DGuyKGbXUAAEOmu

Real Madryt powtórzył wyczyn sprzed roku i pokonał Manchester United 2:1 w meczu o Superpuchar Europy. Bohaterem Królewskich został dość niespodziewanie Casemiro, który poza bramką zanotował fantastyczny występ w środku pola. Czerwone Diabły zagrały o wiele lepiej w drugiej połowie, ale to nie wystarczyło do końcowego triumfu. Trofeum po raz trzeci w ostatnich czterech latach jedzie zatem do stolicy Hiszpanii!

Real Madryt i Manchester United przyjechały do Skopje ze swoimi problemami. Królewscy przystępowali do spotkania na Arenie Narodowej im. Filipa II Macedońskiego osłabieni brakiem w wyjściowym zestawieniu swojej największej gwiazdy – Cristiano Ronaldo.


Portugalczyk, wobec długiej przerwy od treningów, wtorkowy mecz rozpoczął tylko na ławce rezerwowych. Pozostała dziesiątka, którą do gry desygnował Zinédine Zidane, grała natomiast także 3 czerwca w Cardiff w finale Ligi Mistrzów.


José Mourinho miał nieco więcej zagwozdek z zestawieniem swojego składu. Pod nieobecność Phila Jonesa i Marcosa Rojo parę stoperów stworzyć miał duet Viktor Lindelöf – Chris Smalling. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, menedżer United od pierwszej minuty posłał w bój najnowszy nabytek, Nemanję Maticia i Jessiego Lingarda. Nękanie defensywy było z kolei zadaniem Romelu Lukaku.

Początek spotkania udowodnił, że czas staje się sprzymierzeńcem „The Special One”. To właśnie Manchester United był od pierwszych minut meczu w Skopje drużyną aktywniejszą. Podopieczni Mourinho starali się przejąć inicjatywę, ale madrytczycy doskonale ustawiali linię obrony. I to właśnie triumfator Champions League stworzył pierwszą, naprawdę dogodną sytuację do zdobycia gola. Doskonałe dośrodkowanie Toniego Kroosa z narożnika boiska omal nie zakończyło się bramką. Główka Casemiro obiła jednak poprzeczkę.

Od pierwszej minuty, mimo wcześniejszych obaw spowodowanych między innymi bardzo wysoką temperaturą w stolicy Macedonii, pojedynek o Superpuchar stał na bardzo wysokim poziomie. Akcje obu drużyn przeprowadzane były w szybkim tempie. Królewscy najwięcej zagrożenia sprawiali za sprawą Daniego Caravajala, który umiejętnie – w swoim stylu – podłączał się do ofensywy. Środkiem pola Los Blancos dyrygowali tradycyjnie Kroos i Modrić, szukający wolnych stref, gdzie można byłoby posłać piłkę do czyhającego na dogodną okazję Benzemy. Chorwat, w przeciwieństwie do bardziej statycznego Niemca, próbował także indywidualnie przedostać się pod pole karne United, by stworzyć przewagę i rozrzedzić skomasowaną obronę Anglików.

Po początkowej fazie naporu zawodnicy ubrani w czerwone koszulki zaczęli popełniać proste błędy i szybko tracili piłkę, co przyniosło opłakane skutki w 24. minucie. Tuż po wyekspediowaniu futbolówki przez graczy MU poza obręb własnej szesnastki, aktywny Carvajal dośrodkował z głębi pola, a Casemiro wślizgiem pokonał bezradnego Davida De Geę. Chociaż powtórki pokazały, że Brazylijczyk był wysunięty przed ostatniego defensora Czerwonych Diabłów Viktora Lindelöfa, to włoski arbiter Gianluca Rocchi trafienie uznał.



Zdobyta bramka jeszcze bardziej podbudowała ekipę Zidane’a. Mistrzowie Hiszpanii kontrolowali przebieg spotkania, a ich rywale wyglądali na zespół mocno zdezorientowany obrotem boiskowych spraw. Defensywa United ewidentnie nie stanowiła monolitu, a w oczy mocno rzucał się brak Erica Bailly’ego, który w ubiegłym sezonie dawał gwarancję solidności.


Środkowa linia Królewskich górowała nad apatyczną pomocą Manchesteru. W szeregach zdobywcy Ligi Europy najwięcej zagrożenia sprawiał Henrikh Mkhitaryan, ale akcje Ormianina były skazane na niepowodzenie. Chęci wykazywał Lukaku, ale silny reprezentant Belgii także miał problemy ze stworzeniem niebezpieczeństwa pod bramką Navasa. Słabo prezentował się Paul Pogba, który mimo że był aktywny, nie potrafił przekuć tego w efektywność.


Dysproporcję pomiędzy obiema drużynami widać było zwłaszcza na płaszczyźnie środka pola. W bałkańskim pojedynku Modrić vs Matić Chorwat prezentował się o niebo lepiej od znakomitego przecież w defensywie Serba. Stołeczny zespół sprawiał wrażenie znacznie lepiej przygotowanego motoryczne od oponenta z Old Trafford. United prezentowali w pierwszej części gry futbol do bólu schematyczny, pozbawiony pierwiastka zaskoczenia – czegoś, czym można byłoby rozmontować znakomicie ustawioną obronę Realu, którą dyrygował bezbłędny tego wieczora Raphaël Varane.


Druga część spotkania rozpoczęła się dokładnie tak, jak wyglądała pierwsza połowa. Madrytczycy nadal kontrolowali przebieg gry, a obrońcy Mourinho nie wyciągnęli wniosków z infantylnych błędów z premierowej odsłony. W 52. minucie w dziecinny wprost sposób dał się ograć Valencia, a następnie litanię pomyłek defensorów MU wykorzystał Isco, podwyższając prowadzenie Realu.


„The Special One” szukał sposobów na poprawę gry. Na murawie zameldowali się Rashford i Fellaini zastępując bezproduktywnych Lingarda i Herrerę. Sytuacji pod bramką Navasa wciąż było jednak jak na lekarstwo. Chwilę po utracie bramki znakomitą szansę zmarnowali Pogba do spółki z Lukaku, ale abstrahując od tej okazji, Czerwone Diabły miały poważny problem z wyjściem z własnej połowy. I kiedy wydawało się, że Los Blancos dobiją Anglików, ci niespodziewanie wyprowadzili kontrę. Z dystansu uderzył Nemanja Matić, piłkę „wypluł” przed siebie Navas, a belgijski egzekutor United tym razem był skuteczny. Gol ewidentnie dodał wiary drużynie z Manchesteru, a jej akcje, szczególnie ze strony Marcusa Rashforda, zaczynały przybierać na szybkości. Sporo ożywienia wniosło także wejście Fellainiego.


Wyszydzany w poprzednim sezonie były piłkarz Evertonu walczył za dwóch – często zbiegł do bocznych sektorów i rozpychał się w okolicach szesnastki rywala. Zidane’a, widząc co dzieje się z jego zespołem, posłał w bój nowych skrzydłowych – Asensio i Lucas Vázquez zastąpili Isco i Bale’a.

Bramka kontaktowa zdecydowanie pomogła także Romelu Lukaku. Wychowanek Anderlechtu aktywnie pokazywał się do zagrań na wolne pole, starał się przytrzymywać piłkę i grać „pod faul”. Piłkarze z Old Trafford, świadomi uciekającego czasu, zaczynali rozgrywać piłkę właśnie za pomocą górnych podań do Lukaku i Fellainiego.

Po tym, jak Marcus Rashfrod zmarnował wymarzoną sytuację sam na sam, Zidane’a wpuścił wreszcie na murawę wyczekiwanego Cristiano Ronaldo. Ostatnie minuty starcia w Skopje upłynęły jednak pod znakiem naporu Anglików. Determinacja Red Devils musiała budzić respekt. Co więcej, w grze zespołu Mourinho widać było pomysł na pokonanie Navasa i doprowadzenie do dogrywki. Piąta drużyna poprzedniego sezonu w Premier League z każdą minutą próbowała przybliżyć się do zdobycia upragnionej, drugiej bramki. Za wyjątkiem sytuacji Rashforda brakowało jednak konkretów. Słabiej niż przed przerwą prezentował się Mkhitaryan, za to sygnał do ataku starał się dać Pogba. Zagrania Francuza w zdecydowanej większości mogły jednak irytować kibiców United. Były zawodnik Juventusu spowalniał grę i „woził się” z piłką, nie zyskując zupełnie terenu dla swojej ekipy.


W drugiej doliczonej minucie do regulaminowego czasu gry Marco Asensio mógł przypieczętować zwycięstwo, ale De Gea pokazał swój wielki kunszt. Mimo usilnych starań ze strony zwycięzcy Europa League, Real Madryt utrzymał prowadzenie i ostatecznie triumfował 2:1. Królewscy zdobyli tym samym swój trzeci Superpuchar Europy w ostatnich czterech latach! Hiszpańska dominacja w europejskim futbolu klubowym nie ma końca…


 Real Madryt 2:1 Manchester United 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *