C_fTvLIXUAQmjYh

Mimo świetnego początku spotkania, Atlético nie zdołało odrobić strat z pierwszego meczu. Wygraną 2:1 nad lokalnym rywalem podopieczni Diego Simeone pożegnali stadion Vicente Calderón, który już nigdy nie będzie gościł żadnego zespołu na europejskich salonach. Bohaterami Realu zostali tym razem wszędobylski Luka Modrić i Isco – autor jedynej bramki dla Los Blancos.

2 maja Real po raz drugi w tym sezonie rozbił w drobny mak lokalnego rywala znad Manzanares 3:0 i kwestia emocji w półfinałowym dwumeczu wydawać się mogła zamknięta. Przed pierwszym gwizdkiem rewanżowego starcia wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że to Królewscy przypieczętują awans do drugiego z rzędu finału Champions League. Diego Simeone wierzył jednak, że można dokonać cudu. Magii środowemu wieczorowi dodawał fakt, iż było to ostatnie starcie w historii Ligi Mistrzów na Vicente Calderón.

Argentyńczyk, podobnie jak przed tygodniem, musiał radzić sobie bez Juanfrana. Miejsce na prawej stronie defensywy Rojiblancos zajął powracający do składu Urugwajczyk José Gímenez. „Cholo” postanowił jednak dokonać jeszcze jednej korekty – w miejsce słabiutkiego przed tygodniem Gameiro, w podstawowej jedenastce pojawiło się nazwisko Fernando Torresa.


Zinédine Zidane w porównaniu do meczu na Santiago Bernabeu dokonał jednej wymuszonej korekty – Danilo zastąpił kontuzjowanego Daniego Carvajala. Drugą roszadą personalną był powrót Raphaëla Varane’a, który na ławkę posłał Nacho. „Zizou” mógł liczyć na wypoczętą drużynę, bowiem w weekendowym spotkaniu przeciwko Granadzie zagrało tylko dwóch piłkarzy, którzy rozpoczęli pierwszy mecz przeciwko Los Colchoneros – Sergio Ramos i Casemiro.



Początek dzisiejszego spotkania pokazał, że Simeone nie rzuca słów na wiatr. Atlético momentalnie ruszyło w szaleńczą pogoń za wynikiem i za sprawą Koke mogło objąć prowadzenie już w trzeciej minucie gry. W początkowej fazie meczu drużyna argentyńskiego taktyka stworzyła więcej zagrożenia, niż na Santiago Bernabeú przez pełne 90 minut. Aktywna była przede wszystkim druga linia gospodarzy, w której prym wiódł kapitan Gabi. Doświadczony pomocnik raz po raz odbierał piłki w środkowej strefie boiska, choć najwięcej zagrożenia płynęło ze strony prawego skrzydła, gdzie znakomicie dysponowany był Yannick Carrasco. Prawdziwe bitwy wagi ciężkiej ze stoperami Realu toczył natomiast Fernando Torres. Los Blancos także udowadniali, że mimo inicjatywy Atlético mogą zagrozić bramce Oblaka. Słoweniec w fenomenalnym stylu obronił m.in. uderzenie głową Casemiro.

Trybuny Calderón po raz pierwszy zawrzały w 12. minucie, kiedy po rzucie rożnym do siatki Navasa trafił Saùl Ñíguez. Zdobyta bramka jeszcze bardziej dodała animuszu świetnie dysponowanym tego dnia podopiecznym Simeone. Zaledwie kilkadziesiąt sekund później w kolejnej świetnej ofensywnej akcji Rojiblancos Raphaël Varane podciął w polu karnym szarżującego Torresa. Griezmann tym razem jedenastki nie zmarnował i perspektywa kolejnej historycznej remontady wydawała się być, nomen omen, coraz bardziej realna.



Goście przez premierowe dwadzieścia parę minut kompletnie nie wiedzieli, co dzieje się nad rzeką Manzanares. Real przespał pierwszy kwadrans, a gdy się obudził, tablica świetlna pokazywała już wynik 2:0 dla miejscowych. Pressing, determinacja, hart ducha – to wszystko powodowało, że Atléti górowało nad odwiecznym rywalem. Drugie trafienie podziałało jednak na Królewskich jak płachta na byka. Podopieczni „Zizou”, zdając sobie sprawę ze świetnej dyspozycji rywali, wzięli się do wzmożonej pracy, by jak najszybciej skierować piłkę do siatki Oblaka. Inicjatywa, niczym w pierwszym starciu, znów powróciła do Realu. Zespół Simeone wycofał się i ustawił w swoim stylu – dwadzieścia metrów od własnej bramki. Znakomicie skomasowana defensywa Los Colchoneros długo stanowiła fortyfikację trudną do przełamania. Wicemistrz Hiszpanii grał zbyt schematycznie, wolno, bez charakterystycznego błysku. Rozczarowywał przede wszystkim środek pola Los Blancos. Kroos i Modrić nie byli tak kreatywni, jak do tego przyzwyczaili. Poza Isco i incydentalnymi wypadami Marcelo, próżno było szukać jakiegoś pierwiastka zaskoczenia w szeregach gości.

Na boisku niemal przez cały czas panowała atmosfera wojny. Turecki arbiter wielokrotnie był zmuszany do temperowania zawodników obydwu drużyn kartami. Mimo wielu boiskowych spięć, gra pozostawała jednak dość płynna. Kiedy wydawało się, że wspierani fanatycznym dopingiem gospodarze w końcu dopną swego i po raz trzeci pokonają Navasa, o sobie dał znać kunszt Karima Benzemy.

Francuz zamknął usta wszystkim krytykom, ogrywając trzech obrońców Atlético i wykładając futbolówkę Kroosowi. Niemiec uderzył po ziemi, ale Oblak jakimś cudem zdołał jeszcze obronić jego strzał, jednak przy dobitce Isco był już bezradny.


Drugą połowę ponownie z dużym animuszem rozpoczęło Atlético. Wzorowo prezentowała się druga linia gospodarzy, która imponowała zwłaszcza w odbiorze piłki. W przeciwieństwie do pierwszej części meczu, Los Colchoneros brakowało jednak łącznika pomiędzy pomocą a napadem. Zarówno Griezmann, jak i Torres pozostawali sam na sam z twardo grającymi defensorami Realu. Menedżer gospodarzy posłał więc w bój rezerwowych: Thomasa i Gameiro, co spowodowało zmianę ustawienia Rojiblancos. Więcej akcentów ofensywnych miało sprawić, że zagrożenie pod bramką Navasa będzie poważniejsze. W szeregach gospodarzy widoczne było jednak narastające zmęczenie. Coraz więcej prostych, indywidualnych błędów dowodziło, że pierwsza, niezwykle energetyczna połowa kosztowała drużynę „Cholo” mnóstwo sił. Real, świadomy tego, że nikt nie odbierze mu już awansu do finału, zaczął grać swoją piłkę. Ofensywne akcje, piękne zwody, popisy techniczne Modricia – to wszystko pokazywało, kto jest w tym dwumeczu drużyną lepszą. Kiedy już Atlético wykorzystało błąd Danilo, znów w pierwszoplanowej roli wystąpił Navas. Kostarykanin odbił dwa niesamowicie groźne strzały – najpierw Carrasco, a następnie dobitkę Gameiro, czym uratował Real przed utratą trzeciego gola. Poza tą jedną sytuacją na murawie Calderón panowali już jednak Królewscy. Orkiestra Zidane’a pod batutą dyrygenta rodem z Zadaru rozgrywała po przerwie świetną partię.



O swojej wartości przekonywał także Benzema. Francuz każdym kolejnym zagraniem udowadniał, że nie jest napastnikiem o wybitnych statystykach strzeleckich, ale serce, jakie wkłada w grę dla zespołu Los Blancos jest olbrzymie. Real kontrolował przebieg spotkania do samego końca. To, co tego wieczoru musiało imponować kibicom w poczynaniach obu zespołów to nieustanna zaciętość. Zarówno gospodarze, jak i przyjezdni zaciekle walczyli o każdą piłkę i o każdy centymetr boiska, choć wynik rywalizacji był już doskonale wszystkim znany. Królewscy jako pierwszy zespół od ośmiu lat awansowali do drugiego finału Champions League z rzędu. Czy będą pierwszą w historii ery Ligi Mistrzów ekipą, która obroni puchar? 3 czerwca w Cardiff „sprawdzam” powie znakomicie przygotowany taktycznie Juventus Allegriego.


Atlético Madryt 2:1 Real Madryt

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *