Simeone po zdobyciu mistrzostwa

Gdy w grudniu 2011 roku, kilka dni po kompromitującej porażce w Copa del Rey z trzecioligowym Albacete, trenerem Atlético zostawał Diego Pablo Simeone, chyba nikt nie wyobrażał sobie, jak wiele dobrego pod wodzą Argentyńczyka czeka w najbliższych latach klub znad rzeki Manzanares. Po dograniu do końca straconego wydawałoby się sezonu, w którym finalnie do czwartego miejsca gwarantującego grę w eliminacjach Ligi Mistrzów zabrakło zaledwie dwóch punktów, rozpoczęła się fantastyczna, wypełniona wieloma sukcesami droga Los Rojiblancos. Droga, którą w myśl zasady partido a partido prowadzi swoich wyznawców „Cholo”, i którą prowadził będzie również w sezonie 2017/18.

Po latach posuchy, które na Estadio Vicente Calderón nastąpiły po dublecie wywalczonym w 1996 roku, dopiero w sezonie 2010/11 udało się podopiecznym ówczesnego trenera Quique Sancheza Floresa nawiązać do lat świetności. Po zdobyciu Pucharu UEFA i Superpucharu Europy w madryckim klubie doszło jednak do sporych zmian, które zamiast do Ligi Mistrzów, zaprowadziły popularnych Los Colchoneros w niespełna półtora roku (!) w dolne rejony tabeli Primera División, a także do heroicznych bojów w Pucharze Króla z trzecioligowcem. Krótka współpraca z Gregorio Manzano okazała się dla Atletich drogą przez mękę, którą zakończyło dopiero przyjście „Cholo”.


Pierwsze symptomy wyjątkowości Simeone łatwo zauważyć już gdy porównamy składy, w jakich Rojiblancos rozpoczynali dwa spotkania na przestrzeni niespełna pół roku.

21.12.2011, 1/16 finału Pucharu Króla: Atlético Madryt 0:1 Albacete Balompié

Atlético: Asenjo – Juanfran, Miranda, Godin, Filipe Luis – Paulo Assunção, Gabi, Koke, Diego – Adrián López, Falcao

9.05.2012, finał Pucharu UEFA: Atlético Madryt 3:0 Athletic Club

Atlético: Courtois – Juanfran, Miranda, Godin, Filipe Luis – Mario Suárez, Gabi, Diego, Arda Turan – Adrián López, Falcao

Jak widać, Atlético nie potrzebowało rewolucji personalnej – Atlético potrzebowało „Cholo”.


Pasmo sukcesów

Kolejny sezon to początek wspaniałej drogi, ale niekoniecznie usłanej samymi różami. Jedno z ulubionych powiedzeń Simeone: „Wysiłek nie podlega negocjacji” mówi w zasadzie wszystko. Ogromna intensywność, wytrwały pressing, często przez całe spotkanie, nieprawdopodobne liczby przebiegniętych kilometrów wykręcane praktycznie w każdym meczu, zabójcze kontry i niebywała efektywność – Atlético często nie grało pięknie, natomiast niemal zawsze było do bólu skutecznie i nie wybaczało rywalowi nawet najmniejszego błędu. Efekty przyszły szybko, a triumf w Lidze Europy był dopiero początkiem. W dwóch następnych kampaniach klubowe gabloty powiększyły się o trzy kolejne trofea: Superpuchar Europy, Puchar Króla oraz upragnione mistrzostwo Hiszpanii. To ostatnie wydawało się być w dzisiejszych czasach nierealne. Kolejne rekordy punktów zdobytych w jednym sezonie śrubowane przez Real Madryt i Barcelonę, oscylujące w granicach stratosferycznej setki, raptem przestały mieć znaczenie. Banda Simeone wkroczyła na salony i zaczęła bezczelnie rozpychać się łokciami, w maju 2014 roku rozsiadając się wygodnie na najważniejszym miejscu w LaLiga.

Ów maj mógł się zresztą stać najwspanialszym miesiącem w historii Atlético, którego najprawdopodobniej nic w przyszłości nie mogłoby przebić. W przeciągu ledwie tygodnia Rojiblancos stanęli przed możliwością zdobycia mistrzostwa kraju oraz Ligi Mistrzów. O ile pierwsze zadanie zostało wykonane w stu procentach, o tyle do apogeum szczęścia zabrakło niespełna minuty…



Stabilizacja

W kolejnych sezonach obsesją Diego Simeone stało się zatem wygranie Ligi Mistrzów. Sam Argentyńczyk wielokrotnie podkreślał, że rywalizowanie z wielką dwójką na przestrzeni całej temporady jest w zasadzie niemożliwe, natomiast podczas 180 minut dowolnego dwumeczu jego podopieczni są w stanie stawić czoła każdemu rywalowi. Po dołożeniu już na starcie następnej kampanii kolejnego skalpu w postaci Superpucharu Hiszpanii, klub znad Manzanares osiągnął pewnego rodzaju stabilizację. Trzecie miejsce w lidze, które u progu nowego sezonu było traktowane jako priorytet (w Primera División gwarantuje ono bezpośredni awans do Ligi Mistrzów – przyp. red.), w miniony weekend Atlético osiągneło już po raz trzeci z rzędu. W Copa del Rey dwukrotnie ćwierćfinał, a w tym roku półfinał okazywały się dla Los Colchoneros etapami nie do przeskoczenia. W europejskich pucharach natomiast kolejni przeciwnicy okazywali się zbyt słabi na żołnierzy charyzmatycznego szkoleniowca z Buenos Aires. Kolejne, poza… Realem Madryt. Ćwierćfinał, finał, półfinał – to etapy osiągane przez piłkarzy Atlético w ostatnich trzech edycjach Ligi Mistrzów. O ile porażka w 1/4 finału i ubiegłotygodniowa nieudana pogoń po fatalnym pierwszym meczu zostały na Calderón przyjęte z żalem, ale dość spokojnie, o tyle to, co wydarzyło się niespełna rok temu w Mediolanie mogło doprowadzić do prawdziwego trzęsienia ziemi, po którym już nic w czerwonej części Madrytu nie byłoby takie samo…

„Byli od nas lepsi w serii rzutów karnych i znowu sięgnęli po trofeum. Jesteśmy załamani, mamy dość. Nikt nie pamięta finalistów, wszyscy pamiętają zwycięzców. Przegranie drugiego finału Ligi Mistrzów jest prawdziwą katastrofą. Musimy jednak się z tym pogodzić i w domach wyleczyć rany”Diego Simeone po przegranym w rzutach karnych finale z Realem Madryt

Wśród fanów Rojiblancos narodził się uzasadniony niepokój, że twórca nowego, wielkiego Atlético pożegna się z klubem, zwłaszcza że Inter Mediolan, o którym od wielu lat Argentyńczyk wypowiada się jako o swoim kolejnym upragnionym przystanku w karierze trenerskiej, przyjąłby tak wybitnego fachowca z otwartymi rękami.


Co dalej? Wszystko zależy od FIFA

Podsumowanie ostatnich lat w wykonaniu Atlético prowadzi do jednoznacznych wniosków – trwa właśnie najlepszy okres w historii klubu, którego nie byłoby bez charyzmatycznego szkoleniowca. Kilka dni temu podczas wideokonferencji dotyczącej planowanego na lato 2017 turnieju towarzyskiego Audi Cup Simeone potwierdził, że w najbliższym sezonie nadal poprowadzi drużynę Los Colchoneros – zapewne po to, by w końcu zdobyć upragnione europejskie trofeum. Wydaje się, że to może być jednak ostatni sezon „Cholo” w Atlético i zarazem koniec pewnej ery. Skrócenie rok temu kontraktu (początkowo umowa obowiązywała do końca sezonu 2019/20, obecnie kończy się w czerwcu 2018 – przyp. red.) według opinii wielu może oznaczać jedno – Diego Pablo przeprowadzi zespół na nowy stadion (Atlético będzie teraz rozgrywało swoje mecze na nowym, niespełna 68-tysięcznym obiekcie Wanda Metropolitano – przyp. red.) i po raz kolejny spróbuje wygrać Champions League.


Bardzo ciekawie zapowiada się najbliższa przyszłość mniej utytułowanej ekipy ze stolicy Hiszpanii, wszak w dużej mierze zależy ona od jednej, acz kluczowej decyzji. 14 stycznia ubiegłego roku Atlético zostało bowiem ukarane rocznym zakazem dokonywania transferów w związku z nieprawidłowościami przy sprowadzaniu niepełnoletnich zawodników. W myśl decyzji Komitetu Dyscyplinarnego FIFA, zakaz obejmuje dwa okienka transferowe w roku bieżącym. Po odpokutowaniu styczniowego, klub jest obecnie w fazie oczekiwania na decyzję o złagodzeniu kary, która wydaje się bardzo prawdopodobna, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, iż identyczną sankcję za analogiczne wykroczenie otrzymał Real Madryt i uległa ona skróceniu do jednego okienka.


Sytuacja wydaje się prosta – w przypadku utrzymania kary sezon transferowy w czerwono-białej części Madrytu będzie martwy. Wszelkie plotki na temat odejścia czołowych piłkarzy: Oblaka, Giméneza, Juanfrana czy przede wszystkim Antoine’a Griezmanna będzie można włożyć między bajki, a Rojiblancos spróbują powalczyć o najwyższe cele w niezmienionym składzie. Wbrew pozorom nie jest to rozwiązanie złe dla Atlético. Obecny sezon pokazał co prawda, że w pewnym momencie Simeone zabrakło wartościowych zmienników na ławce rezerwowych, ale kluczem do tego nie była zbyt wąska kadra, lecz coś zgoła innego – kontuzje wykluczające na wiele tygodni Tiago i Augusto Fernándeza znacząco ograniczyły Argentyńczykowi pole manewru w środku pola. Skutków urazów dwóch prawych obrońców, Juanfrana i Vrsaljko, nie da się zminimalizować za pomocą transferów, bo nikt takiej sytuacji nie przewidzi. Gdy dodamy do tego nie najpiękniej starzejącego się Fernando Torresa, którego głównym rywalem do gry na środku ataku jest chimeryczny i nierówny Kevin Gameiro, wyjdzie na to, że Atleti i tak osiągnęli wiele.

Wejście w nową kampanię w tym samym składzie osobowym, ale po odpowiednim odpoczynku (w obecnym sezonie nie ma znaczących rozgrywek reprezentacyjnych – dod. red.) i bez przewlekłych kontuzji, może wyjść Los Colchoneros na dobre. Niemniej sytuacja, w której FIFA skraca okres zakazu transferowego, rysuje się jeszcze ciekawiej. Dużo będzie zależało wówczas od decyzji wspomnianego wcześniej Griezmanna, na którego od pewnego czasu ostrzy sobie zęby José Mourinho. Wydaje się jednak wielce prawdopodobne, że po raz kolejny decydującą rolę w tej sytuacji może odegrać osoba Simeone, który nie jest bez szans, aby przekonać Francuza do pozostania na Wanda Metropolitano. Jeśli tak by się stało, a dodatkowo prawdziwe okazałyby się informacje, jakie obiegły piłkarski świat kilka tygodni temu, jakoby robiący od kilku lat furorę nad Sekwaną napastnik Olympique’u Lyon Alexandre Lacazette zdecydował, że w następnym sezonie chce grać w Atlético, to wydaje się, że niewiele brakowałoby do tego, aby „Cholo” zbudował zespół kompletny. Wówczas wystarczyłoby jedynie zastąpić Nico Gaitana (od którego większym niewypałem transferowym ostatnich lat jest chyba tylko Jackson Martínez), znaleźć odpowiedniego zmiennika dla grającego zbyt dużo Filipe Luisa i można ponownie walczyć o wszystko.


Jak nie teraz, to nigdy?

Czas płynie nieubłaganie. Kiedyś młodzi-zdolni, jak Saúl Ñíguez, Koke, Lucas Hernández czy Yannick Carrasco, stali się piłkarzami pełną gębą, natomiast wielu z tych, którzy od dłuższego czasu stanowią o sile pierwszego zespołu, przekroczyło już trzydziestkę. Gabi, Juanfran, Filipe Luis, Godin, a do tego także Miguel Ángel Moyà, Augusto Fernández, Tiago i Torres – ponad jedna trzecia obecnej kadry Atlético to piłkarze zbliżający się powoli do końca swoich bogatych karier. Nikt nie jest w stanie wykluczyć także tego, że linia obrony złożona z trzech trzydziestokilkulatków będzie grała na najwyższym poziomie nawet przez następne pięć sezonów. Jest to możliwe o tyle, że cała trójka zgodnie twierdzi, jakoby klub znad Manzanares był ich ostatnim pracodawcą. Jednak w pewnym momencie organizmu nie da się oszukać i gwarancje trzymania odpowiednio wysokiego poziomu będą z roku na rok coraz mniejsze. Gdy dodamy do tego fakt, że Simeone prędzej czy później (po 5,5 roku pracy w Madrycie już zapewne prędzej) zdecyduje się na zakończenie swojej przygody w ukochanymi Rojiblancos, wydaje się niemal pewne, że obecna formuła powoli dobiega końca, a Atletich czeka w niedługim czasie spora rewolucja.


Nie jest bynajmniej wykluczone, że sportowo Los Colchoneros nie ucierpią – przez ostatnie lata weszli bowiem zarówno organizacyjnie, finansowo, jak i sportowo na pułap, na którym mogą się utrzymać jeszcze przez wiele lat. Niemniej dla tworzącej się ponad pięć lat temu bandy „Cholo”, dla żołnierzy wychodzących na każdego rywala z pianą na ustach, dla tych, których bezwarunkowo pokochano i którzy są źródłem ogromnych emocji dla swoich wiernych socios na całym świecie właśnie wybrzmiewa prawdopodobnie ostatni dzwonek…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *