DeJ0pYpWsAA9U1h

W sobotni wieczór poznaliśmy najważniejsze klubowe rozstrzygnięcie na Starym Kontynencie. Ponownie, tak jak w dwóch ostatnich decydujących bataliach Champions League, można było sparafrazować słowa Gary’ego Linekera: „Liga Mistrzów to takie rozgrywki, w których od września rywalizują 32 zespoły, a na końcu i tak zwycięża Real Madryt”. Królewscy znaleźli się jednak w sobotę w gigantycznych opałach, będąc przez kilkanaście pierwszych minut całkowicie zdominowanymi przez ekipę Jürgena Kloppa. Nie ma wątpliwości, że kluczowe dla kijowskiej rywalizacji okazały się dwa czynniki: kontuzja Mohameda Salaha oraz fatalne błędy Lorisa Kariusa. Jak wnioski można więc wysnuć po wczorajszym pojedynku?

Doświadczenie okazało się silniejsze niż fantazja

Przed pierwszym gwizdkiem sędziego Milorada Mažicia w eterze górowało w zasadzie tylko jedno pytanie: co okaże się ważniejsze w sobotnim pojedynku – finałowe doświadczenie Realu, który do decydującej batalii Champions League dotarł już po raz trzeci z rzędu, a czwarty w ostatnich pięciu latach, czy jednak ofensywne usposobienie The Reds, które wystarczyło do pozbawienia Pepa Guardioli marzeń o kolejnym triumfie w LM.

Obie strony torpedowały się wzajemnie argumentami: z czerwonej części Mersyside przytaczano rekordy strzeleckie tercetu Mohamed Salah – Sadio Mané – Roberto Firmino, zaś w Madrycie kazano przekazać pozdrowienia do Turynu oraz derbowego rywala z Wanda Metropolitano.

Piłkarska rzeczywistość ponownie okazała się przepełniona pragmatycznością, dlatego zwyciężyło doświadczenie. Heavymetalowy koncert Liverpoolu sprawił jednak, że przez wiele minut najbardziej utytułowana ekipa w historii tych rozgrywek była całkowicie zdominowana. Nie wiadomo natomiast, w którą stronę przesunęłaby się finałowa wskazówka, gdyby na przedstawiciela Premier League nie spadła zupełnie niespodziewana plaga egipska…




Silna ławka to silna drużyna

Tuż przed upływem drugiego kwadransa największa gwiazda ekipy z Anfield Road i główna nadzieja kadry Faraonów na udany występ w mistrzostwach świata nabawiła się urazu po starciu z Sergio Ramosem i mimo błyskawicznej interwencji personelu medycznego, niezbędna była roszada w składzie LFC. Ta sytuacja dobitnie pokazała, że informacje o silnej ławce rezerwowej to nie tylko mrzonki wypowiadane przez trenerów chcących zaszaleć na rynku transferowym, lecz kolejny argument przemawiający o sile danego zespołu.

Nie najlepiej świadczyło zatem o trzeciej ekipie minionego sezonu Premier League, że jej opiekun mógł wybierać pomiędzy Adamem Lallaną a Dominikiem Solanke. Tymczasem jego francuski vis-à-vis mógł posłać w bój Lucasa Vázqueza, Marco Asensio, czy Garetha Bale’a, który notabene okazał się kluczem do zdobycia trzynastego w historii tytułu najlepszej ekipy na Starym Kontynencie.




Niespodziewany bohater stanął na piedestale

W ostatnich latach przyjęło się, że w wielkich finałach bardzo często błyszczą Ci, od których nikt tego nie oczekiwał. Warto przypomnieć choćby bramkę Édera w EURO 2016, czy decydujące trafienie Mario Götzego z ostatniego mundialu. To pozwalało podejrzewać, że także w Kijowie chwile radości będzie przeżywał nie Ronaldo, Salah, czy Firmino, ale ten, na którego mało kto stawiał, a nawet nie znalazł miejsca w wyjściowym składzie.

Gareth Bale, podobnie jak w ostatnim finale, musiał przełknąć gorzką pigułkę od swojego trenera i ponownie rozpoczął decydującą batalię wyłącznie z perspektywy ławki rezerwowych. To musiało być dla niego wyjątkowo bolesne, gdyż wiele mediów widziało Walijczyka jeszcze przed samym meczem w galowym zestawieniu Los Blancos.

Z całą pewnością nie pomagała w tym otoczka, która wytworzyła się wokół Bale’a w ostatnich tygodniach, a także łatka największego transferowego niewypału od czasów Brazylijczyka Kaki. Walijczyk udowodnił jednak swoim największym oponentom, że pogłoski o jego piłkarskiej śmierci były zdecydowanie przedwczesne i poprowadził stołeczną ekipą do trzeciego z rzędu wielkiego triumfu, strzelając jedną z najpiękniejszych bramek w historii Champions League.


Nie było więc żadnego zaskoczenia, gdy po kilku godzinach od ostatniego gwizdka serbskiego arbitra w mediach na Półwyspie Iberyjskim rozpoczął się nie roast, ale prawdziwy benefis byłego gracza Tottenhamu. „Zamienił wszystko w złoto jak król Midas”, „To puchar Bale’a!” – to tylko jedne z najbardziej pozytywnych dla wychowanka Southamptonu opinii hiszpańskich dziennikarzy.




Finał wielkich dramatów

Skoro był to zdaniem wielu znakomity finał, to musiały się także pojawić bolesne upadki. Warto zacząć jednak o tych, którzy przegrali z naturą fizyczną. Prawdziwym pechowcem okazał się Dani Carvajal. Przed dwoma laty uraz w decydującym starciu wyeliminował go z udziału w Mistrzostwach Europy we Francji, a niewykluczone, że z takiego samego powodu zabraknie 26-latka na rosyjskim mundialu.


Chwilę grozy przeżyli także kibice w Egipcie, ale wydaje się, że wbrew wcześniejszym informacjom, udział ich największej gwiazdy w MŚ nie jest jednak wykluczony, a jedynie „wątpliwy”.


Bramkarz Liverpoolu znów zapisał się w historii. Z dużą dozą pewności można więc założyć, że przed kolejnym finałem z udziałem ekipy z miasta The Beatles, największym obleganiem dziennikarzy będzie się cieszył golkiper The Reds. Tak już działo się w ostatnich czasach, że właśnie bramkarz LFC staje się głównym bohaterem decydującej rywalizacji, choć zapewne wszyscy woleliby powtórkę z historii Jerzego Dudka.


Trudno byłoby wskazać równie mizerny występ kluczowego elementu defensywy jednego z finalistów Ligi Mistrzów podczas tak ważnego starcia. Na myśl przychodzi w zasadzie jedynie Oliver Kahn, który zawalił „tylko” przy jednym trafieniu Brazylijczyka Ronaldo. Co ciekawe, legendarnego golkipera Die Mannschaft poproszono o opinię na temat swojego rodaka i z całą pewnością była ona dość bolesna…

„Nie mam pojęcia, w jaki sposób należy to skomentować – trudno mi sobie przypomnieć podobną sytuację. Czeka go mnóstwo pracy nad sferą mentalną, ale obawiam się, że ten występ może zniszczyć jego karierę”.

Oliver Kahn

Dla Kloppa jest to zaś ostateczny argument, że jego zespół, jeśli chce walczyć o najwyższe trofea, musi dysponować bramkarzem z absolutnego topu. Niewykluczone zatem, że po raz drugi w ostatnim czasie niemiecki menedżer uda się na niezwykle ważne zakupy do Rzymu.




„Zawsze byłem najlepszy!”

Ten wieczór miał wielu niespodziewanych bohaterów. Oprócz „Księcia Walii” byli to Trent Alexander-Arnold i Dejan Lovren, którzy wspólnie zatrzymali największego gwiazdora Los Blancos i króla strzelców tej edycji Champions League.


Pięciokrotny zdobywca Złotej Piłki postanowił jednak, że tego wieczora nie będzie można jednak mówić wyłącznie o niesamowitym wyczynie jego kolegów, pomyłkach Kariusa, czy urazie Salaha. Show musi skraść ON!


I choć te słowa wcale nie muszą oznaczać odejścia CR7 z Estadio Santiago Bernabéu, to odegrały swoją rolę idealnie, bowiem przed najbliższe dni nikt nie będzie mówił o słabym występie Portugalczyka na Stadionie Olimpijskim w Kijowie, ale o rzekomym odejściu do Paris Saint-Germain lub Manchesteru United.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *