CfeCkmvWIAA7QEH

Powrót Jürgena Kloppa do Dortmundu zakończył się sukcesem. Remis na trudnym terenie to korzystny wynik, a gra Liverpoolu na dobrym poziomie napawa do optymizmu przed rewanżem. The Reds zagrali solidny mecz, a Borussia może odczuwać niedosyt, bo to Niemcy byli – i chyba, mimo wszystko, dalej są – faworytami tej konfrontacji.

Już po losowaniu wszyscy wiedzieli, że powrót Jürgena Kloppa na stadion, gdzie święcił swoje dotychczasowe największe sukcesy nie przejdzie bez echa. W latach 2008-2015 było tak: BVB to Klopp, a Klopp to BVB. Tuchel, który zastąpił obecnego szkoleniowca Liverpoolu, przeszedł taką samą drogę, jak jego charyzmatyczny poprzednik, ale póki co nie może się z nim równać.



Pojedynek pomiędzy mistrzem, a uczniem, pomiędzy czarodziejem z Armenii, a magikiem z Brazylii, a także bitwa o środek pola pomiędzy młodziutkim Weiglem, a charyzmatycznym kapitanem Hendersonem sprawiały, że ten dwumecz stał się z miejsca absolutnym hitem wśród pozostałych ćwierćfinałów LE.


Przed dzisiejszym spotkaniem oczy były oczywiście zwrócone na Kloppa. Sam zainteresowany stwierdził, że nie wie jak zachowa się, gdy wyjdzie na murawę Westfalenstadion.


Początek spotkania pokazał, kto jest gospodarzem, bo to piłkarze z Niemiec dłużej rozgrywali futbolówkę, cierpliwie i skrupulatnie, aby pokonać twardo grających Anglików. Anglików, którzy do spotkania przystępowali z Divockiem Origim jako wysuniętym napastnikiem, a z Roberto Firmino i Danielem Sturridgem na ławce rezerwowych. Młody Belg okazał się bohaterem pierwszej połowy, jednak nim pokonał Romana Weidenfellera, jego koledzy z obrony musieli się niejednokrotnie wykazać. Kapitalny mecz rozgrywał Mamadou Sakho, który trzykrotnie zapobiegł niebezpieczeństwu pod bramką Mignoleta. Zarówno Reus, jak i Aubameyang nie zachwycali, a z całego ofensywnego tria najlepiej spisywał się Henrikh Mkhitaryan.


Warto dodać, że gol dla Liverpoolu nie był dziełem przypadku, choć to błędy defensorów gospodarzy umożliwiły Origiemu pokonanie bramkarza BVB. Już wcześniej sytuację do otworzenia wyniku miał Dejan Lovren, ale strzał Chorwata skutecznie zastopował doświadczony golkiper.

Obraz gry po przerwie się nie zmienił, a upór i konsekwencja Żółto-Czarnych przyniosły pożądany efekt. W 48. minucie winy odkupił kapitan Borussii, Mats Hummels, który po dośrodkowaniu z narożnika boiska wyprzedził Adama Lallanę i nie dał szans Mignoletowi na skuteczną interwencję. W późniejszym fragmencie mieliśmy do czynienia z fantastycznym okresem gry bramkarza gospodarzy. Strzały Coutinho i Clyne’a Weidenfeller bronił jak natchniony. Dortmundczycy, kiedy przejmowali piłkę albo bili głową w angielski mur, albo potrafili jednym zagraniem uwolnić Reusa, czy Mhitaryana, którzy stanęli przed dogodnymi szansami.

Trzeba powiedzieć, że Klopp niemal idealnie trafił z taktyką na to spotkanie. Na trudnym terenie w Nadrenii Północnej Westfalii jego zespół zdołał zdobyć bramkę i zaprezentował kawałek dobrego futbolu. Należy dostrzec, że mimo absencji Jordana Hendersona, to w drugiej połowie Liverpool nie wyglądał gorzej. Joe Allen godnie zastępował kapitana LFC.

Jeśli idzie o personalia, to w The Reds kilku zawodników zagrało przeciętne spotkanie. Rozczarował występ Adama Lallany, który przyzwyczaił nas do tego, że lubi pościgać się z obrońcami, wejść w drybling, zrobić przewagę. W spotkaniu w Dortmundzie w grze byłego gracza Southampton nie było widać żadnego z tych aspektów. Pomimo bramki, dość bezbarwne spotkanie rozegrał Divock Origi. Belg miał jeszcze jedną sytuację na podwyższenie wyniku, ale w doliczonym czasie gry pierwszej połowy zatrzymał go Weidenfeller. Owszem, napastnik sprowadzany z LOSC Lille walczył, starał się, ale nic z tego nie wynikało.

Po tym spotkaniu wątpliwości można mieć co do postawy defensywy gości. Czy Dejan Lovren jest zawodnikiem na miarę klubu z miasta Beatlesów? Gra Chorwata nie powala na kolana, a do spółki z Mignoletem kilkukrotnie zachowali się zbyt nonszalancko.

Liverpool może być zadowolony z osiągniętego rezultatu. Goście mają przed sobą mecz u siebie, a gra na Anfield powinna być ich atutem. BVB w perspektywie niedzielnej ma Revierderby, których rangi nikomu nie trzeba tłumaczyć. Spotkanie z lokalnym rywalem z Gelsenkirchen może być ciężką przeprawą, mimo że Schalke nie zachwyca ostatnio formą. Liverpoolczyków w weekend też czeka ważny test – mecz ze Stoke City, który może decydować o awansie do europejskich pucharów.

The Reds zremisowali właśnie drugie spotkanie z rzędu, ale ciężko nie zgodzić się z tym, że Aubameyang, Reus i spółka mocno przyczynili się do tego, nie grając wybitnego meczu. Goście zaprezentowali się dobrze z tyłu, przyzwoicie w środku i nieźle z przodu. Znając Tuchela i Kloppa, rewanż będzie pasjonującą batalią, a jej zwycięzca może już w maju świętować na stadionie w Bazylei. Mimo wszystko faworytem pozostaje Borussia, ale Liverpool nie odpuści i w czwartek 14 kwietnia Anfield będzie grzmiało.