IMG_20170604_001113

Wydawało się, że wreszcie nadszedł ten moment, w którym dominacja Juventusu na włoskich boiskach znajdzie odzwierciedlenie także na całym kontynencie. Lepszej okazji do zapisania się złotymi zgłoskami na kartach historii być nie mogło, wszak połączona byłaby ona z przerwaniem snu Królewskich. Podopieczni Zidane’a w drugiej połowie niezwykle boleśnie pozbawili jednak złudzeń turyńskiego rywala i dowodzeni przez Ronaldo dokonali rzeczy absolutnie historycznej – obronili tytuł najlepszego zespołu w Europie!

Punktualnie o 20:45 oczy wszystkich kibiców futbolu zostały skierowane na Millennium Stadium, gdzie w pojedynku piłkarskich gladiatorów mierzyły się ze sobą Juventus i Real Madryt. Z jednej strony żelazna obrona i legendarny Gianluigi Buffon, z drugiej fantazja i niesamowity zmysł strzelecki formacji ofensywnej, na której czele stoi Cristiano Ronaldo. To wszystko sprawiło bukmacherom gigantyczny problem ze wskazaniem faworyta sobotniej rywalizacji. Królewscy mieli zostać pierwszym zespołem w historii, który obroni najbardziej prestiżowe klubowe trofeum na Starym Kontynencie, z kolei Massimiliano Allegri miał przygotować swój zespół tak perfekcyjnie, aby marzeń stołecznych kibiców nie udało się zrealizować. Włoski szkoleniowiec znalazł już zresztą kiedyś pomysł na „wyeliminowanie” Zinédine Zidane’a. W 1996 roku na tyle skutecznie zneutralizował go na boisku, że Francuz w geście frustracji bezpardonowo sfaulował go i otrzymał czerwoną kartkę.


O dodatkową motywację postarały się także władze turyńskiego klubu, które w osobie prezydenta miały obiecać każdemu piłkarzowi Starej Damy za wygranie finału Champions League… nowy model Ferrari.


Obaj trenerzy nie mogli narzekać na silny ból głowy przy ustalaniu podstawowych jedenastek. Były znakomity rozgrywający pierwotnie miał postawić na Danilo, kosztem wracającego po rekonwalescencji Daniego Carvajala. Ostatecznie Hiszpan rozpoczął starcie jednak w wyjściowej jedenastce. Nieco odmienny los czekał zaś Garetha Bale’a, który mimo tego, że zdołał uporać się już z urazem, to znalazł się tylko wśród graczy rezerwowych, a jego miejsce, podobnie jak w kilku ostatnich meczach Los Blancos, zajął Isco. Były opiekun Milanu umieścił natomiast w protokole meczowych wszystkich swoich najważniejszych zawodników, a jedynymi nieobecnymi byli żelazni rezerwowi: Marko Pjaca oraz Stefano Sturaro.


Scenariusz na początkowy etap finałowej rywalizacji wydawał się być dość klarowny. Obaj trenerzy mieli dużo czasu na przygotowanie swoich ekip, a tym samym na znalezienie u rywali mocnych i słabych stron, które należało odpowiednio zneutralizować oraz uwypuklić.

Zapewne trudno było o znalezienie eksperta, który przewidziałby szalone ataki Bianconerich już od pierwszego gwizdka sędziego Felixa Brycha. Większą popularnością cieszyłyby się u bukmacherów nawet zakłady na bezbłędny komentarz Dariusza Szpakowskiego, zgłoszenie się bogatego inwestora do Ruchu Chorzów czy zwycięstwo Franciszka Smudy w konkursie „Mistrz Mowy Polskiej”. Nie brakowało natomiast głosów, że na tym poziomie trudno o jakieś zaskoczenie, ale nie sposób było nie zauważyć lekkiej konsternacji na twarzach piłkarzy i kibiców z Madrytu tym, co działo się na początku sobotniego starcia w Cardiff. Serca fanów Los Merengues zabiły mocniej jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa, gdy Keylor Navas w imponującym stylu zatrzymał uderzenie Miralema Pjanicia.


Dla Realu strzał Bośniaka okazał się swoistym gongiem, który obudził stołeczny zespół z letargu. Efekt przyszedł błyskawicznie. Carvajal znakomicie wstrzelił piłkę w pole karne, a Ronaldo po delikatnym rykoszecie od Leonardo Bonucciego zmieścił piłkę w siatce. To oznaczało, że ekipa z Estadio Santiago Bernabéu 65. mecz z rzędu zakończy z bramką. Sam Portugalczyk przeszedł zaś do historii jako pierwszy zawodnik, który zmusił bramkarza do kapitulacji w trzech finałach Ligi Mistrzów.


Juve przez moment wydawało się zamroczone po ciosie, który spadł na nich w najmniej oczekiwanym momencie. Stara Dama prezentowała się przecież znakomicie i kwestią czasu miało być wyjście na zasłużone prowadzenie. W kluczowym momencie zawiodła jednak najważniejsza broń mistrza Italii – żelazna defensywa, która nazbyt wiele pozwoliła Realowi. Massimiliano Allegri sprawiał wrażenie zupełnie skołowanego takim scenariuszem. Włoski taktyk żywo gestykulował przy linii bocznej, starając się przywrócić swoich podopiecznych na właściwy tor. To udało się za sprawą niesamowitego uderzenia Mario Mandžukicia, który otrzymał swoistą nagrodę za sezon pełen wyrzeczeń. Chorwat bez cienia grymasu zaakceptował nową rolę w zespole i w efekcie mógł, podobnie jak w 2013 roku, cieszyć się z bramki w najważniejszym klubowym starciu w europejskim futbolu.


Juventus wrócił do gry także dzięki tytanicznej, ale efektownej pracy Pjanicia. Wychowanek FC Metz, mimo że naprzeciwko miał tercet Casemiro – Kroos – Modrić, praktycznie w pojedynkę zdominował środek pola, a dodatkowo stwarzał gigantyczne zagrożenie pod bramką Navasa. Reprezentant Kostaryki obronił jedno uderzenie dyrygenta Starej Damy, a przy innym miał sporo szczęścia, wszak wyręczyli go defensorzy, który zdążyli z udanym blokiem.


Postronni kibice mogli być zdecydowanie ukontentowani tym, co wydarzyło się w pierwszej połowie walijskiego finału. Bramka dla Realu, efektowna odpowiedź turyńczyków, fantastyczne tempo, zacięta rywalizacja o każdy centymetr boiska – właśnie na taki finał wszyscy czekali.

Przerwa wydawała się być jedynie idealnym momentem na uzupełnienie płynów i regenerację, bowiem trudno było przewidywać, aby już na tak wczesnym etapie meczu któryś z trenerów zdecydował się na istotną rotację. Druga połowa przyniosła jednak jedną, dość znaczącą zmianę obrazu gry – Real zaczął grać odważniej, jakby chciał uniknąć kolejnej dogrywki w finale Champions League. Przez pierwszy kwadrans po zmianie stron trudno było Królewskim sforsować biało-czarnym mur. Nawet po odbiorze piłki mistrzowie Hiszpanii mieli poważny problem z wyprowadzeniem groźnej kontry.

Kluczem do zwycięstwa miał się okazać atak pozycyjny, który z każdą kolejną minutą zaczął przynosić Los Blancos coraz większe zagrożenie pod bramką Buffona. Włoch musiał jednak wyciągać piłkę z siatki w dość zaskakującym momencie – po strzale z dystansu Casemiro, któremu znacznie pomógł rykoszet od nogi Samiego Khediry. Brazylijczyk znów nie rozgrywał idealnych zawodów, ale po raz kolejny dopisało mu szczęście.


Real miał w tym momencie dwa wyjścia: pójść za ciosem lub postawić podwójną linię obrony licząc, że rywal nie zdoła się przez nią przedrzeć. Ta taktyka wiele razy zawodziła, więc zdecydowanie bardziej prawdopodobna wydawała się opcja z próbą szybkiego strzelenia kolejnej bramki. Okazja ku temu przyszła bardzo szybko. Cristiano Ronaldo nie pozostało nic innego, jak skierować piłkę do siatki, gdy znakomicie w rolę skrzydłowego wcielił się fenomenalny tego dnia Luka Modrić. Zwycięzca ubiegłorocznych Mistrzostw Europy zaliczył dziesiąte trafienie w ostatnich pięciu meczach w najbardziej prestiżowych rozgrywkach na Starym Kontynencie, a przy okazji po raz piąty z rzędu zapewnił sobie koronę króla strzelców tych rozgrywek.


Dla Juventusu najsłabszy mecz w tej edycji Champions League nadszedł w najgorszym możliwym momencie. Mistrz Italii odważnie odgrażał się, że jest w stanie pozbawić Real tytułu najlepszej klubowej drużyny w Europie, ale te słowa miały odzwierciedlenie tylko w pierwszych fragmentach rywalizacji. Zupełnie zawiodła największa broń Bianconerich, która pozwoliła madrytczykom na zbyt wiele w polu karnym Buffona. Rozczarowali także ci, od których wiele oczekiwano: Higuain i Dybala, a sam Pjanić nie był w stanie pociągnąć całego zespołu.

Któż mógł przypuszczać, że kilkanaście miesięcy temu Florentino Pérez dokona najlepszej zmiany podczas swoich rządów w Madrycie. Kto wtedy myślał, że to właśnie pod wodzą Zidane’a wydarzy się coś bezprecedensowego – narodzi się drużyna, która dwa razy w rzędu wygra Ligę Mistrzów. A w dodatku uczyni to w tak efektownym stylu, którego ukoronowaniem trafienie w doliczonym czasie gry Marco Asensio.


Francuz nie najlepiej zaczął swoją przygodę na ławce trenerskiej Realu. Zdarzało się, że wiele razy był krytykowany, ale teraz z dumą może spojrzeć w oczy każdemu ze swoich krytyków. Zidane w pełni zrealizował powierzone mu zadanie i wykręcił resultado historico, który długo może pozostać nieosiągalny!



Juve logoJuventus FC 1:4 Real Madryt

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *