1157847638.jpg.0

Kiedy trafiał do Madrytu, biło się o niego pół Europy. W swojej ojczyźnie okrzyknięty został talentem stulecia. Transfer do Realu w wieku zaledwie 16 lat, nagła popularność, niebotyczny jak na nastolatka kontrakt i olbrzymie oczekiwania kibiców – nawet ciężko sobie wyobrazić, jak tak drastyczne przyśpieszenie życia mogło wpłynąć na psychikę chłopaka, który nie zdążył jeszcze ukończyć gimnazjum. Wielu od początku pukało się w głowę, twierdząc, że taki ruch nie ma prawa wypalić. I rzeczywiście, pierwsza szansa została zaprzepaszczona, jednak po trzech latach wypożyczeń uzdolniony Norweg wraca do poważnego futbolu. Już nie jako piłkarski gołowąs, lecz zawodnik z doświadczeniem w znaczących, europejskich rozgrywkach. Czy blondwłosy rozgrywający tym razem optymalnie wykorzysta swój moment?

Drugie życie dwudziestolatka? Brzmi to nad wyraz abstrakcyjnie, wszak większość adeptów futbolu w tym wieku dopiero „raczkuje” w świecie seniorskiej piłki na najwyższym poziomie. Wielu kibiców już dawno postawiło krzyżyk na wychowanku Strømsgodset, jednak co baczniejsi obserwatorzy tonowali wzburzone nastroje, mówiąc: „Ten chłopak jeszcze nie powiedział ostatniego słowa!”. A Real Madryt miał na niego plan.

Od lat liga holenderska słynie z promocji utalentowanych, perspektywicznych graczy. Tylko na przestrzeni kilku minionych sezonów z Eredivisie na szerokie wody wypłynęła rzesza interesujących zawodników, którzy obecnie stanowią o sile czołowych ekip Starego Kontynentu i to właśnie do Kraju Tulipanów Królewscy postanowili wysłać swoją perełkę, by sprawdzić, czy z tej mąki coś jeszcze da się ulepić. Młody Norweg nie przekonywał w zespole Castilli, więc był to dla niego jasny sygnał: albo wydoroślejesz, spokorniejesz i pokażesz na co Cię stać, albo zaprzepaścisz życiową szansę na dobre.


W takich okolicznościach pochodzący z Trammen piłkarz wylądował w Heerenveen – solidnym klubie ze środka ligowej stawki, w którym mógł liczyć na regularne występy w pierwszej jedenastce. Większość zagorzałych fanów Los Blancos oczekiwała, że talent tej skali będzie co tydzień brylował w dziewiątej lidze Europy (w rankingu UEFA), a po roku, w glorii i chwale, wróci do stolicy Hiszpanii. Jak wielkie było więc ich zdziwienie, gdy ten sam obiecujący młodzian po raz kolejny wylądował na ławce rezerwowych. O ile pozycja głębokiego zmiennika w Realu była naturalną koleją rzeczy, o tyle podobnego statusu Ødegaarda na Abe Lenstra Stadion nie spodziewał się chyba nikt. 20-latek konsekwentnie zbierał jednak mniejsze lub większe liczby minut, pojawiły się także premierowe bramki i asysty, a nawet pierwsze nagrody. Koniec końców, półtoraroczną przygodę z drużyną Dumy Fryzji Martin zakończył z rozczarowującym dorobkiem dwóch goli i czterech kluczowych podań w 38 spotkaniach. Po tym okresie wrócił na Estadio Santiago Bernabéu, tyle że już bardzo mało osób elektryzował jego powrót. Kolejne wypożyczenie było zatem kwestią czasu. Padło na holenderskie SBV Vitesse.


Okres spędzony w Arnhem to wyczekiwane przełamanie Norwega. W drużynie ze wschodniej Holandii obiecujący mediapunta stał się pierwszoplanową postacią, zaliczając rekordową serię 25 meczów z rzędu w wyjściowej jedenastce (jego poprzedni najlepszy wynik, wyśrubowany jeszcze w Heerenveen, to 15 występów – przyp. red.). Ødegaard dorzucił do swojej boiskowej charakterystyki pewność siebie i wreszcie zaczął dostarczać piłkarskich cyferek. Przestał już być tym zagubionym, nieco rozkapryszonym chłopcem, a przejął rolę lidera, która niewątpliwie mu odpowiadała. W zespole z GelreDome jego licznik zatrzymał się na 8 trafieniach i 11 asystach w 31 spotkaniach. To właśnie poprzedni sezon pozwolił na nowo uwierzyć, że 20-krotnego reprezentanta Løvene nie należy zbyt pochopnie zaliczać do grona zmarnowanych talentów.


Po udanej koniec końców futbolowej przygodzie w największym kraju Beneluksu, w karierze utalentowanego atakującego przyszła pora na znaczące podniesienie poprzeczki. Real znajdował się akurat w momencie istotnej przebudowy, więc pozostanie w drużynie Królewskich nie wchodziło w grę, zaś kolejne wypożyczenie poza granice Hiszpanii nie miało sensu. Co prawda zainteresowanie Ødegaardem wyrażały ekipy z Niemiec czy Anglii, jednak włodarze Los Merengues chcieli, aby młody Skandynaw wreszcie zaprezentował swoje umiejętności na krajowym podwórku. W rezultacie pod koniec sierpnia Norweg po raz kolejny opuścił stołeczny klub. Jego przenosiny na Estadio Aneta są póki co jednym z najciekawszych ruchów personalnych trwającej kampanii. Podopieczni Imanola Alguacila zajmują aktualnie piąte miejsce w LaLiga, a bohater tego tekstu do spółki z Mikelem Oyarzabalem po prostu nie potrafią się zatrzymać.

Po ośmiu kolejkach Martin zgromadził już dwie bramki i dwie asysty, ale znacznie bardziej zadziwiający niż suche statystyki jest sposób, w jaki znajdujący się wciąż na dorobku piłkarz pracuje na boisku. Jego zaangażowanie w grę jest doprawdy olbrzymie, niezależnie czy chodzi o zagrania w ofensywie, czy w destrukcji. Liczy się przede wszystkim dobro zespołu, choć walory estetyczne zawsze są mile widziane.

 

To podanie posłane w trakcie jednego z wrześniowych meczów jest mocnym kandydatem do miana asysty sezonu, a kto wie, ile podobnych zagrań w jego wykonaniu jeszcze przed nami. Za swoje ostatnie fenomenalne występy ligowe Ødegaard został uhonorowany tytułem zawodnika miesiąca w hiszpańskiej elicie. Całkiem nieźle jak na rzekomo zagubiony talent…

„To piłkarz grający w sposób niezwykle elegancki, powiedziałbym nawet, że artystyczny. Fantastyczna lewa noga, doskonałe prostopadłe podanie, strzał. Naprawdę, repertuar jego zagrań jest imponujący. Patrzy się na niego z ogromną przyjemnością przy każdym kontakcie z piłką. Jest przy tym niesamowicie szybki, ma dobre przyjęcie kierunkowe. Niebywale haruje dla drużyny. To może być kluczowy czynnik w kontekście jego powrotu do Realu Madryt. Martin Ødegaard w takiej formie byłby jednym z tych piłkarzy, od których Zinédine Zidane rozpoczynałby ustalanie składu.”

Tomasz Ćwiąkała, dziennikarz Canal+, ekspert ligi hiszpańskiej

Na mocy aktualnego porozumienia, kadrowicza Larsa Lagerbäcka czekają jeszcze niemal dwa pełne sezony przy Anoeta, a już pojawiają się głosy, jakoby działacze Los Blancos szykowali się do skrócenia wypożyczenia fantastycznego w bieżącej kampanii rozgrywającego. Sam zawodnik póki co nie daje się ponieść emocjom i tonuje nastroje, wypowiadając się odnośnie swojej przyszłości w bardzo wyważony sposób. Ødegaard nie ukrywa oczywiście, że jego marzeniem i celem jest powrót na Bernabéu, by to właśnie tam kontynuować przygodę z futbolem, jednak zapewnia przy tym, że potrzebuje stabilizacji, zatem zamierza wypełnić cały okres wypożyczenia.

Po blisko trzech latach od pierwszej czasowej „zsyłki” Martina nie da się nie dostrzec zmiany, jaka nastąpiła przede wszystkim wewnątrz piłkarza, a dokładniej w jego psychice. Plotki o poczuciu wyższości podczas jego gry w Castilli nie wzięły się znikąd, a teraz mamy do czynienia z prawdziwym liderem, nie tylko na boisku, ale także w szatni. Okazuje się, że plan systematycznego podwyższania poprzeczki sprawdził się w tym przypadku kapitalnie i już niedługo Real może mieć olbrzymią pociechę z zakontraktowania chłopaka, który w oczach wielu przegrał swoją karierę już w wieku 15 lat. W tym momencie zdecydowanie bliżej mu do zwycięstwa niż spektakularnej klęski, co powinno zaowocować olbrzymią pewnością siebie, która z kolei sprawi, że łatkę zmarnowanego talentu będzie można wyrzucić na dobre.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *