Liverpool Everton

Poprzedni sezon Premier League kluby z Merseyside mogą rozpatrywać w kategoriach sukcesu. W długofalowej perspektywie zarówno Everton, jak i Liverpool chcą jednak walczyć o coś więcej, niż tylko miejsce w europejskich pucharach. Na aspiracje mistrzowskie być może jest jeszcze zbyt wcześnie, natomiast warto zwrócić uwagę na inteligentny model budowania obu ekip. The Reds i The Toffees podążają bowiem kompletnie odmienną, ale przemyślaną drogą.

Po tym, jak w 2013 roku klub po jedenastu latach pracy opuścił David Moyes, na Goodison Park zakończyła się pewna era. Era, w której Everton potrafił szturmem podbijać Premier League, zajmując nawet czwarte miejsce w sezonie 2004/05. W klubie przez ten okres trudno było doszukiwać się ogromnej kasy, ale szkocki menedżer swoją osobą umiał zjednywać piłkarzy, wyciskając z nich absolutne maksimum możliwości.

Najważniejszym słowem na Goodison była stabilizacja i rozwaga. Kiedy w 2006 roku Everton za 9,5 mln € pozyskiwał Andy’ego van der Meyde z Interu Mediolan, w niebieskiej części Liverpoolu uznawano to za wielki transfer, podobnie jak rok później, gdy za 11 mln ekipę The Toffees wzmacniał napastnik Andy Johnson.


Moyes nawet z przeciętnych piłkarzy potrafił zbudować drużynę zdolną do pokonania każdego rywala. To właśnie za kadencji tego szkoleniowca na Wyspy trafił Marouane Fellaini, który przez długi okres pozostawał najdroższym zawodnikiem w historii Evertonu (kosztował 22 mln € – przyp. red.). Belg swoją grą na Goodison Park zachwycał, ale mimo wszystko był jednym z wyjątków. Rozsądna polityka personalna i brak wielomilionowych transferów przynosiły efekt. Gdy jednak w maju 2013 roku Sir Alex Ferguson namaścił Moyesa na swojego następcę w Manchesterze United, wiadome stało się, że strategia funkcjonowania klubu ulegnie zmianie.

Wybór padł na Roberto Martíneza. 40-letni wówczas Hiszpan z czteroletnią przeszłością w Wigan Athletic wydawał się być kandydatem idealnym, bo jak inaczej nazwać kogoś, kto mimo nieuchronnego spadku z ligi zdołał na pożegnanie wywalczyć dla ograniczonych piłkarsko The Latics Puchar Anglii?

„Martínez jest dla Evertonu trenerem idealnym. Nie mogli znaleźć nikogo lepszego!”

piał z zachwytu były zawodnik The Toffees Dave Watson

Fakt faktem, że jedenaście lat po tym, jak drużynę The Toffees przejmował David Moyes, futbol zmienił się diametralnie, a standardy rządzące najpotężniejszym sportem na świecie uległy istotnym zmianom. Zadaniem Martíneza nie było zatem wyłącznie utrzymanie dobrej gry i rezultatów Evertonu, ale zrobienie kroku naprzód. Kataloński szkoleniowiec od razu chciał zdefiniować swój punkt widzenia, jeżeli chodzi o przyszłość klubu z Goodison Park. Ekipę dziewięciokrotnego mistrza Anglii zasiliło więc dwóch kluczowych zawodników z byłego miejsca pracy Martíneza, Wigan. Arouna Koné i James McCarthy kosztowali w sumie ok. 22 mln €, ale patrząc z obecnej perspektywy, pozyskanie Irlandczyka należy uznać za znakomite posunięcie. Za darmo, także z DW Stadium, trafił do Liverpoolu Antolín Alcaraz, ale Paragwajczyk ostatecznie nie podbił miasta Beatlesów, w przeciwieństwie do innego wolnego transferu, Garetha Barry’ego. Kluczowym ruchem okazało się jednak wypożyczenie Romelu Lukaku z Chelsea, za którego władze The Toffees zapłaciły śmieszną w dzisiejszych realiach kwotę 3,5 mln €.

Debiutancki sezon Martíneza w Evertonie zakończył się nieprawdopodobnym sukcesem. Poprawienie szóstej lokaty z sezonu 2012/13 i zakończenie rozgrywek Premier League na piątym miejscu zgodnie uznano w Zjednoczonym Królestwie za olbrzymi sukces hiszpańskiego menedżera, który w ten sposób rozbudził nadzieje niebieskiej części Merseyside. Aktualnego selekcjonera reprezentacji Belgii chwalono wtedy zwłaszcza za świetny transfer Lukaku – autora piętnastu ligowych goli. Entuzjazm kibiców The Toffees potęgował fakt, że drużyna prezentowała futbol ofensywny, ładny dla oka, nie zapominając przy tym o defensywie (Everton stracił w lidze tylko 39 bramek, ustępując jedynie Manchesterowi City i Chelsea – przyp. red.). Na Goodison Park pokochali Martíneza za jeszcze jeden istotny czynnik. David Moyes, gdy jego zespołowi nie szło, potrafił tłumaczyć się dużymi dysproporcjami finansowymi względem najmocniejszych w Anglii. Pogodnie usposobiony Katalończyk od pierwszego dnia bronił się ciężką pracą, a w przypadku niepowodzeń z pokorą przyjmował konstruktywną krytykę. Był człowiekiem, który po jedenastu latach panowania Moyesa odświeżył dobrą, choć nieco zastygłą atmosferę w Evertonie, co podkreślali zresztą jego podopieczni:

„Przyjście trenera Roberto Martíneza dodało nam więcej pewności siebie. Jest pozytywnym człowiekiem, który przywiązuje dużą wagę do taktyki, a co ważne – bardzo rzadko można usłyszeć z jego ust coś negatywnego. Dla mnie to bardzo istotne, ponieważ jestem jeszcze młodym zawodnikiem i cały czas uczę się dorosłego futbolu”

mówił 20-letni wówczas Ross Barkley, który pod czujnym okiem Roberto Martíneza rozwinął swój talent.

Źródło: Football Whispers
Źródło: Football Whispers

Kampania 2013/14 wzmogła apetyty na Goodison Park podwójnie, bowiem Everton do pewnego momentu miał nawet szansę na awans do upragnionej Ligi Mistrzów. Urazy kluczowych zawodników sprawiły jednak, że marzenia o powrocie do tych elitarnych rozgrywek trzeba było znowu odłożyć. Martínez po znakomitym pierwszym sezonie w Liverpoolu stał się uwielbiany, a w klubie nikt nie tęsknił już za flegmatycznym Davidem Moyesem.

Widząc perspektywę realnego rozwoju Evertonu oraz to, jak szybko kolejne szczeble w swojej trenerskiej karierze zaczął pokonywać młody szkoleniowiec z Półwyspu Iberyjskiego, działacze The Toffees postanowili zatroszczyć się, by na Goodison Park nie zabrakło piłkarskiej jakości. Romelu Lukaku został wykupiony z Chelsea za bagatela 28 mln £, a do belgijskiego snajpera dołączył jeszcze mający za sobą udany mundial reprezentant Bośni i Hercegowiny, Muhamed Bešić. Patrząc na wcześniejsze lata, można odnieść wrażenie, że letnie okienko transferowe 2014 okazało się kamieniem milowym w zmianie polityki transferowej The Blues.

  • 2009/10 – 21 mln £ wydanych na wzmocnienia
  • 2010/11 – 1,5 mln £
  • 2011/12 – 6 mln £
  • 2012/13 – 19 mln £
  • 2013/14 – 28 mln £


Przez pięć poprzednich sezonów Everton na transfery przeznaczył blisko 70 mln £, a więc tyle, ile niektóre angielskie kluby były w stanie wydać podczas jednego okienka. Wykupienie Lukaku było jednak tylko preludium do tego, co miało się wydarzyć rok później.

Choć wydawało się, że kampania 2014/15 będzie tą, na którą na Goodison czekano blisko dziesięć lat, ostatecznie skończyło się olbrzymim rozczarowaniem. Zamiast wykonać krok w przód, mniej utytułowany klub z Merseyside cofnął się w rozwoju. Gra w europejskich pucharach także nie wyszła The Toffees na dobre. Jednak dopiero kolejne rozgrywki stały się gwoździem do trumny dla Martineza. Dwa lata z rzędu drużyna z niebieskiej części Liverpoolu finiszowała na jedenastym miejscu w lidze, zatem nic dziwnego, że hiszpańskiego szkoleniowca zastąpił w końcu Ronald Koeman. Zakończony niedawno sezon sprawił, że nad Evertonem znów zaświeciło słońce. Siódmą lokatę, na której uplasowali się podopieczni Holendra, należy określić mianem znakomitej, gdyż czołowa szóstka brutalnie odjechała reszcie stawki. Nowy menedżer pojawił się na Goodison Park latem 2016, ale nie dokonał on drogich transferów, którymi miałby z miejsca podbić Premier League.

Choć tegoroczne okienko transferowe dopiero wystartowało, wyraźnie widać, że w Evertonie postanowili zmienić dotychczasową politykę wzmacniania zespołu. W trakcie trwania UEFA EURO U-21, które 30 czerwca zakończyło się na polskich boiskach, The Toffes wydali 30 mln £ za bramkarza Sunderlandu Jordana Pickforda i osiem milionów mniej za kapitana Ajaxu Amsterdam Davy’ego Klaassena. Niewykluczone, że za podobne pieniądze na Goodison Park trafi również Gylfi Sigurðsson ze Swansea City. Widać zatem, że Ronald Koeman wpłynął na zmianę postrzegania klubowych decydentów w kwestii transferów. Naturalnie miliony pana Moshiriego też ją zmieniły, ale czerwcowe ruchy Evertonu wydają się bardzo racjonalne. Pickford to solidna, angielska firma. Bramkarz, który podczas Młodzieżowych Mistrzostw Europy 2017 udowodnił, że wkrótce będzie stanowił ważny punkt pierwszej reprezentacji Synów Albionu.



Klaassen z kolei bardzo długo dojrzewał w Holandii, ale w poprzednim sezonie wraz z Ajaxem zadziwił piłkarski Stary Kontynent będąc kluczowym ogniwem drużyny Petera Bosza. Islandzki rozgrywający sondowany przez The Toffees to także zawodnik o uznanej marce na Wyspach Brytyjskich. Gdyby nie Sigurðsson, aż strach pomyśleć, w którym miejscu futbolowego świata znajdowałyby się obecnie Łabędzie z Liberty Stadium.

Trzeba jeszcze pamiętać o Sandro Ramírezie, napastniku Celty Vigo, który w swoim kontrakcie miał zapisaną niską jak na warunki Premier League klauzulę odejścia wynoszącą 6 mln €. Pozyskanie pochodzącego z Wysp Kanaryjskich atakującego zostało oficjalnie ogłoszone w minioną niedzielę.


Letni okres transferowy trwa w najlepsze, a Koeman zdaje się robić to, czego zabrakło w ostatecznym rozrachunku Martínezowi. Hiszpan miał pieniądze na wzmocnienia, ale nawet jeżeli nowe nabytki się sprawdzały, to na końcu okazywało się, że na Goodison Park oczekiwano od nich jeszcze więcej. Holender zdaje się być człowiekiem bardzo racjonalnym, a co istotne, zdolnym do tego, by nawet najgorszego zawodnika uczynić piłkarzem na miarę najbogatszej ligi świata. Polityka transferowa Evertonu wygląda obiecująco i niewykluczone, że w niebieskiej części Merseyside ponownie zagości radość, której zalążki mieliśmy okazję oglądać w rozgrywkach 2016/17.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja za miedzą, na Anfield Road. Bardziej znani, bogatsi, a w swoim mniemaniu lepsi. Legendarny Bill Shankly mawiał, że w Merseyside są dwie drużyny: Liverpool i rezerwy Liverpoolu. Deprecjonowanie lokalnego rywala miało jednak uzasadnienie, bowiem przepaść, jaka wówczas dzieliła „Czerwonych” od „Niebieskich” była olbrzymia. Niebagatelną rolę w tym układzie odgrywały rzecz jasna pieniądze. Od czasów Moyesa na Anfield Road pracowało czterech trenerów (nie liczymy Gerarda Houliera, który kończył swoją pracę w Liverpoolu – dod. red.). Od 2004 do dziś The Reds kierowali kolejno: Rafa Benítez, Roy Hodgson, Kenny Dalglish, Brendan Rodgers i Jürgen Klopp. Aby lepiej zobrazować różnicę w funkcjonowaniu obu klubów z Merseyside, przygotowaliśmy zestawienie najdroższych transferów rywali z miasta Beatlesów, począwszy od sezonu 2003/04. W korespondencyjnym „bezpośrednim” starciu tylko Romelu Lukaku przebił Adama Lallanę…

 
Sezon
  Liverpool FC Everton FC
2003/04
Harry Kewell (10 mln €)Joseph Ikpo Yobo (6 mln €)
2004/05
Djibril Cissé (20 mln €)James Beattie (9 mln €)
2005/06
Mohamed Sissoko (12 mln €)Andy van der Meyde (9 mln €)
2006/07
Dirk Kuyt (18 mln €)Andy Johnson (11 mln €)
2007/08
Fernando Torres (38 mln €)Yakubu Aiyegbeni (16,5 mln €)
2008/09
Robbie Keane (24 mln €)Marouane Fellaini (22 mln €)
2009/10
Glenn Jonhson (20,5 mln €)Diniyar Bilyaletdinov (10 mln €)
2010/11
Andy Carroll (41 mln €) Magaye Gueye (1,4 mln €)
2011/12
Stewart Downing (22,8 mln €)Nikica Jelavić (6,6 mln €)
2012/13
Joe Allen (19 mln €)Kevin Mirallas (7,5 mln €)
2013/14
Mamadou Sakho (19 mln €)James McCarthy (15,5 mln €)
2014/15
Adam Lallana (31 mln €)Romelu Lukaku (35 mln €)
2015/16
Christian Benteke (46 mln €)Baye Oumar Niasse (17,6 mln €)
2016/17
Sadio Mané (41,2 mln €)Yannick Bolasie (28,9 mln €)

W historii klubu z Anfield było aż osiemnastu piłkarzy, za których The Reds płacili co najmniej 20 mln €, podczas gdy w Evertonie takich graczy znajdziemy zaledwie sześciu, z czego dwaj zostali kupieni w tym oknie transferowym. Wciąż trudno sobie wyobrazić, by The Toffees zapłacili za jednego zawodnika 40 mln €, podczas gdy dla Liverpoolu latem 2015 roku sprowadzenie dwóch napastników za odpowiednio: 46,5 i 41 mln (Benteke i Firmino) nie stanowiło żadnego problemu. A przecież w tym zestawieniu zabrakło miejsca dla innych kosztownych piłkarzy, jak choćby Javier Mascherano, Luis Suárez, Dejan Lovren, Georginio Wijnaldum czy Ryan Babel…

To podstawowa dysproporcja pomiędzy dwoma klubami z Merseyside. Nie oznacza to jednak, że gracze sprowadzani przez Liverpool za spore pieniądze zawsze się sprawdzali. Przewagą Evertonu jest fakt, że dotychczas wydawał on stosunkowo niewielkie kwoty na zawodników, którzy w dużej mierze się sprawdzali. Z powyższego zestawienia tylko Gueye nie odegrał w klubie z Goodison Park znaczącej roli. Lista graczy przepłaconych przez The Reds i takich, którzy zawiedli na całej linii jest znacznie dłuższa, a otwiera ją chociażby wspominany „Big Ben”. Wszyscy w Liverpoolu z pewnością pamiętają nietrafiony transfer Fabio Boriniego, który w 2012 roku przenosił się na Anfield za 13 mln €. Powiedzieć, że nie zbawił ekipy osiemnastokrotnego mistrza Anglii, to nie powiedzieć nic. LFC pozbył się więc Włocha lekką ręką, co raczej nie może dziwić. Były napastnik Romy w czerwonej koszulce rozegrał 38 meczów, strzelając zaledwie trzy gole. Modelowym przykładem wyrzucenia pieniędzy w „błoto” na długo pozostanie jednak Andy Carroll.

Klubowa kasa Liverpoolu pękała w szwach od lat, ale wydaje się, że racjonalna polityka personalna nastała dopiero z przybyciem Jürgena Kloppa. Charyzmatyczny Niemiec w swoim pierwszym letnim okienku transferowym na Anfield co prawda rozbił bank (wydanych 79 mln € – przyp. red.), ale transakcje, które przeprowadził, okazały się być trafione. Dość powiedzieć, że wymieniony w zestawieniu Sadio Mané stanowił w minionej kampanii o sile ataku The Reds, a przez kilka tygodni był przecież niedostępny z powodu kontuzji (27 meczów: 13 goli, 6 asyst w Premier League – przyp. red.)!

Georginio Wijnaldum strzelał natomiast kluczowe bramki z mocnymi rywalami (w sumie sześciokrotnie trafiał do siatki), dokładając do tego dziewięć asyst. Loris Karius i Ragnar Klavan kosztowali zdecydowanie mniej, i choć nie grali wybitnie, często okazywali się dla Kloppa ostatnią deską ratunku. Za to sprowadzany za darmo z Schalke Joël Matip stał się kluczowym stoperem Liverpoolu, przy którym Dejan Lovren zyskiwał więcej pewności w grze. Początek letniego okna transferowego zapowiada, że na Anfield także w tym roku będzie bardzo gorąco. 42 mln € – tyle kosztował The Reds Mohamed Salah, który po raz drugi rusza na podbój Anglii. Za pierwszym razem, w Chelsea, wyszło mocno średnio, ale egipski skrzydłowy zdołał odbudować swoją markę w Romie. Giallorossi mieli z niego pociechę przez ostatnie dwa sezony, w których w sumie Salah strzelił aż 34 gole na poziomie Serie A!


Nie jest tajemnicą, że podobnie jak Everton, Liverpool wciąż sonduje rynek. Naby Keïta od dawna jest podobno obsesją Jürgena Kloppa. Środkowy pomocnik z rewelacji poprzedniego sezonu Bundesligi, RB Lipsk, w wielu prestiżowych zestawieniach był uznawany najlepszym zawodnikiem niemieckiej ekstraklasy. Działacze z Anfield są jednak gotowi pobić klubowy rekord i zapłacić za Gwinejczyka aż 70 mln €!


Cały czas nie milkną również echa potencjalnego transferu Virgila van Dijka, który ma za sobą kapitalny sezon w Southampton FC.


Liverpool jest miastem dysproporcji. Część kibiców podąża na Goodison Park, innych uwodzi legendarny hymn „You’ll never walk alone” i zmierzają w kierunku Anfield Road. Everton powoli dogania jednak bardziej renomowanego lokalnego rywala w kwestii wysokości przeprowadzanych transferów, podczas gdy ten sukcesywnie… odjeżdża. Poprzednia kampania udowodniła, że Ronald Koeman potrafi zbudować zespół oparty na droższych, ale solidnych wzmocnieniach. Fani The Reds mają z kolei nadzieję, że Jürgen Klopp, po udanym ubiegłym sezonie i owocnym okienku transferowym, okaże się równie skuteczny w kolejnych latach. Podczas gdy uwaga wielu fanów Premier League skupia się na klubach z Londynu czy Manchesteru, w Merseyside dwie drużyny coraz śmielej pukają do ścisłej ligowej czołówki. Racjonalna polityka i ukierunkowanie na sukcesywny rozwój sprawiają, że Koeman i Klopp konsekwentnie budują markę swoich produktów. Zawirowania kadrowe w obu klubach należą już do przeszłości i zarówno The Toffes, jak i The Reds z nadzieją spoglądają na czekające ich nowe wyzwania. A wygląda na to, że teraz mogą swoje ambitne cele osiągnąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *