Walka o utrzymanie w Bundeslidze - foto główne (Kopiowanie)

Obecny sezon Bundesligi od początku zapowiadał się pasjonująco, głównie ze względu na szalony start rozgrywek, który sugerował, że tym razem Bayern nie tylko będzie miał znacznie trudniejszą drogę do mistrzostwa niż w poprzednich latach, ale być może powróci pasjonująca walka o tytuł z udziałem kilku drużyn. Takie prognozy powtarzano bardziej z nadzieją niż wiarą, a czas zweryfikował je jako kompletnie nietrafione. Układ sił w czołówce ligi niemieckiej jest klarowny i do końca sezonu niewiele się tam prawdopodobnie zmieni. Jednak co los zabrał na górze stawki, z nawiązką oddał na dole, wszak dość niespodziewanie spore emocje pojawiły się w walce o utrzymanie.

Jeszcze niecały miesiąc temu obsada dwóch ostatnich pozycji w tabeli Bundesligi wydawała się przesądzona. Drużyny Darmstadt i Ingolstadt od początku sezonu były typowane na głównych kandydatów do spadku i zgodnie z oczekiwaniami właśnie te ekipy zadomowiły się na lokatach oznaczających degradację. Z czasem strata obu „drugoroczniaków” do miejsca barażowego rosła, a kibice za naszą zachodnią granicą utwierdzali się w przekonaniu, że w dolnej części tabeli do znaczących roszad dochodzić już nie będzie.

Wystarczyły trzy kolejki i trzy zwycięstwa w ciągu ośmiu dni, aby z drużyny witanej już w szeregach 2. Bundesligi, Ingolstadt stał się realnym zagrożeniem dla Augsburga, Mainz czy Wolfsburga, a więc ekip, które niewątpliwie odczuwały dotąd spory komfort psychiczny wynikający z przeświadczenia, że najgorsze, co może im się przydarzyć, to gra w barażach. Die Schanzer obudzili się w najważniejszym momencie sezonu i jednocześnie ostatniej możliwej chwili. Dziewięć ostatnich punktów podopieczni Maika Walpurgisa zainkasowali bowiem w pojedynkach z bezpośrednimi rywalami do bezpiecznych miejsc w tabeli: najpierw ograli 2:1 Mainz, a potem dwukrotnie w stosunku 3:2 Augsburg i Darmstadt.

Źródło: Transfermarkt
Źródło: Transfermarkt

Tak wyglądała dolna część tabeli ligi mistrzów świata jeszcze miesiąc temu. Podobnie jak Ingolstadt, w kluczowej fazie rozgrywek formę odnalazły także Werder i Hamburger SV, które dziś już nie muszą aż tak nerwowo oglądać się za siebie. Mainz, Augsburg i Wolfsburg nie zdołały natomiast poprawić swojego dorobku punktowego na tyle, aby rozpędzone Ingolstadt nie było w stanie dopaść ich zaledwie trzema sporymi susami. Poza Wilkami, którym udało się wywalczyć jeden remis, żadna z tych drużyn w analogicznym okresie nie dopisała na swoje konto choćby punktu. W konsekwencji ten sam fragment tabeli Bundesligi wygląda dziś już zupełnie inaczej.

Źródło: Transfermarkt
Źródło: Transfermarkt

Nagły wybuch formy i skuteczności Ingolstadt to jeden z tych fenomenów futbolu, których nie sposób jednoznacznie wyjaśnić. Najbardziej wiarygodnym wytłumaczeniem tej niespodziewanej serii są po prostu… słabi przeciwnicy. Terminarz przyniósł drużynie z Bawarii mecze z sąsiadami w tabeli aż w trzech kolejkach z rzędu, w dodatku rozgrywanych na przestrzeni jednego tygodnia. Od postawy w trakcie takich piłkarskich maratonów najczęściej zależy, kto ostatecznie cieszy się z utrzymania, a kto musi zastanawiać się nad drogą powrotu do elity.

Nie sposób upatrywać przyczyn poprawy rezultatów Die Schanzer w rewolucyjnych decyzjach trenera, wszak w ustawieniu taktycznym czy zestawieniu personalnym nie dochodziło ostatnio na Audi Sportpark do znaczących zmian. Być może formuła, która zdradzała już wcześniej pewien potencjał FCI04, w końcu wypaliła. Nie bez znaczenia jest również kwestia dyspozycji poszczególnych zawodników. W ostatnim czasie kilku piłkarzy Ingolstadt, zwłaszcza tworzących blok obronny, osiągnęło dość wysoką formę. Ściągnięty latem z BSC Young Boys Florent Hadergjonaj zaczyna wreszcie miewać przebłyski talentu, a wcale nie gorzej do bawarskiej drużyny wkomponował się bramkostrzelny stoper Romain Brégerie, który wyrasta na kluczową postać defensywy. Ogromną pracę wykonuje niezmiennie, zarówno w destrukcji, jak i w ofensywie, najlepszy strzelec Die Schanzer – Izraelczyk Almog Cohen, a dodatkowo „odpalił” wreszcie Sonny Kittel, który jak dotąd nie spełniał pokładanych w nim dużych nadziei.


Comeback Ingolstadt ma o wiele większe znaczenie niż tylko przywrócenie kibicom nadziei na utrzymanie. Sytuacja w tabeli – choć zespół Walpurgisa jeszcze nie awansował w niej choćby o jedną lokatę – zmieniła się diametralnie. W najbliższej kolejce podopieczni rudowłosego szkoleniowca zmierzą się z Wilkami z Wolfsburga i gdyby również z Volkswagen Arena udało im się wrócić z tarczą, wicemistrzowie Niemiec z 2015 roku mogliby spaść od razu na 17. pozycję! Mogliby, bo to samo dotyczy Augsburga i Mainz – również dla nich porażka w 29. serii gier, przy jednoczesnym zwycięstwie Ingolstadt, oznaczać będzie dołączenie do znajdującego się od kilku miesięcy w strefie zagrożenia SV Darmstadt.

„Chcemy osiągnąć w tym sezonie maksimum. A w naszym przypadku maksimum, to aktualnie utrzymanie w Bundeslidze. Podczas „angielskiego tygodnia” wypracowaliśmy sobie szansę na to, aby wydostać się ze strefy spadkowej. Dlatego do Wolfsburga jedziemy pełni wiary w nasze umiejętności”

„Darmstadt i Ingolstadt już zostały przez wszystkich uznane za pewnych spadkowiczów. Każdy z nas liczył się oczywiście z możliwością spadku. Teraz sytuacja się zmieniła. Inni też muszą zacząć bać się degradacji, a to potrafi pętać nogi. Myślę, że w Wolfsburgu panuje ogromne napięcie przed meczem z nami”

Thomas Linke, dyrektor sportowy FC Ingolstadt 04

Powrót Die Schanzer do walki o utrzymanie nie byłby oczywiście możliwy, gdyby nie fatalna dyspozycja drużyn z Augsburga i Moguncji, nie wspominając o kuriozalnych w obliczu potencjału kadrowego wynikach Wolfsburga. Podopieczni Manuela Bauma na ligowe zwycięstwo czekają już od sześciu kolejek, Mainz od siedmiu, a Kuba Błaszczykowski i jego koledzy ostatni raz triumfowali pięć spotkań temu, kiedy to wymęczyli 1:0 z najsłabszą drużyną w stawce. Wysiłki piłkarzy z Bawarii byłyby zatem daremne, gdyby nie zatrważająca nieudolność ich kontrkandydatów.


Szalona końcówka sezonu w dolnych rejonach tabeli staje się jednak powoli tradycją w Bundeslidze. W zeszłym roku zachwycaliśmy się fantastyczną wczesnowiosenną formą Stuttgartu, który ostatecznie wylądował na przedostatnim miejscu, wielkim objawieniem talentu Nagelsmanna, który wyciągnął Hoffenheim z głębokiego kryzysu i bramkami padającymi w ostatnich minutach spotkania decydującego o tym, kto zagra w barażach. W tej kampanii wokół strefy spadkowej jest równie ciasno jak przed rokiem i znów zaskakująco wiele dobrych drużyn jest zamieszanych w walkę o ligowy byt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *