UCL FINAL 2017 - foto główne

Są w futbolu mecze, które odróżniają chłopców od mężczyzn. Są dni, które fanatycy zielonego prostokąta i perfekcyjnie napompowanej piłki zakreślają na czerwono i czekają, aż nadejdzie czas upragnionego widowiska. Są wreszcie starcia, na które patrzy cały świat, a zainteresowanie nimi jest wielkie nawet wtedy, gdy nieznane są jeszcze drużyny, które wybiegną na murawę. 3 czerwca w Cardiff w kolejnej odsłonie piłkarskich gwiezdnych wojen zmierzą się Juventus i Real Madryt.

Liga Mistrzów, futbolowe salony, coś, co dla zwykłych śmiertelników jest na codzień niedostępne, a czego mogą doświadczać raz na dwa tygodnie liżąc szklany ekran telewizora i poczciwie nastawiając odbiornik na godzinę 20:45. Real Madryt ten szklany ekran dawno przebił, podobnie jak Juventus. Dwie drużyny o tak skrajnie różnych koncepcjach, pełne kontrastów i paradoksów, ale które przez sezon 2016/17 grały najpiękniej, najlepiej, najrówniej. Sobotni wieczór w Cardiff nie będzie starciem wagi lekkiej. Naprzeciwko staną dwaj potężni, godni siebie bokserzy, a to, który z nich opuści ring z uszatym pucharem może zależeć od ślepego losu. Czy jednak aby na pewno? Przyjrzeliśmy się każdemu aspektowi widowiska będącego obok finałów Mistrzostw Świata i Europy najważniejszym piłkarskim wydarzeniem na planecie.




Oszukać przeznaczenie

Bagatela dwanaście lat czekał Real Madryt, aby dojść do finału Champions League, kiedy Sergio Ramos i Cristiano Ronaldo rozbijali Bayern Monachium na Allianz Arena i wprowadzali Królewskich do Lizbony w sezonie 2013/14. Estádio da Luz stało się później świadkiem niesamowitego, pełnego dramaturgii spotkania, które Real po dogrywce rozstrzygnął na swoją korzyść wygrywając z Atlético 4:1. Później przyszedł 2015 i wielkie rozczarowanie. W półfinale madrycka lokomotywa wykoleiła się właśnie na Juventusie, który mimo znajdującego się w fenomenalnej formie Carlosa Teveza straszył głównie silną obroną. Do domu Królewskich odprawił jednak… ich wychowanek Alvaro Morata. 2016 i powtórne pokonanie Atlético – tym razem po rzutach karnych – sprawiło, że Los Blancos stali się jeszcze bardziej głodni sukcesu. Maksyma „apetyt rośnie w miarę jedzenia” jest idealnym wyznacznikiem tego, w jakim stopniu w Madrycie pragną zdobycia dwunastego w historii Pucharu Europy. Pucharu, którego nikt od 1991 roku nie obronił…

Juventus to zupełnie inny przypadek. Kiedy w 2003 roku na Old Trafford Andriy Shevchenko wygrywał dla Milanu trofeum Champions League, Gianlugi Buffon ukrywał twarz w dłoniach. Dwanaście lat później na berlińskim Olympiastadion Bianconeri nie dali rady Barcelonie przegrywając 1:3 w regulaminowym czasie gry. Teraz, kiedy przyjdzie im się zmierzyć z Realem Madryt, jest bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Massimiliano Allegri udowodnił, że należy do absolutnie ścisłej czołówki menedżerów na świecie, a głód zwycięstwa w Turynie jest bez wątpienia jeszcze większy niż w Madrycie. Bo przecież mija 21 lat, od czasu, kiedy na Stadio Olimpico w Rzymie zespół Starej Damy pokonał w serii „jedenastek” Ajax Amsterdam. Bo przecież przez te ponad dwie dekady w stolicy Piemontu nie zawsze świeciło słońce. Były lata tłuste, ale i chude, kiedy to Juve musiało przełknąć gorycz degradacji do Serie B. Bo przecież wszyscy pamiętają, że w 1998 roku Juventus przegrał wielki finał Ligi Mistrzów z… Realem Madryt.

Powodów do pokonania Królewskich jest więc wystarczająco wiele, a wystarczy wiara i umiejętności, których turyńczykom na pewno nie zabraknie.


Niebezpieczny niepotrzebny

„Statystyki są jak spódniczka mini – wiele pokazują, ale najważniejsze jednak zakrywają”. Ktoś, kto wypowiedział te słynne słowa, miał rację, wszak bilans dotychczasowych osiemnastu starć pomiędzy tymi dwiema wielkimi firmami jest stosunkowo wyrównany. Dziewięciokrotnie triumfował Real, siedmiokrotnie górą była Stara Dama i tylko dwa razy kibice nie doczekali się rozstrzygnięcia. Historia, statystyki czy gol Predraga Mijatovicia z finału ’98 nie mają jednak żadnego znaczenia – liczy się tu i teraz. A teraźniejszość dla obu drużyn jest niczym piękny sen. Juventus po raz szósty z rzędu zdobył mistrzostwo Włoch, dokładając do tego Coppa Italia. Real po pięciu latach odzyskał prymat w Hiszpanii, co sprawiło, że nikt nie pamięta już o kompromitującym styczniowym odpadnięciu z Celtą Vigo w Copa del Rey. Oba zespoły prowadzone są przez znakomitych fachowców. Głosy, które na początku kadencji Allegriego na J Stadium były mu nieprzychylne, szybko umilkły. Zidane także przestał być określany jako „trener szczęścia”, a jego menedżerskie umiejętności w końcu znalazły pozytywny wydźwięk w środowisku. Francuz także musiał stawić czoła lawinie krytyki, choć broniły i nadal bronią go wyniki.

Kiedy mówimy o wielkim finale Champions League, nie sposób nie zatrzymać się przy personaliach. Co najważniejsze, tym razem obaj menedżerowie będą mogli wybierać z pełnych kadr swoich ekip. Poza kontuzjowanym Marko Pjacą, który i tak między Bogiem a prawdą odgrywa w Juventusie marginalną rolę, Allegri będzie miał do dyspozycji wszystkich zawodników. Podobnie Zidane, który w przypadku braku Carvajala postawi na będącego ostatnio w niezłej formie Danilo. Nie ma jednak wątpliwości, iż polemiki czy kontrowersji przy wyborach personalnych byłego genialnego rozgrywającego nie zabraknie. Podstawowe pytanie: „czy postawić na wracającego do zdrowia Garetha Bale’a, czy może dać szansę fantastycznemu w ostatnich tygodniach Isco?”. Wiadomo, jak wyglądały minione miesiące w karierze wychowanka Southampton FC, ale wiadomo też, że finał rozegrany zostanie w Cardiff – w jego domu i jego królestwie. Postronni obserwatorzy, ale i chyba wielbiciele talentu Bale’a przyznają uczciwie – w tym sezonie gra Realu bez „Księcia Walii” wygląda o wiele lepiej, aniżeli z nim w składzie. Pojawiają się głosy, że kiedy na murawie przebywa całe trio BBC, to Królewscy nie potrafią skutecznie bronić, bowiem ofensywny tercet jest całkowicie zwolniony z zadań w destrukcji. Isco natomiast znajduje się prawdopodobnie w życiowej formie. Jest kreatorem, asystentem, a zarazem strzelcem goli, co istotne – także tych najważniejszych (patrz: trafienie w rewanżu przeciwko Atlético). Mobilność, ale i zadziorność byłego gwiazdora Malagi może być zresztą na wagę złota. Wszyscy wiedzą, jaką defensywą dysponuje Juventus. Buffon i turyńskie trio BBC – Barzagli, Bonucci, Chiellini – w profesjonalnym futbolu mają rozegranych łącznie aż 2449 meczów!


I choć cała czwórka w sumie liczy sobie 137 lat, to sztuka bronienia jest im znana od podszewki. Jak ciężko skruszyć biało-czarny mur przekonała się już w tym sezonie chociażby Barcelona. Drużyna prowadzona do niedawna przez Luisa Enrique przez 180 minut próbowała, dwoiła się i troiła, ale zawsze lepsi okazywali się albo Bonucci, albo Chiellini. A jeżeli na tej linii coś szwankowało, Buffon okazywał się być nie do zdarcia. Fakt, że Juventus w całym sezonie w 50. spotkaniach dał sobie wbić zaledwie 30 goli świadczy o tym, jak trudną misją może się okazać znalezienie drogi do siatki „Gigiego”.


I choć wydaje się, że to właśnie atak Realu i obrona Juventusu mogą się okazać sobotniego wieczora kluczowe, to wcale tak być nie musi. Obie drużyny, które wybiegną na murawę Millenium Stadium, lubią dominować nad przeciwnikiem, a co istotne mają ku temu predyspozycje. Fundamentalną rolę podczas sobotniego starcia o Puchar Europy odegra środkowa strefa boiska. Tutaj należy upatrywać przewagi Realu Madryt, który poza Modriciem i Kroosem dysponuje czymś, a w zasadzie kimś, kogo Allegriemu brak – mowa rzecz jasna o Casemiro. Brazylijczyk już w poprzednim sezonie uchodził za ważną część układanki „Zizou”, ale teraz ciężko wyobrazić sobie ekipę Los Blancos bez 25-letniego defensywnego pomocnika. Były zawodnik FC Porto potrafi uprzykrzyć życie nawet najbardziej sprytnemu rywalowi, a jego ostry, nieraz nawet brutalny styl gry deprymuje przeciwnika. Typowy przecinak, umiejący włożyć głowę tam, gdzie niektórzy nie włożyliby nogi. Niekiedy Brazylijczykowi „odcina prąd”, dlatego jest tak nieprzyjemnym oponentem.


W zespole Juventusu kogoś takiego nie znajdziemy. Owszem, analizując skład mistrzów Włoch odnajdziemy analogie pomiędzy Miralemem Pjaniciem a Luką Modriciem czy między Tonim Kroosem a Samim Khedirą, jednak brak na J Stadium zawodnika odpowiedzialnego za klasyczną równowagę w drużynie. Rola, jaką Casemiro będzie miał do odegrania w sobotni wieczór najprawdopodobniej ograniczy się do neutralizowania zagrożenia płynącego ze strony Paulo Dybali. Argentyńczyk ma za sobą słabsze półfinały, ale to jego bramki zapewniły Juventusowi awans do najlepszej czwórki.

Porównując poszczególne pozycje w obu drużynach można dojść do wniosku, że poza pomocą i częścią ataku lepszy jest zespół z Turynu. Nie wiadomo, w jakiej formie do Cardiff zawitał Dani Carvajal, znajdujący się poza grą od rewanżowego starcia z Atlético w półfinale Champions League. Zidane w przypadku niedyspozycji swojego etatowego prawego defensora najpewniej postawi na Danilo, który z Danim Alvesem, wahadłowym Juventusu, wspólną ma jedynie narodowość. To właśnie fenomenalna gra byłego obrońcy Barcelony sprawiła, że rewelacja tego sezonu Ligi Mistrzów, AS Monaco, pożegnała się z tymi elitarnymi rozgrywkami na etapie 1/2 finału. Zresztą na drugiej stronie boiska także dojdzie do brazylijskiego pojedynku. Alex Sandro i Marcelo mają ze sobą dużo więcej wspólnego, wszak obaj znacznie lepiej spisują się pod bramką rywala, aniżeli w swojej strefie obronnej.


Nawet jeżeli Sandro zapuści się zbytnio do ofensywy, Allegri ma swojego żołnierza, który wróci do defensywy i naprawi błąd kolegi. To Mario Mandžukić – człowiek, który w Bayernie Monachium emanował arogancją, ale zawsze walecznie, z poświęceniem dla drużyny toczył boje z rywalami. Nie inaczej jest w Juventusie, gdzie menedżer wystawia go na… lewym skrzydle. Chorwat nie narzekał i stał się jedną z najważniejszych postaci Starej Damy. Jest kimś, z kim mogą utożsamiać się kibice przed telewizorem – wygląda na chłopaka z sąsiedztwa, który wyjechał z ogarniętego wojną kraju, by kontynuować karierę piłkarza i udało mu się już osiągnąć wiele. Całe Włochy będą trzymały kciuki właśnie za Mandžukicia. No właśnie, czy całe Włochy? O ile w Hiszpanii, poza najbardziej zagorzałymi fanatykami Barcelony i Atlético, cały kraj będzie ściskał kciuki za Real, o tyle w Italii wszyscy za wyjątkiem fanów Juventusu kibicują… Hiszpanom. Turyńczycy mają bowiem we Włoszech status bogacza. Klub ze stolicy Piemomtu może pozwolić sobie na krajowym podwórku na dosłownie wszystko, a pewnie gdyby była taka możliwość, wykupiłby całą ligę…


Teorie mówiące o tym, że cała Serie A jest ustawiana po to, by Stara Dama cieszyła się z tytułu, są na Półwyspie Apenińskim na porządku dziennym. Status klubu znienawidzonego to jednak nic. Wypowiedzi takie, jak ta pomocnika Fiorentiny, jeszcze mocniej dolewają oliwy do ognia:

„We Włoszech wszyscy chcemy, żeby wygrał Real, Juventus to wróg całej ligi!”

Borja Valero

Juventus ma dwie twarze – ta, którą prezentuje w swojej ojczyźnie wygląda na pewną siebie, arogancką, przekonaną o swojej wartości. Druga, europejska, choć także bezkompromisowa, jest jednak bardziej szanującą konkurencję. Allegri, mimo iż jego zespół do tej pory stracił zaledwie trzy gole w tej edycji Ligi Mistrzów, sam uważa, że finał będzie piekielnie trudny, jeżeli chodzi o bronienie dostępu do własnej bramki.



Jedno jest pewne – czeka nas finał, który na długo pozostanie w pamięci. Puchar Ligi Mistrzów wzniesie albo Gianluigi Buffon, któremu brakuje w kolekcji właśnie zwycięstwa w tych elitarnych rozgrywkach, albo trofeum powędruje na Santiago Bernabéu i Królewscy zostaną pierwszym zespołem w historii z obronionym tytułem najlepszej drużyny Champions League. Tego widowiska po prostu nie można przegapić! Pierwszy gwizdek niemieckiego sędziego Felixa Brycha zabrzmi punktualnie o 20:45. Transmisja na antenach TVP1 oraz Canal+.

UCL 2017 FINAL - predicted lineups