8f88b6ff547c226c4aa7fa186a45a3f0

Jest w życiu kilka rzeczy oczywistych. W angielskiej piłce są to chociażby utrzymanie Sunderlandu, czwarte miejsce Arsenalu czy brak mistrzostwa dla Liverpoolu. W obecnym sezonie do grona tych „świętości” dołączyło również zwycięstwo Burnley na własnym stadionie. Trudno w to uwierzyć, ale The Clarets 28 z 29 punktów zdobyli właśnie na Turf Moor! Znane z konferencji prasowych w Football Managerze zdanie, że „rywale drżą ze strachu już w drodze na stadion” jest więc tutaj jak najbardziej uzasadnione. Już w niedzielę zburzyć mury tej fortecy spróbuje prawdziwy włoski gladiator ze swoją armią – na Harry Potts Way zamelduje się bowiem Chelsea.

Od zawsze dla beniaminków nadrzędną zasadą, która ma im w pierwszym sezonie przynieść sukces w postaci utrzymania jest jak najlepsza postawa w meczach u siebie. Burnley jest najlepszym przykładem opanowania tej sztuki do perfekcji. Drużyna Seana Dyche’a właściwie nie zdobywa punktów na wyjeździe, ale z kolei u siebie poniosła jak dotąd tylko trzy porażki, co daje The Clarets bezpieczne miejsce w środku tabeli. Przegrana na Turf Moor ze Swansea w pierwszym dniu sezonu okazała się więc złym miłego początkiem, gdyż później w Burnley wygrywały minimalnie już tylko drużyny z czołówki – Arsenal i Manchester City. Nic dziwnego, że w Anglii zaczęto mówić o twierdzy nie do sforsowania, w której piłkarze Dyche’a przeistaczają się z brzydkich kaczątek w przystojnych arystokratów.


Często w takich przypadkach mówi się o wsparciu kibiców, którzy stają się dwunastym zawodnikiem zespołu i nie inaczej jest w hrabstwie Lancashire. Na stadion Burnley przychodzi średnio 20 tysięcy ludzi, co przy liczbie mieszkańców około 73 tysięcy pokazuje, jak bardzo miasto żyje meczami swojej ukochanej drużyny. Potwierdza to Joey Barton mówiąc, że sympatycy klubu tworzą rodzinną społeczność, niespotykaną nigdzie indziej. Fani The Clarets prowadzą niezwykle żywiołowy doping wspomagany jeszcze na dodatek utworem zespołu Arcade Fire „Wake Up”, który jest odgrywany kilka chwil przed wyjściem piłkarzy na boisko.

Zgodnie z tytułem piosenki, gracze Burnley momentalnie budzą się i pozostają skoncentrowani do ostatniego gwizdka sędziego. W ich grze nie należy jednak doszukiwać się szaleńczego rzucania się na rywala czy pozornej dominacji w posiadaniu piłki. Często wygląda to tak, jak w spotkaniu z Liverpoolem, które było chyba najbardziej spektakularnym triumfem ze wszystkich odniesionych na Turf Moor. Podopieczni Jürgena Kloppa zakończyli mecz z bilansem 80% posiadania piłki, ale to ich rywale dwukrotnie trafili do siatki.

Perfekcja w defensywie oraz skuteczność do bólu w ofensywie – to jest coś, co charakteryzuje ekipę Dyche’a. Dość powiedzieć, że w sześciu ostatnich meczach u siebie, licząc ligę i puchary, The Clarets stracili zaledwie jednego gola! Nawet lepszym zespołom trudno jest przy Harry Potts Way rozwinąć skrzydła, gdyż agresywnie grający obrońcy Burnley zostawiają przeciwnikom niezwykle mało miejsca. A jeśli defensorzy zawiodą, na posterunku pozostaje bramkarz Tom Heaton, który jest w Premier League niezrównany jeśli chodzi o liczbę obron na mecz.


Ciekawe, czy golkiper Burnley nadal będzie mógł poszczycić się tym faktem po tym, co wydarzy się w niedzielne popołudnie. Do twierdzy Turf Moor przybędzie bowiem najpoważniejszy śmiałek, który może sprawić, że zadrży ona w posadach. Chodzi oczywiście o Chelsea, która do tej pory swoją pokaźną przewagę w ligowej tabeli zbudowała właśnie w meczach z teoretycznie słabszymi rywalami. The Blues nie mają tendencji do łatwego gubienia punktów, a po pokonaniu Arsenalu są zdecydowanie na fali wznoszącej. Gospodarze wierzą jednak, że tym razem ich pragmatyczna taktyka również okaże się zwycięska. O to, aby tak się stało ma zadbać m.in. lider defensywy Michael Keane, który dobrym występem powinien mocno zapisać się w notesie Antonio Contego. W ostatnich miesiącach często spekulowano bowiem o jego przejściu na Stamford Bridge, gdzie miałby stać się naturalnym następcą Johna Terry’ego.

„Wierzymy, że możemy pokonać Chelsea. Do każdego meczu u siebie przystępujemy z postanowieniem, że go wygramy – nieważne czy rywalem jest Chelsea, Manchester City czy Sunderland. Mamy niesamowitą serię zwycięstw na Turf Moor i zrobimy wszystko, aby ją przedłużyć. Kibice na tym stadionie są niesamowici, dają nam duże wsparcie, więc chcemy podarować im ten triumf”

Swojemu partnerowi z obrony wtóruje Heaton, który ostrzega, że Chelsea nie powinna spodziewać się łatwej przeprawy.

„Pamiętam mecz sprzed ponad dwóch lat, gdy zaczynaliśmy nasz poprzedni sezon w Premier League. Przegraliśmy u siebie z Chelsea 1:3 i nie mieliśmy nic do powiedzenia. Teraz wyglądamy zupełnie inaczej – rozwój jest widoczny gołym okiem. Chcemy, aby było to widoczne także w niedzielę. Według mnie to nie jest mecz, którego Chelsea nie może się doczekać. Na naszym stadionie jesteśmy w stanie pokonać każdego, głównie dzięki wsparciu niesamowitych fanów”

Na mało przyjaznym dla rywali stadionie Burnley dojdzie więc w niedzielę do starcia, które może okazać się dla The Blues niełatwą do ominięcia pułapką. Zadanie wydaje się tym trudniejsze, że na Turf Moor szatnie dla gości są… o wiele mniejsze niż na innych obiektach Premier League. Znajdują się one pod słynną trybuną Davida Fishwicka i choć latem zostały przebudowane, nadal pozostają niezbyt przestronne. Potwierdzają to nawet obecni zawodnicy beniaminka, wspominając czasy, gdy przyjeżdżali na Turf Moor ze swoimi byłymi zespołami.

„Gdy przychodziłem do Burnley, uświadomiłem sobie, że chyba nigdy nie wygrałem na tym stadionie! Wroga atmosfera dla przeciwników jest wyczuwalna, a szatnie są rzeczywiście dużo mniejsze. Boisko jest jednak zawsze świetnie przygotowane, a to na nim, a nie w szatni, wygrywa się mecze” – Jeff Hendrick

„Nikt nie lubi tu przyjeżdżać. Tak niewielkich szatni nasi rywale nie widzieli nigdy dotąd! Wykorzystujemy to jako naszą przewagę” – George Boyd

Wydaje się jednak, że dla takich piłkarzy jak Diego Costa, Eden Hazard czy Willian nieco mniejsze pomieszczenie, w którym będą się przebierać raczej nie powinno stanowić wielkiego dyskomfortu. Być może nawet okaże się atutem, bo Conte znany jest przecież ze swoich płomiennych przemówień w szatni, więc gdy The Blues będą bardziej skonsolidowani, może to przynieść piorunujący efekt. Przed Burnley stoi oczywiście wyzwanie z gatunku tych bardzo trudnych, jednak seria siedmiu kolejnych domowych zwycięstw sprawia, że tym razem beniaminkowi daje się zdecydowanie więcej szans niż w normalnych okolicznościach. Aby odnieść sukces, The Clarets nie mogą jednak przez cały mecz się bronić, dlatego umiejętności techniczne Stevena Defoura, Johanna Berga Guðmundssona czy najlepszego strzelca drużyny Andre Graya mogą okazać się kluczowe.

Źródło: goal.com
Źródło: goal.com

W ostatnich dwóch sezonach, w których Burnley FC rywalizowało na poziomie Premier League, przygoda z najwyższą ligą kończyła się już za pierwszym podejściem. Tym razem szanse na utrzymanie są zdecydowanie większe, a gdyby The Clarets poprawili grę na wyjazdach, mogliby myśleć nawet o występach w Lidze Mistrzów! W tabeli uwzględniającej wyłącznie mecze u siebie zespół z północnej Anglii zajmuje bowiem wysokie, trzecie miejsce i ustępuje tylko Chelsea oraz Tottenhamowi. Gdy podopieczni Dyche’a opuszczają swoje królestwo, tracą jednak wszelkie atuty, czego najlepszym dowodem zaledwie jeden wywalczony punkcik w delegacjach. Co ciekawe, udało się go zdobyć nie byle gdzie, bo na Old Trafford, jednak przeciwko Manchesterowi United dopisało Burnley mnóstwo szczęścia. Jeśli w niedzielę gospodarze marzą o korzystnym wyniku, również powinni liczyć na słabszy dzień swoich przeciwników. Na Turf Moor wiele drużyn dopadała już dziwna choroba, ale teraz szyfry twierdzy spróbuje złamać prawdopodobnie przyszły triumfator Premier League. Zapowiada się więc popołudnie z gatunku tych, gdzie kolejki do toalet w przerwie będą dłuższe niż zwykle…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *