Włoska perspektywa na czwartkowe wieczory - tylko dwie ekipy Serie A w Round of 16 Ligi Europy - foto główne

W trwającej kampanii Europa League rywalizowały aż cztery włoskie drużyny – Atalanta, Lazio, Milan i Napoli. Przygoda każdego z przedstawicieli calcio wyglądała zupełnie inaczej. Podopieczni Maurizio Sarriego, po zajęciu trzeciego miejsca w rozgrywkach grupowych Ligi Mistrzów, jako „spadochroniarz” wzięli udział w 1/16 finału LE i na tym etapie zakończyli swoją przygodę. W tej samej fazie z następczynią Pucharu UEFA pożegnała się ekipa z Bergamo, pozostawiając jednak po sobie bardzo dobre wrażenie. Pozostałe dwa zespoły z Półwyspu Apenińskiego grają dalej – przedzierający się już od eliminacji Rossoneri oraz stołeczne Orły, które zarówno w grupie, jak i w niedawnym dwumeczu bez najmniejszych problemów uporały się z rywalami. Każdy z tych zespołów ma w obecnym sezonie swoje priorytety, które często determinowały podejście do europejskich obowiązków…

Drużyna Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego od samego początku punktuje w lidze w zawrotnym tempie, zdobywając 66 z 75 możliwych punktów, jednak na tym etapie sezonu wystarcza to do posiadania zaledwie jednego oczka zapasu nad Juventusem, z którym w przedostatniej kolejce Azzurri zmierzą się na wyjeździe. Niemniej szansa na Scudetto i przełamanie hegemonii Starej Damy wydaje się być w tym sezonie naprawdę spora. Nic więc dziwnego, że po odpadnięciu z rozgrywek Champions League podopieczni Maurizio Sarriego do dwumeczu z RB Lipsk przystąpili bez większych emocji i już po pierwszym starciu, przegranym na własnym boisku 1:3, jasnym stało się, kto będzie grał dalej.


Mimo że oficjalny przekaz z neapolitańskiego klubu był zdecydowanie inny, nie sposób pozbyć się wrażenia, że dla Partenopeich w bieżących rozgrywkach liczy się tylko liga, czemu tak naprawdę trudno się dziwić.

„Wiele osób mówi, że Napoli odpuściło Ligę Europy, ale to nieprawda. Lubimy grać w pucharach i chcemy wygrywać. To okropne, gdy widzimy Napoli na szczycie tabeli Serie A i odpadamy z Pucharów”

Lorenzo Insigne po meczu z RB Lipsk

Zupełnie inaczej do rozgrywek europejskich podeszła Atalanta. Klub miał okazję pokazać się szerszemu światu po raz pierwszy od 26 lat i postanowił wykorzystać to w najlepszy możliwy sposób. Grupa z Evertonem, Olympique Lyon i cypryjskim Apollonem Limassol była chyba najmocniejsza w całej stawce i bynajmniej to nie ekipa z Bergamo była faworytem. Podopieczni Gian Piero Gasperiniego w najlepszy możliwy sposób zaprezentowali się w spotkaniach z bardziej renomowanymi i medialnymi rywalami, między innymi rozbijając The Toffees na ich terenie aż 5:1.


Z rywalizacji grupowej Nerazzurri wyszli we wspaniałym stylu i w fazie pucharowej trafili na Borussię Dortmund podrażnioną odpadnięciem z Ligi Mistrzów. Na to, że będzie to ciężka przeprawa, a Niemcy nie potraktują tej rywalizacji z przymrużeniem oka świadczyła od samego początku tabela Bundesligi. Wyprzedzający resztę stawki o kilka długości Bayern odlicza tak naprawdę tygodnie do matematycznego zapewnienia sobie kolejnego tytułu, natomiast szansę na pierwszą czwórkę, czyli awans do przyszłorocznej Ligi Mistrzów, ma wiele mocnych zespołów i rywalizacja może być zacięta do samego końca. Dość powiedzieć, że przed trwającą kolejką przewaga drugiej Borussii nad trzynastym (!) Freiburgiem wynosiła zaledwie dwanaście punktów.

W tej sytuacji wiadomym było, że awans do Champions League poprzez triumf w Lidze Europy może być dla klubu Łukasza Piszczka ciekawą alternatywą. Dwumecz z Atalantą potraktowali zatem śmiertelnie poważnie, dzięki czemu oba spotkania stały na naprawdę dobrym poziomie. Finalnie dalej awansowali nasi zachodni sąsiedzi jednak ekipa z Lombardii odpadła z rozgrywek zostawiając po sobie bardzo pozytywne wrażenie. Dość powiedzieć, że w meczu w Dortmundzie remis 2:2 stracili w ostatniej minucie, a w rewanżu jeszcze siedem minut przed końcem to oni byli w kolejnej rundzie.


Finalnie dalej grają zatem tylko włoskie dwie ekipy – AC Milan i Lazio Rzym. Rossoneri pod wodzą Gennaro Gattuso przeżywają prawdziwy renesans formy, przedłużając rewanżowym meczem z bułgarskim Ludogoretsem liczbę spotkań bez porażki do jedenastu. Dla Il Diavolo priorytetem na pewno będzie ligowa pogoń za miejscem gwarantującym grę w Lidze Mistrzów i na dzień dzisiejszy nie wiadomo, jak podopieczni popularnego „Rino” potraktują grę w Lidze Europy. Zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę jak ciężki terminarz czeka Milan w najbliższych tygodniach.

Źródło: FlashScore
Źródło: FlashScore

Oficjalne stanowisko klubu jest jednak jasne i wydaje się, że przed nowym szkoleniowcem czerwono-czarnych w najbliższych tygodniach naprawdę ciężki test, którym może potwierdzić, że jego ukochany Milan na dobre wydostał się z kryzysu sygnowanego nazwiskiem Vincenzo Montelli.

„To będzie wspaniała potyczka z bardzo renomowanym przeciwnikiem. Nadchodzi we właściwym momencie i to dobrze, że będziemy się mogli zmierzyć z ważnym zespołem. Niczego się nie boimy i chcemy zajść w tych rozgrywkach jak najdalej”

Massimiliano Mirabelli o dwumeczu z Arsenalem


Także ekipa Biancocelestich, jak dotychczas, przez kolejne etapy czwartkowych zmagań przechodzi bezboleśnie. Cztery grupowe zwycięstwa w pierwszych czterech meczach zagwarantowały awans do fazy pucharowej, dzięki czemu Simone Inzaghi, w dwóch ostatnich spotkaniach z Vitesse i Zulte Waregem, mógł sprawdzić zawodników głębokiego zaplecza. Od 1/16 finału znów jednak rzymianie rzucili na swoich rywali wszystkie siły i o ile po pierwszym meczu z FCSB można było mieć obawy co do dalszej przygody z Europą, o tyle rewanż rozwiał wszelkie wątpliwości.


Efektowne 5:1 zagwarantowało gospodarzom pewny awans, a w perspektywie grę z Dynamem Kijów w dwumeczu z którym dwukrotni mistrzowie Włoch będą zdecydowanym faworytem. A i w ich przypadku ciężko mówić o odpuszczaniu rozgrywek, co w krótkim stwierdzeniu na konferencji prasowej ogłosił opiekun Lazio.

„Chcemy iść na całość w każdych rozgrywkach, w których występujemy!”

Simone Iznaghi o podejściu do Ligi Europy

Od dłuższego czasu problem z Ligą Europy był taki sam – część drużyn (w czym prym wiodły kluby angielskie) nie do końca poważnie traktowała te rozgrywki kładąc nacisk na krajową rywalizację. Istnieje duża szansa, że ta tendencja ulegnie trwałemu odwróceniu z prostego powodu – zwycięzca ma zagwarantowane miejsce w piłkarskim raju jakim jest Champions League, z czego w bieżącym sezonie korzysta (paradoksalnie angielski) Manchester United. I nawet jeśli czasem zdarzą się takie przypadki jak ten z Neapolu, to istnieje duża szansa, że prestiż czwartkowych zmagań ulegnie trwałemu podniesieniu i już nikt nie będzie mówił, tak jak kapitan madryckiego Atlético – Gabi, że ”Liga Europy to gówno”…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *