LFC 4-3 BVB

Po dzisiejszym magicznym wieczorze w mieście Beatlesów wiemy już na pewno – piłka nożna to najpiękniejszy sport świata! Niesamowity comeback Liverpoolu, który w pewnym momencie wydawał się już niemożliwy, stał się faktem! Goście z Dortmundu opuszczą Anglię płacząc. Gole stoperów – Sakho i Lovrena – dały upragniony awans do półfinału pełnym wiary wojownikom Kloppa. Cóż, jak widać Liverpool jest stworzony do grania meczów, które natychmiast obrastają w legendy. Nie inaczej będzie tym razem.

Borussia przed spotkaniem nie była w komfortowej sytuacji. Remis na Signal-Iduna Park z piekielnie mocnym u siebie Liverpoolem nie sprawiał, że to goście czwartkowej potyczki byli faworytem.


Mało tego, statystyki także nie przemawiały za BVB. Na piętnaście poprzednich konfrontacji niemieckich drużyn na Anfield aż 12 zostało przegranych, a tylko trzy zremisowane. Trener Tuchel zapowiadał, że szturm na bramkę Mignoleta będzie udziałem Borussii już od pierwszych minut. Szkoleniowiec Niemców się nie mylił.

Poziom pierwszej połowy nie mógł zaskoczyć – oba zespoły zasługują na to, by grać w Lidze Mistrzów. Od początku spotkania sprawdziły się słowa Thomasa Tuchela. Szkoleniowiec BVB przed meczem deklarował zmasowany atak na bramkę gospodarzy. Oczekiwania trenera Dortmundu zostały zrealizowane. Borussia, niczym żółta fala, uderzyła w port na Anfield. Już w pierwszej akcji ofensywne nastawienie przyniosło pożądany efekt. Goście, po odbiorze piłki na własnej połowie, w ekspresowym tempie przetransportowali futbolówkę do pola karnego Liverpoolu. Kapitalne dośrodkowanie Castro na gola powinien zamienić Aubameyang, ale Mignolet jakimś cudem się wyratował. Przy dobitce Mkhitaryana był już jednak bezradny. Liverpoolczycy nie zdążyli się otrząsnąć po stracie gola, a belgijski golkiper po raz drugi musiał wyciągać futbolówkę z siatki. Fantastyczne zagranie Reusa na wolne pole wykorzystał napastnik z Gabonu, dla którego był to już ósmy gol w obecnym sezonie LE.


Co ciekawe, Niemcy w pierwszej połowie mieli jeszcze dwie dogodne sytuacje i mogli zamknąć ten mecz.


Genialne zawody rozgrywał Shinji Kagawa. Gdyby w tym momencie nie odnotować, że gospodarze wyglądali lepiej, to ktoś pomyślałby, że spotkanie na Anfield było jednostronnym, nudnym meczem. Nic z tych rzeczy! Anglicy mieli świetne sytuacje, a Lallana, Firmino czy Coutihno mogli tylko żałować, że nie udało się pokonać Weidenfellera. Gospodarze, jak to angielski zespół, z determinacją przystąpili do drugiej części spotkania. W 52. minucie dopięli swego, gdy Divock Origi płaskim strzałem, w sytuacji sam na sam, nie dał szans bramkarzowi BVB. Radość piłkarzy z miasta Beatlesów trwała niezbyt długo. Chwilę po golu Belga, na 3:1 stan gry podwyższył Marco Reus. Coach gospodarzy nie zamierzał się poddawać, tym bardziej, że LFC grał naprawdę dobry mecz. Można nawet postawić tezę, że to Liverpoolczycy byli zespołem lepszym od Borussii! Anglicy prowadzili grę, tworzyli okazje, ale brakowało precyzji w ich wykończeniu. Z kolei goście mieli futbolówkę w mniejszym wymiarze czasowym, ale za to wykorzystywali ją w sposób niezwykle efektywny.

W drużynie z Dortmundu imponowała gra ofensywnego tercetu, ale jednym z kluczowych, choć niedocenianych zawodników, był tego wieczoru Gonzalo Castro. W Liverpoolu były gracz Leverkusen rozegrał kapitalną partię. Przy okazji chwalenia poszczególnych ogniw w BVB, należy też zganić Matsa Hummelsa, notabene asystenta przy golu Reusa. Kapitan Żółto-Czarnych zawinił zarówno przy bramce Origiego, jak i przy trafieniu Coutinho, gdzie spóźnił się do Brazylijczyka. To właśnie po golu byłego gracza Interu Mediolan „The Kop” i całe Anfield odżyło.


Jeśli mówimy już o personaliach, to wzrok należy tego wieczoru skierować ku zawodnikom ubranym w czerwone stroje. Divock Origi, abstrahując od zdobycia gola, wykonał fantastyczną pracę i wysłał wyraźny sygnał do Marca Wilmotsa, że to on powinien być pierwszym wyborem w kadrze Czerwonych Diabłów. W przyszłości wychowanek Genku będzie piłkarzem przez duże „P”, a już teraz wykazuje olbrzymi potencjał. Jak zwykle świetnie grał Coutinho, który swoją obecność udokumentował fantastyczną bramką. Nieco rozczarowywał Emre Can. Niemiec tureckiego pochodzenia nie jest może wirtuozem gry, ale prosty sposób, w jaki rozgrywał futbolówkę, mógł nieco irytować.

Cechy wolicjonalne to coś, co ewidentnie było tego dnia po stronie Liverpoolu. Większość drużyn, przegrywając 0:2 z Dortmundem, pewnie by się załamała i już nie podniosła. Ale nie Liverpool! Goście w drugiej części meczu nie mieli wiele do powodzenia, a przewaga, jaką osiągnęła ekipa Kloppa, była przytłaczająca. W 77. minucie niefrasobliwość BVB została ukarana po raz trzeci, kiedy po rzucie rożnym Mamadou Sakho doprowadził do wyrównania. To pierwszy gol francuskiego defensora od 2,5 roku!


Tuchel może mieć pretensje do swoich graczy, którzy w drugiej połowie wyraźnie odstawali poziomem gry od Liverpoolu. Gol Reusa to w zasadzie jedyna sytuacja gości w drugich 45 minutach! Spotkanie na Anfield Road było tak dynamiczne, elektryzujące i prowadzone w szybkim tempie, że chyba nie przesadzimy, jeśli powiemy, że był to mecz sezonu w tegorocznej Lidze Europy, a może nawet w całej jej sześcioletniej historii! Jedyne, co w Liverpoolu nieco rozczarowało, to zmiany. Joe Allen wniósł sporo do gry Anglików, ale zarówno Sturridge, jak i Lucas Leiva nie grali dobrej partii. Ale kto o tym będzie pamiętać?

Dejan Lovren. Symbol porażek Liverpoolu w ostatnich latach. To właśnie on w doliczonym czasie gry dał historyczny awans. Awans, o którym będą krążyć legendy!



Liverpool-FC-icon Liverpool FC 4:3 Borussia Dortmund Borussia-Dortmund

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *