ClK7MkxXIAIuMA-

Kolejny dzień EURO 2016 przyniósł nam nadspodziewanie wiele goli. Do tej pory przywykliśmy do jednej lub dwóch bramek na spotkanie, ale dzisiejsze popisy Hiszpanów, Czechów oraz Chorwatów wszystko zrekompensowały. Zaczęło się niepozornie, bo mecz Włochów ze Szwecją nie zachwycił, ale minimalne zwycięstwo zapewniło ekipie Antonio Contego awans do 1/8 finału. Drugim zespołem, który powtórzył to osiągnięcie jest Hiszpania, a promocję do fazy pucharowej La Roja przypieczętowała efektownym 3:0 z Turcją. W międzyczasie doszło do niezwykle emocjonującego starcia Czechów i Chorwatów.

Gdy we wszystkich polskich domach nieco opadły już emocje po rywalizacji Polski z Niemcami, z uwagą mogliśmy rozpocząć śledzenie kolejnego dnia zmagań na francuskich boiskach. Wszystko rozpoczęło się w Tuluzie, gdzie na murawę wybiegły jedenastki Włoch i Szwecji. Po pierwszej kolejce grupy E w znacznie lepszych humorach znajdowali się podopieczni Antonio Conte, którzy w niezłym stylu uporali się z faworyzowanymi Belgami. Bramki Emanuele Giaccheriniego oraz Graziano Pellè zapewniły Squadra Azzurra cenne zwycięstwo i pokazały niedowiarkom, że Włochów stać na tych mistrzostwach na dokonywanie rzeczy spektakularnych.


Teraz ekipę z Półwyspu Apenińskiego, w opinii wielu ekspertów, czekało pierwsze spotkanie na tym turnieju w roli faworytów. Rywalem byli bowiem Szwedzi, którzy początku mistrzostw nie mogli zaliczyć do specjalnie udanych. Remis z Irlandią nie jest może tragicznym wynikiem, ale już sposób gry zaprezentowany przez podopiecznych Erika Hamréna pozostawiał wiele do życzenia. Reprezentacja Trzech Koron miała w tym meczu sporo szczęścia i tylko nieskuteczności Irlandczyków oraz przebłyskowi umiejętności Zlatana Ibrahimovicia w drugiej połowie mogą zawdzięczać uniknięcie porażki. W starciu z Włochami Szwedzi, aby zachować szansę na wyjście z grupy, musieli bić się o pełną pulę, więc nic dziwnego, że Hamrén dokonał w składzie aż trzech zmian: Erik Johansson wskoczył do składu za poturbowanego po spotkaniu z Irlandią Mikaela Lustiga, Albin Ekdal zmienił Oskara Lewickiego, a partnerem „Ibry” w ataku był tym razem nie Marcus Berg, a John Guidetti.


Antonio Conte po dobrym występie z Belgami nie miał potrzeby dokonywania aż tylu roszad. Ostatecznie w ekipie Włoch mogliśmy obserwować tylko jednego nowego zawodnika. Był nim gracz AS Romy Alessandro Florenzi, który zagrał zamiast kontuzjowanego Matteo Darmiana.


Pierwsza połowa nie dostarczyła niestety zbyt wielu emocji, a obie drużyny nie stworzyły sobie ani jednej dogodnej sytuacji do zdobycia bramki. Najlepszym potwierdzeniem tej dość mało atrakcyjnej gry była statystyka celnych strzałów, która wskazywała zaledwie jedną taką próbę po stronie Włochów. A Szwedzi? No cóż…


Mimo wszystko to jednak podopieczni Erika Hamréna sprawiali do przerwy nieco lepsze wrażenie i widać było w ich poczynaniach sporą determinację. Z pewnością można ocenić Skandynawów lepiej niż za poprzedni mecz z Irlandią, a poprawę widać było głównie w obronie, gdzie wyróżniał się Andreas Granqvist. Włosi, którzy stwarzali sobie dość sporo sytuacji w spotkaniu z Belgią, tym razem nie byli w tak wysokiej dyspozycji. Problemy z przodu mieli jednak również Szwedzi, a Ibrahimović nie był w stanie poradzić sobie z twardo grającymi defensorami. Nie ma wątpliwości – to nie była najlepsza pierwsza połowa na tym turnieju i wszyscy mieli nadzieję, że mecz nabierze rumieńców po przerwie.


Ci, którzy spodziewali się tego, że mecz przyspieszy po zmianie stron musieli się jednak poczuć zawiedzeni. Obie drużyny nadal skupiały się na walce w środku pola, a emocji pod bramkami Buffona i Isakssona było jak na lekarstwo. Przez niemal całe spotkanie wydawało się, że starcie na Stadium Municipal zakończy się nudnym, bezbramkowym remisem, który dla obu drużyn był dosyć wygodnym wynikiem. Sytuacja zaczęła się jednak zmieniać w ostatnich dziesięciu minutach, kiedy mocniej zaatakowali Włosi. Najpierw po dośrodkowaniu Emanuele Giaccheriniego dobrą sytuację miał Marco Parolo, ale piłka po jego uderzeniu głową trafiła jedynie w poprzeczkę.



Szwedzi nie potraktowali jednak poważnie tego ostrzeżenia i już po kilku minutach musieli gorzko zapłakać. Ich ciężka praca, która miała doprowadzić do zdobycia choćby jednego punktu spełzła na niczym, gdy po indywidualnym rajdzie piłkę do bramki wpakował Éder. Włoscy kibice oszaleli z radości, ale również ze zdziwienia, bowiem napastnik Interu w ciągu ostatniego półrocza zdobył w lidze zaledwie jedną bramkę i wielu miało pretensje do Antonio Conte, że zdecydował się zabrać go na turniej. Jakby tego było mało, asystę przy tym trafieniu zaliczył Simone Zaza, który w Juventusie jest zaledwie rezerwowym. Słabi w teorii napastnicy Squadra Azzurra znów na tym turnieju zamknęli więc usta krytykom i pokazali, że piłkarska rzeczywistość potrafi być przewrotna.




Bramka Édera była kolejną na tych mistrzostwach zdobytą w samej końcówce spotkania, co tylko potwierdza, że na francuskim turnieju nawet w najnudniejszym meczu z ferowaniem wyroków należy się wstrzymać do ostatniego gwizdka sędziego.


Po straconej bramce Szwedzi próbowali jeszcze doprowadzić do remisu, ale ich rozpaczliwe próby zdobycia gola nie znalazły szczęśliwego końca. Ostatecznie wynik nie uległ więc zmianie, co oznaczało drugie zwycięstwo Italii na EURO 2016 oraz awans do 1/8 finału. Włochom w stu procentach udało się zrealizować swój plan, a na szczególną uwagę zwraca zwłaszcza ich skuteczna postawa w defensywie. Nie jest to jednak absolutnie nic dziwnego, przecież Squadra Azzurra to drużyna od zawsze znana z tego, że raczej nie traci „głupich” bramek.



Sam mecz nikogo jednak nie mógł zachwycić, a Szwedzi w drugiej połowie nie poprawili fatalnego bilansu z przerwy, jeśli chodzi o celne strzały. Skandynawowie nie byli dzisiaj zdolni, aby poważnie zagrozić bramce Buffona i teraz ich szanse na awans są już bliskie zeru. Poza solidną defensywą, trudno doszukiwać się jakichkolwiek pozytywów w grze podopiecznych Hamréna. Włosi, którzy również nie zagrali porywającego spotkania, w decydujących fragmentach gry pokazali jednak większą klasę z przodu i zasłużenie wygrali.





 Włochy 1:0 Szwecja 

Mecz Czechów z Chorwacją, który rozpoczął się niewiele ponad godzinę po zakończeniu rywalizacji w Tuluzie, był spotkaniem drużyn o zupełnie odmiennych celach. Znacznie większa presja spoczywała na podopiecznych Pavla Vrby. Czesi przegrali bowiem w pierwszym starciu na francuskim turnieju z Hiszpanią i kolejna porażka niemal na pewno przekreślała ich szanse na awans. Natomiast Vatreni, prowadzeni przez Ante Čačicia, wygrali w poprzednim meczu z Turcją, więc to właśnie w tym zespole należało upatrywać nieznacznego faworyta. Ewentualny komplet punktów mógł już dzisiaj zapewnić Chorwatom wyjście z grupy i grę w 1/8 finału. W pogoni za tym sukcesem Čačić wystawił przeciwko Czechom ten sam skład, który kilka dni temu poradził sobie z reprezentacją Ay-Yıldızlılar.


Do zmian zmuszony był natomiast Vrba, który przeciwko Hiszpanom zdecydował się na dosyć defensywne ustawienie. W starciu z obrońcami tytułu na prawej pomocy wystąpił choćby nominalny obrońca Theodor Gebre Selassie i widać było w jego poczynaniach ofensywnych, że nie do końca może się odnaleźć na boisku. Teraz znajdujący się pod ścianą Czesi nie mogli nastawić się tylko na bronienie, więc nie dziwiło to, że gracza Werderu Brema zastąpił skrzydłowy Jiří Skalák. Ponadto, kosztem Tomáša Necida, selekcjoner Czechów postawił w ataku na króla strzelców tamtejszej ekstraklasy, Davida Lafatę, licząc, że napastnik Sparty Praga potwierdzi wysoką formę w niezwykle ważnym meczu dla reprezentacji naszych południowych sąsiadów.


Ten mecz miał z pewnością wyjątkowy wymiar dla niezwykle doświadczonego kapitana Chorwatów Darijo Srny. Zawodnik Szachtara Donieck po meczu z Turcją dowiedział się o śmierci swojego ojca i przed starciem z Czechami opuścił zgrupowanie kadry, aby móc uczestniczyć w pogrzebie. Rozgrywając swój 132. mecz w barwach reprezentacji Srną targały więc niezwykle silne emocje, niekoniecznie związane z futbolem.


Od początku meczu gra toczyła się pod dyktando Chorwatów, a więc zgodnie z przedmeczowymi przewidywaniami. Czechom wyraźnie brakowało pomysłu na rozgrywanie akcji z przodu, a w defensywie było niewiele lepiej. Podopieczni Ante Čačicia co chwilę napierali na bramkę Petra Čecha, a gol wydawał się tylko kwestią czasu. Spore wrażenie robiła zwłaszcza postawa pomocników: Luki Modricia, Ivana Rakiticia i Ivana Perišicia. To właśnie za sprawą tego ostatniego Chorwaci objęli w 37. minucie prowadzenie. Zawodnik Interu precyzyjnym strzałem ze skraju pola karnego pokonał golkipera Arsenalu, znacznie przybliżając Vatrenich do awansu.



Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie, a Pavel Vrba musiał w przerwie odbyć solidną rozmowę z podopiecznymi.


Pierwsze fragmenty drugiej połowy nie przyniosły jednak zmiany obrazu gry – na boisku nadal dominowali Chorwaci. Pierwsze 15 minut po zmianie stron to popis gry zwłaszcza Modricia, który w 62. minucie został zmieniony przez Mateo Kovačicia. Jak się później okazało, ta zmiana miała kluczowy wpływ na przebieg wydarzeń, a selekcjoner Chorwatów na pewno będzie się musiał po zakończeniu spotkania gęsto tłumaczyć z tej decyzji…


Gdy Modrić przebywał jeszcze na boisku, Chorwatom udało się podwyższyć prowadzenie. Gol strzelony przez Ivana Rakiticia nie był dla nikogo żadnym zaskoczeniem, a piłkarze Čačicia sprawiali wrażenie ekipy, która wcale nie zamierza zakończyć strzelania. Zwłaszcza, że na przeciwko siebie mieli bardzo słabo dysponowanych tego popołudnia Czechów, którzy wyglądali na pogodzonych z losem, czyli odpadnięciem z turnieju.






W momencie, gdy Chorwaci pewnie zmierzali po kolejne zwycięstwo obaj trenerzy zdecydowali się znacząco zepsuć humory wszystkim stawiającym w tym starciu na zespół z Bałkanów. Na zmianę Modricia Pavel Vrba odpowiedział wprowadzeniem na plac gry Milana Škody oraz Josefa Šurala i jego posunięcia okazały się skuteczne. To właśnie pierwszy z nich uderzeniem głową zdobył na piętnaście minut przed końcem kontaktową bramkę.


Asystę zaliczył Tomáš Rosický, który tym samym nieco przypomniał się kibicom futbolu w Europie.



Mimo trafienia Škody, przewagę w meczu nadal utrzymywali Vatreni i wydawało się, że uda im się dowieźć prowadzenie do końca. Wtedy jednak do akcji wkroczyli chorwaccy kibice, z których sektora posypały się na boisko race. Mówi się, że to kolejny element walki tamtejszych fanów ze związkiem piłkarskim, ale nie ulega wątpliwości, że w ten sposób na pewno nie pomogli oni swoim piłkarzom. Nie popisały się też francuskie służby porządkowe, które w ogóle dopuściły do takiej sytuacji. Sprawa dziwi tym bardziej, że przecież EURO 2016 miało być najlepiej zabezpieczonym turniejem od lat. Pozasportowe echa tego meczu na pewno będą słyszalne jeszcze długo po jego zakończeniu, a chorwackim fanatykom prawdopodobnie uda się osiągnąć cel. Związek z pewnością czekają solidne kary.





Z powodu kibicowskiego incydentu mecz przerwano na kilka minut, a po powrocie do gry rozkojarzeni takim obrotem spraw Chorwaci zostali zepchnięci do defensywy. Sędzia Mark Clattenburg przedłużył spotkanie aż o 9 minut, podczas których swoją szansę na remis wyczuli Czesi. Podopieczni Pavla Vrby dopięli swego tuż przed samym końcem rywalizacji. Angielski arbiter podyktował rzut karny za zagranie ręką Domagoja Vidy, a na bramkę zamienił go kolejny zawodnik wprowadzony z ławki rezerwowych – Tomáš Necid. Fantastyczny comeback naszych południowych sąsiadów stał się więc faktem, a Chorwaci jeszcze długo będą zastanawiać się, co by było, gdyby nie wybryki ich własnych fanów…




Premierowe starcie drugiej kolejki grupy D stało na znacznie wyższym poziomie niż wcześniejszy mecz pomiędzy Włochami a Szwecją. Był to pierwszy mecz na EURO z tak dużą liczbą bramek i dla neutralnych fanów stanowił prawdziwą ucztę, również ze względu na wydarzenia na trybunach. Wypada mieć jedynie nadzieję, że wszystkie następne spotkania dorównają poziomem emocji temu, co mogliśmy obserwować w Saint-Étienne.




 Czechy 2:2 Chorwacja hr

Meczem wieczoru podczas ósmego dnia zmagań francuskiego czempionatu było spotkanie Hiszpanii z Turcją, które tylko z pozoru mogło wyglądać na starcie „do jednej bramki”. Oczywiście, zdecydowanym faworytem byli podopieczni Vicente del Bosque, ale obrońcy tytułu, mimo zwycięstwa w pierwszej kolejce z Czechami, nie zachwycili i nadal w ich grze nie widać było błysku prezentowanego choćby podczas występów na boiskach Polski oraz Ukrainy cztery lata temu. Turcy, dla których po porażce z Chorwacją był to mecz „o być albo nie być”, upatrywali swojej szansy w szybkich kontratakach, a także uważnej grze w obronie. Tylko perfekcyjny występ mógł zapewnić podopiecznym Fatiha Terima zwycięstwo i zachowanie szansy na awans. Porażka z Chorwacją miała odejść w zapomnienie, ale La Furia Roja na pewno miała inne plany na ten wieczór. Hiszpanom zależało na ugaszeniu zapędów Turków w dosyć efektowny sposób, tak aby już nikt nie miał prawa narzekać na ich dyspozycję. Pomóc w realizacji tych założeń miała dokładnie taka sama jedenastka, która przed kilkoma dniami zapewniła zwycięstwo nad Czechami.


Selekcjoner Turków po porażce z Chorwacją musiał być szczególnie zawiedziony postawą swojego jedynego napastnika – Cenka Tosuna. Gracz Beşiktaşu zapisał się w pamięci właściwie tylko dzięki żółtej kartce za ostry faul na Vedranie Ćorluce, więc nie dziwi, że to właśnie jego Terim zdecydował się zmienić przed starciem z Hiszpanami. Zastąpił go grający w Chinach, w ekipie Beijing Guoan, Burak Yilmaz. 30-letni napastnik przez ostatnie pół roku wystąpił w zaledwie dwóch spotkaniach i zdobył jednego gola, jednak wcześniej grając w Galatasaray czy Trabzonsporze wykazywał się znacznie lepszą skutecznością, więc w pamięci tureckich kibiców dał się zapisać jako klasowy snajper.


Już pierwsze minuty meczu w Nicei pokazały, kto wyszedł na boisko po to, aby grać w piłkę, a kogo czeka rozpaczliwa walka o uniknięcie wysokiej porażki. Ton grze nadawali podopieczni del Bosque, a momentami gra ekipy aktualnych mistrzów Europy przypominała najlepsze czasy La Furia Roja. Szczególnie aktywni byli Andrés Iniesta oraz Nolito, którzy sprawiali dla Turków wrażenie graczy z innej planety. W pierwszej połowie Hiszpanie wskoczyli na nieosiągalny dla rywali poziom, więc fanów reprezentacji znad Bosforu oglądanie tego spotkania musiało przyprawiać o spory ból głowy.


Po raz pierwszy Volkan Babacan dał się pokonać w 34. minucie, po strzale głową Alvaro Moraty. Dla piłkarza Juventusu był to pierwszy gol w reprezentacji na wielkim turnieju, a asystował mu wspomniany już wcześniej Nolito. Hiszpanie zaczęli swój koncert z dużym przytupem. Tureccy obrońcy tylko przyglądali się składnym zagraniom ekipy del Bosque.



Chwilę później na tablicy wyników było już 2:0, a na listę strzelców wpisał się zawodnik, który zasłużył na to jak mało kto – Nolito. Gracz Celty Vigo, który kilka lat temu nie przebił się w Barcelonie, przeżywa zdecydowanie najlepszy okres w swojej karierze, a mecz z Turcją na pewno na długo zapadnie w jego pamięci. Wydawało się, że po tym golu może dojść do prawdziwej masakry zespołu znad Bosforu, który prezentował się znacznie gorzej niż w pierwszym meczu z Chorwacją.




Pierwsza połowa to prawdziwy popis gry Hiszpanów, na który patrzyło się z największą przyjemnością. Podstawowe pytanie przed drugą odsłoną dotyczyło tego, czy podopieczni del Bosque nieco zwolnią tempo, zadowoleni dwubramkowym prowadzeniem, czy jednak pójdą za ciosem w pogoni za kolejnymi bramkami.




Już sam początek drugiej połowy pokazał, że na dwóch bramkach dla La Furia Roja się nie skończy. W 48. minucie fantastycznym podaniem przeszywającym całą obronę popisał się Iniesta, futbolówka dotarła do Jordiego Alby, a ten wyłożył ją Moracie, który zdobył swoją kolejną bramkę w tym spotkaniu. Turcy sprawiali wrażenie boksera po ciężkim nokdaunie, a delektując się grą mistrzów Europy można było czekać na następne gole. W ekipie z Półwyspu Iberyjskiego wszystko zdawało się funkcjonować perfekcyjnie, a fani Hiszpanów już dawno nie mogli się poczuć podczas meczu o wysoką stawkę tak spokojnie.




Pewne kontrowersje przy tej bramce wzbudziła jednak decyzja sędziego liniowego, który nie dopatrzył się minimalnego spalonego. Milorad Mažić, być może będąc pod wrażeniem cudownej gry Hiszpanów, uznał jednak bramkę i choć popełnił błąd, to na pewno nie wpłynął on znacząco na wynik meczu. Przewaga La Furia Roja ani na moment nie podlegała bowiem dyskusji.


Już do końca meczu, po raz pierwszy na tym EURO, mogliśmy obserwować tak wyraźną dominację jednej drużyny. Piłkarze La Furia Roja w pewnych momentach brutalnie bawili się z rywalami i dochodzili do kolejnych okazji. Najlepsze mieli David Silva oraz ponownie Nolito, a wszystko cały czas kontrolował nadawał niesamowity Iniesta. Nerwy puszczały natomiast tureckim kibicom, którzy w pewnym momencie niemiłosiernie zaczęli gwizdać na swoich zawodników, a najbardziej obrywało się kapitanowi oraz największej gwieździe – Ardzie Turanowi.




Takie zachowanie tureckich fanów na pewno nie dodawało podopiecznym Fatiha Terima pewności siebie, ale po tym, jak zaprezentowali się tego wieczora ich ulubieńcy, trudno dziwić się ich zachowaniu. Tak słabo nie wyglądała jeszcze żadna drużyna na tych mistrzostwach. Dla piłkarzy znad Bosforu dzisiejeszy mecz stanowił niezwykle smutne pożegnanie z turniejem.


Po niedzielnym spotkaniu z Irlandią Północną Nicea bardzo dobrze będzie kojarzyć się Polakom, ale dzisiejszy wieczór sprawił, że z największą przyjemnością będą tu wracać również Hiszpanie. Znakomity występ podopiecznych Vicente del Bosque zapewnił im awans do fazy pucharowej oraz tak długo wyczekiwany szeroki uśmiech na twarzach ich fanów.


Postawa La Furia Roja zamknęła usta wszelkim krytykom i stawia ich w gronie największych faworytów do zdobycia mistrzostwa. To był prawdziwy pokaz siły Hiszpanów oraz niemocy Turków, którzy przez cały mecz nie oddali celnego strzału.




 Hiszpania 3:0 Turcja