DKrQZBSWsAACdkh

To było zdecydowanie najciekawiej zapowiadające się widowisko we wtorkowy wieczór z najlepszymi rozgrywkami piłkarskimi na Starym Kontynencie. Kibice na Signal Iduna Park byli świadkami wielu emocji, mnóstwa sytuacji podbramkowych i wreszcie niezwykle efektownych goli, które z pewnością zaspokoiły apetyty nawet najbardziej wybrednych koneserów futbolu.

Jak głosi klasyk, są trzy pewne rzeczy: śmierć, podatki i Arsenal kończący ligę na czwartym miejscu. Równie prawdopodobne stało się ostatnio jeszcze inne wydarzenie: starcie Realu i Borussii Dortmund na arenie międzynarodowej. Dość powiedzieć, że na przestrzeni ostatnich 5 lat doszło do ośmiu takich pojedynków. Rywalizacja Królewskich z BVB to także gwarancja wielu emocji i bramek, gdyż tylko dwa z tych ośmiu starć przyniosły mniej niż trzy gole!

Oba zespoły w zupełnie innych nastojach przystępowały jednak do rywalizacji na Westfalenstadion. Podopieczni Petera Bosza w rewelacyjnym stylu rozpoczęli nowy sezon i po sześciu kolejkach plasują się na pierwszym miejscu w tabeli Bundesligi.


Dodatkowo już na tym etapie rozgrywek Żółto-Czarni mogą pochwalić się aż 19 strzelonymi bramkami, co daje średnią ponad trzech trafień na mecz i plasuje Dortmundczyków w czołówce najważniejszych lig europejskich.

Na zupełnie innym biegunie znajduje się ostatnio zespół dowodzony przez Zinédine’a Zidane’a. Triumfator ostatniej edycji Champions League zajmuje dopiero piątą pozycję w LaLiga, a jego strata do liderującej Barcelony wynosi już siedem punktów. Francuski szkoleniowiec podczas spotkania z dziennikarzami nie krył jednak optymizmu:

„Jesteśmy Realem Madryt i to normalne, że ludzie oceniają naszą postawę. Nie sądzę jednak, żebyśmy stracili coś z naszej pewności siebie. Cały czas mamy dużą wiarę we własne umiejętności i skupiamy się na poprawie naszej gry, stwarzaniu i wykorzystywaniu okazji”

Zinédine Zidane

Poza przeciętną dyspozycją na hiszpańskich arenach, na korzyść Los Blancos nie przemawiały także statystyki, wszak stołecznej drużynie nie udało się zakończyć zwycięstwem ani jednej z sześciu ostatnich wizyt w Dortmundzie, a połowa z nich kończyła się niepowodzeniem.


Z drugiej strony piłkarze Realu mogli się pochwalić serią 28 meczów bez porażki na poziomie fazy grupowej Champions League. Dość powiedzieć, że po raz ostatni Królewscy musieli uznać wyższość przeciwnika w Lidze Mistrzów w październiku 2012 roku. Pogromcą? A jakże, Piszczek i spółka!


Obaj trenerzy nie mogli wpisać do protokołu meczowego wszystkich swoich najważniejszych graczy, a lista nieobecnych zawierała takie gwiazdy, jak Marco Reus, Marcelo czy Karim Benzema. Oczy kibiców na całym świecie miały być jednak skierowane na najważniejszych piłkarzy w obu ekipach: Pierre-Emericka Aubameyanga i Cristiano Ronaldo.

Gospodarze wtorkowej konfrontacji musieli szczególną uwagę poświęcić właśnie Portugalczykowi, który niezwykle udanie kończył ostatnie wizyty w Nadrenii Północnej-Westfalii.


Zawodnik, który cztery razy został uhonorowany „Złotą Piłką” miał także dodatkową motywację, bowiem rozgrywał swój 400. mecz w barwach najbardziej utytułowanego klubu w historii Ligi Mistrzów.

Ofensywne usposobienie obu zespołów pozwalało sądzić kibicom, że czekać ich będzie pokaz piłkarskich fajerwerków na miarę niedawnej rywalizacji Manchesteru City z Monaco. I rzeczywiście, już zaledwie trzy minuty po upływie premierowego kwadransa gry wynik zmienił się po raz pierwszy. Dani Carvajal świetnie zagrał do Garetha Bale’a, a ten efektownym strzałem z woleja rozerwał worek z bramkami. Przy okazji była to akcja dwóch piłkarzy Realu, którzy w ostatnim czasie musieli mierzyć się z największą krytyką.


W tej sytuacji należy wrzucić duży kamyczek do ogródka Łukasza Piszczka, któremu Walijczyk uciekł, sprawiając, że Polakowi pozostało jedynie podziwiać kunszt skrzydłowego Los Blancos z najlepszego możliwego miejsca. Prowadzenie gości zostało jednak przykryte przez sytuację sprzed kilkudziesięciu sekund, gdy Sergio Ramos zagrał piłkę rękę. Mimo że sytuacja wzbudziła spore kontrowersje, arbiter Björn Kuipers nie zdecydował się na podyktowanie rzutu karnego.

Dortmundczycy nie zamierzali jednak długo rozpamiętywać tych dwóch ciosów i błyskawicznie postanowili kontynuować swój podstawowy cel – sięgnięcie po trzy punkty, które wobec porażki w pierwszej kolejce były im niezbędne w kontekście dalszej rywalizacji w elitarnych rozgrywkach. Na drodze stawały jednak miejscowym gigantyczne przeszkody, a ich głównym źródłem był fakt, że Holender cały czas nie wypracował jeszcze skutecznej metody, która pozwoliłaby jego podopiecznym nawiązać wyrównaną walkę z ekipami ze ścisłej czołówki na Starym Kontynencie.


Dodatkowo do skutecznego przeciwstawienia się rywalowi pokroju Realu Madryt niezbędna jest wysoka dyspozycja największej gwiazdy, a Aubameyang poza zmarnowaniem dogodnej okazji, przy której ratunkiem dla Gabończyka okazał się spalony, nie zapewnił partnerom należytego wsparcia w pierwszej połowie. Warto odnotować, że okazję do rehabilitacji miał w tym momencie Piszczek, wszak to on wypracował aktualnemu liderowi klasyfikacji strzelców Bundesligi szansę do pokonania Keylora Navasa.

Zanim sympatycy BVB zdołali dokładnie zaobserwować, czy Bosz znalazł w przerwie jakiś nowy pomysł na Los Blancos, na jego zespół spadło kolejne utrudnienie. Akcja duetu Bale – Ronaldo spowodowała, że ten drugi mógł cieszyć się z bramkowego udokumentowania swojego jubileuszu.


Drugi gol dla Królewskich to skutek uboczny kolejnego błędu bocznego defensora gospodarzy. Tym razem zawinił młody Jeremy Toljan, który nie docenił imponującego przyśpieszenia gwiazdora Realu. Aby skutecznie odpowiedzieć na prowadzenie Tottenhamu w Nikozji, Die Borussen potrzebowali impulsu, a tym wydawał się być gol Aubameyanga, uzyskany zaledwie pięć minut po trafieniu CR7.

To trafienie okazało się jednak szczytem możliwości Żółto-Czarnych. Na nic zdały się korekty personalne i taktyczne, a więc chociażby przeniesienie Łukasza Piszczka na pozycję stopera. Real tego dnia był jak mafia – nie zamierzał przebaczać. A w rolę ostatniego egzekutora po raz kolejny skutecznie wcielił się Ronaldo, który może się pochwalić imponującym wynikiem w 2017 roku.


Borussia bardzo boleśnie zapłaciła za błędy, które w ostatnich miesiącach popełniły między innymi Manchester United czy Real Sociedad – uwierzyła, że z mistrzem Hiszpanii można wygrać grając ofensywną piłkę. Nawet w tym sezonie, gdy dyspozycja Los Merengues daleka jest od optymalnej, nikt nie potrafi równie skutecznie wykorzystać pozostawionego na murawie miejsca, zadając przy tym kolejne ciosy.


Teraz przed Peterem Boszem niezwykle wymagające tygodnie. Wysokie zwycięstwo Tottenhamu nad APOEL-em i popis Harry’ego Kane’a powodują, że strata Dortmundczyków do bezpośredniego rywala do zajęcia miejsca za plecami madryckiego giganta wzrosła do sześciu punktów i nawet wysokie zwycięstwa z mistrzem Cypru mogą nie wystarczyć BVB do kontynuowania misji o kryptonimie „Liga Mistrzów” także wiosną przyszłego roku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *