczni Petera Bosza w żadnym wypadku nie zamierzali skupić się wyłącznie na destrukcji i bronieniu korzystnego dla nich rezultatu. Cały czas de Godenzonen musieli mieć w głowie fakt, że jeden gol dla Legii diametralnie zmienia ich sytuację. Z tej racji co jakiś czas mocno „kotłowało się” pod bramką strzeżoną przez Malarza.

Długo oczekiwane wejście czeskiego napastnika nie przyczyniło się jednak do znaczącej poprawy jakości gry mistrza Polski, ale pokryło się z kilkoma momentami odważniejszej gry Wojskowych – efektem były groźnie sytuacje „Vako” i Maciej Dąbrowskiego. Chcąc tchnąć dodatkowe siły ofensywne, Magiera zdecydował się na ostateczną zagrywkę zmieniając Michała Kopczyńskiego i posyłając w bój Daniel Chimę Chukwu. Pokerowy ruch także nie przyniósł oczekiwanego efektu, a dodatkowo mógł poskutkować stratą jeszcze jednej bramki, ale gospodarze nie byli w stanie wykorzystać chociażby sytuacji pięciu na jednego (!) Łukasza Brozia.


Jaki był główny powód niepowodzenia? Długi fragmentami – nie tylko tego pojedynku, ale całego dwumeczu – Legionistom zabrakło przede wszystkim większej odwagi i wiary we własneumiejętności.


I miał rację Jacek Magiera – to właśnie było początkiem ewentualnego sukcesu…

 Ajax Amsterdam 1:0 Legia Warszawa 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *