34516678_-_15_04_2015_-_mmpeter19

Trudno jest sobie wyobrazić, że wielka instytucja, jaką jest w dzisiejszym świecie klub aspirujący do europejskiej czołówki, może być zarządzana na… telefon spoza kontynentu. Z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku Valencii, której właściciel Peter Lim na co dzień nie mieszka w Hiszpanii, a i rzadko bywa w tym regionie kraju, myśląc, że wszystko może być załatwiane za pośrednictwem Layhoon Chan, czyli kobiety mianowanej na stanowisko prezydenta w celu złagodzenia konfliktu z kibicami. Singapurka przewodzi zarządowi, który już dawno stracił kontakt z rzeczywistością i realny wpływ na rozwój zespołu.

Jak powiedział mi kilka dni temu jeden z najbardziej cenionych dziennikarzy sportowych w Polsce, obecnie komentator spotkań Primera División na antenach Eleven Sports Tomasz Ćwiąkała, Valencia stała się błędnym kołem, folwarkiem dla kilku zaprzyjaźnionych agentów, którzy co chwilę parafują deale, ale należy poczekać do końca obecnych rozgrywek, ponieważ na Estadio Mestalla szykuje się ogromna restrukturyzacja. Środowiska kibicowskie Nietoperzy w zdecydowanej większości domagają się dymisji właściciela klubu i zatrudnienia nowego człowieka na tym stanowisku, który pozwoli wrócić choćby na taki poziom, do jakiego drużyna Los Che zdołała przyzwyczaić za „złotej” kadencji Nuno Espirito Santo. Oczywiście, Portugalczyk sam podał się do dymisji, bo nie potrafił dalej współpracować z szatnią i stracił jakąkolwiek koncepcję na dalszy rozwój swojego teamu. Jednak decyzja włodarzy VCF o zatrudnieniu na jego miejsce Gary’ego Neville’a okazała się jednym z pierwszych gwoździ do trumny sześciokrotnych mistrzów Hiszpanii. Legenda Manchesteru United oraz szanowany ekspert telewizji Sky Sports zupełnie nie poradził sobie w nowej roli, a po kolejnych kompromitacjach, jak na przykład blamażu z Barceloną w Pucharze Króla, został zwolniony, przez co zapisał się jako jeden z najgorszych menedżerów w historii futbolu na Półwyspie Iberyjskim. Rzeczywiście, bilans Neville’a w roli menedżera Valencii był zatrważający, ale jego następcy również nie byli w stanie zaprowadzić w klubie tak bardzo wyczekiwanego przez kibiców porządku, a przede wszystkim osiągać zadowalających wyników.


Kolejno: Pako Ayestarán, Cesarre Prandelli i teraz, z przymusu, Voro nie dali rady zmienić drużyny Nietoperzy na lepsze. Valencia stała się w ostatnich miesiącach zespołem, który jest niemal gwarantem zdobyczy punktowej nawet dla słabszych rywali, w tym beniaminków, a jedyną cechą tej ekipy jest paradoksalnie motywacja, ale tylko na spotkania z najmocniejszymi drużynami LaLiga. Spotkania Nietoperzy przeciwko Barcelonie czy Realowi Madryt wyglądają zgoła inaczej niż, wydaje się, zwykłe starcie ligowe, w których piłkarze z Estadio Mestalla prezentują się przeważnie fatalnie. Rzeczą pozytywną jest fakt, iż zawodnicy Los Che są w stanie maksymalnie skoncentrować się na pojedynek z Katalończykami czy Królewskimi, ale największą bolączką działaczy Valencii powinno być pytanie, dlaczego w takim razie ich drużyna wygląda tak blado, niemrawo i nieefektywnie w pojedynkach na krajowym podwórku ze słabszymi na papierze przeciwnikami, biorąc pod uwagę nazwiska poszczególnych graczy, ogólną siłę i potencjał kadry oraz niebagatelne pieniądze inwestowane w klub. Odpowiedzią nie może być spadek formy jednego piłkarza, jak na przykład Daniego Parejo, którego dziennikarze związani z Primera División oskarżają i krytykują za ociężałość, brak motywacji, spowalnianie gry, minimalne zaangażowanie oraz odpuszczanie stykowych piłek. Źródła kłopotów Valencii należy szukać znacznie głębiej, choć niesamowity regres formy ma kilka, a nie jeden powód. To, że kolejni menedżerowie nie byli w stanie odmienić znacząco oblicza tej drużyny, poza kilkoma szczęśliwymi wyjątkami, świadczy nie o ich słabości czy braku zdolności trenerskich, ale o złym wyselekcjonowaniu kadry oraz wielu błędach popełnionych przez władze klubu.


Sevilla – w przeciwieństwie do Valencii, ponieważ aspiracje tych zespołów dotykają podobnego szczebla – od kilkunastu lat jest prowadzona w sposób przemyślany, bez większego pośpiechu i presji, która ostatnio znacznie wzrosła przez szanse ekipy z Estadio Ramón Sánchez Pizjuán na tytuł. Za transfery, przynajmniej do końca tego sezonu, odpowiada legenda klubu – Monchi, czyli człowiek potrafiący znaleźć wiele perełek, które po kilkunastu miesiącach są sprzedawane z ogromnym zyskiem. Dyrektor sportowy Los Nervionenses jest powszechnie doceniany i chwalony w całej piłkarskiej Europie, przez co o jego usługi tego lata ma walczyć z Romą wielki Real Madryt. Valencia nie posiada takiej osoby, która teraz mogłaby podejmować przemyślane, rozsądne i trafione decyzje w kwestiach transferowych. W ostatnim czasie przyzwyczaiła wręcz do tego, że dobrych zawodników jest w stanie sprowadzić niezwykle rzadko (patrz: João Cancelo, o którego zabiegała Barcelona), a większość budżetu jest przeznaczana na piłkarzy niesprawdzonych, bez ponadprzeciętnego talentu czy potencjału. I tak klub z Estadio Mestalla wydał 25 milionów na bardzo przeciętnego Enzo Péreza z Benfiki Lizbona w sytuacji, gdy niemal połowa drużyn Primera División zastanawia się, czy pozyskanie gracza za 7 milionów nie zrujnuje ich budżetu. Biorąc pod uwagę zapowiadane ostatnio w iberyjskiej prasie ewentualne zmiany w strukturze Valencii, rotacje na stanowiskach zarządu oraz postawienie na wyszukiwanie młodych gwiazd dzięki siatce sprawdzonych skautów, fani Los Che mogą oczekiwać tylko dobrego.


Projekt Petera Lima się nie udał – można to już teraz jasno stwierdzić. Nie wystarczy dokonać kilku poprawek i korekt, tak jak nie da się przez całą wieczność maskować make-upem trupa. Valencię trzeba zbudować od nowa – na innych zasadach, zdrowej polityce transferowej i rozsądnym zarządzaniu, czego nie da kontakt na telefon na linii przebywającego w Azji Lima a mieszkającej w dzielnicy Estadio Mestalla Layhoon Chan. Inaczej dalej będziemy oglądali zespół pogrążający się w przeciętności, bez jakiejkolwiek szansy na europejskie puchary, a broniący się raczej przed spadkiem do Segundy, jak miało to miejsce jeszcze kilka kolejek temu. Jednym z największych i najbardziej bijących świateł w ciemnym tunelu, jakim Valencia stała się kilkanaście miesięcy temu, jest Carlos Soler, który jeżeli dostaje tylko okazję do zaprezentowania swoich umiejętności, niemal nigdy jej nie marnuje. 20-letni pomocnik to talent, za jakie największe kluby w Hiszpanii będą w stanie zapłacić naprawdę spore pieniądze. Jeżeli tego lata wreszcie dojdzie wreszcie do poważnych zmian w strukturach klubu i nowego rozdania, bo tak trzeba te roszady rozumieć, to być może już w najbliższym sezonie Nietoperze wrócą do czołówki LaLiga. W końcu ich kadra oraz wpompowane w drużynę pieniądze kiedyś muszą zacząć przynosić zyski. A im lepsi Los Che, tym lepsza Primera División.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *