1_sAmV7MpwgfvS3Xl2Fz7s2g.0

Ostatnie lata przedstawicielom Premier League w europejskich pucharach upływają pod znakiem mniejszych bądź większych klęsk. W poprzednich czterech sezonach zaledwie trzy angielskie kluby potrafiły dobrnąć do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, lecz żaden z nich nie zdołał zameldować się w finale tych elitarnych rozgrywek. Od fantastycznego czterolecia brytyjskiego futbolu w Champions League, kiedy Synowie Albionu za każdym razem mieli przynajmniej jednego reprezentanta w decydującym o trofeum starciu (2005-2009), minęła już prawie dekada, a w międzyczasie Anglików w klubowym rankingu UEFA zdążyli wyprzedzić Niemcy. Udana inauguracja kampanii 2017/18 na arenie międzynarodowej pozwala jednak wierzyć, że fatalna passa Wyspiarzy zostanie nareszcie przełamana. Jednym z czynników, które obok horrendalnie drogich transferów mogą rozstrzygnąć o powodzeniu pucharowej misji angielskich gigantów jest praca zagranicznych szkoleniowców.

Zagraniczny trener, czyli przewaga na starcie

Na początku tego sezonu aż 13 spośród 20 menadżerów Premier League pochodziło spoza Wysp Brytyjskich. Ta liczba niedawno wzrosła po tym, jak na stanowisku menedżera Crystal Palace Franka de Boera zastąpił 70-letni Anglik Roy Hodgson. Co symptomatyczne, na rodzimych szkoleniowców stawiają na ogół te kluby, których ambicje nie sięgają wyżej niż lokat gwarantujących bezpieczne utrzymanie w ekstraklasie. Niektórzy z nich, jak np. Tony Pulis czy Chris Houghton, wykonują kawał dobrej roboty, jednak brytyjska myśl szkoleniowa znajduje się zdecydowanie w odwrocie. Należy jednak przyznać, że tamtejsi trenerzy w zdecydowanej większości preferują futbol archaiczny, w dużej mierze oparty na prastarej regule kick and rush, która raczej nie zdałaby egzaminu w wiodących zespołach.


Bezlitosna dla anglosaskich menadżerów jest również matematyka. Jak wynika z wyliczeń prof. Johna Goddarda z Uniwersytetu w Bangor, brytyjscy szkoleniowcy zdobywają w Premier League średnio 1,29 punktu na mecz, natomiast zagraniczni aż 1,66, co w perspektywie 38 kolejek daje ich klubom przewagę bagatela 14 „oczek”.

Wizerunku rodzimych specjalistów w angielskiej ekstraklasie nie poprawiają również ich ostatnie osiągnięcia w topowych klubach. Kibice Manchesteru United do dziś krzywią się na wspomnienia o Davidzie Moyesie, natomiast fani Liverpoolu odetchnęli z ulgą na wieść, że po trzech Brytyjczykach opiekunem ich ulubieńców został Jürgen Klopp. Niewątpliwymi zaletami zagranicznych specjalistów są także odmienne spojrzenie na futbol oraz znajomość piłkarzy ze swoich krajów, którzy na ogół są znacznie tańsi niż niejednokrotnie przereklamowane gwiazdy Premier League. Włodarze wszystkich eksportowych angielskich klubów postawili właśnie na trenerów spoza Wysp i jak na razie powinni być zadowoleni z ich pracy.

 

Chelsea Calcio

Panujący mistrz Anglii w ubiegłym sezonie postawił na Antonio Contego, który ma opinię szkoleniowca preferującego futbol defensywny i nieco schematyczny. Gdy Włoch postanowił przemodelować ustawienie The Blues na formację z trzema obrońcami, wielu ekspertów stukało się w czoło, twierdząc, że tego rodzaju taktyka nie sprawdzi się w realiach Premier League. Były trener Juventusu przeforsował jednak swoją koncepcję i skutecznie zachęcił do niej zawodników.


Do największych odkryć „Don Antonio” należą César Azpilicueta, którego postanowił przesunąć z boku na środek obrony, oraz Victor Moses przerobiony przez 48-letniego menedżera z przeciętnego skrzydłowego na świetnego wahadłowego. Strzałem w dziesiątkę okazał się również transfer nieco zapomnianego w świecie wielkiej piłki Marcosa Alonso, który doskonale sprawuje się na boku pomocy The Blues. Czy podobnie udany okres na Stamford Bridge czeka sprowadzonego latem Davide Zappacostę? W meczu z Karabachem pięciokrotny reprezentant Italii wypadł obiecująco – teraz czas, by podjął rywalizację z Mosesem, a później udowodnił swoją wartość w meczach ze znacznie silniejszymi rywalami.


Za zasługę Contego należy uznać także pozyskanie z Realu Madryt Álvaro Moraty, z którym Włoch współpracował jeszcze w Juventusie. Jego autorską koncepcją jest też zestawienie środka pomocy Chelsea, gdzie temperamentny szkoleniowiec sprowadził N’Golo Kante oraz Danny’ego Drinkwatera. Drużyna obrońcy tytułu jest dziś dokładnie taka, jakim piłkarzem był sam Conte – wybiegana, zdyscyplinowana i nieustępliwa. Sympatycy stołecznego klubu mają zatem w tym sezonie sporo powodów do optymizmu, również na arenie europejskiej.


Do dwóch razy sztuka?

Mauricio Pochettino przybył na White Hart Lane w glorii ojca sukcesu Southampton FC. Mało kto pamięta już jednak, że pierwszy sezon Argentyńczyka w Tottenhamie nie był zbyt udany, skoro w dwóch kolejnych doprowadził Koguty do trzeciego miejsca, a potem wicemistrzostwa kraju. Czy po kiepskim występie w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów Pochettino ponownie zamknie usta krytykom? Po przekonującym zwycięstwie i świetnym widowisku w ważnym meczu z Borussią Dortmund na Wembley wiele na to wskazuje.


Były reprezentant Albicelestes ma doskonałe oko do wyławiania młodych talentów, a jego zespół gra żywiołową, dynamiczną piłkę. W minionych sezonach w poczynaniach Kogutów widać było brak doświadczenia i boiskowego cwaniactwa, przez który londyńczycy często tracili punkty w ważnych meczach. Triumf nad dowodzoną przez Petera Bosza ekipą jest dobrym prognostykiem w tej kwestii, natomiast Harry Kane czy Dele Alli, którym Pochettino dał szansę gry w pierwszym zespole, wyrastają dziś na czołowe postaci nie tylko Spurs, ale światowego futbolu. Zatrudnienie szkoleniowca rodem z Santa Fe okazało się doskonałą decyzją kierownictwa Tottenhamu, a okres, w którym 45-latek będzie zasiadał na ławce trenerskiej, może okazać się złotą erą klubu z północnej części stolicy.




Znowu razem, znowu na szczycie

Chociaż Pep Guardiola i José Mourinho wielokrotnie wymieniali wzajemne “uprzejmości” na konferencjach prasowych, ich historia plecie się w ten sposób, iż można odnieść wrażenie, że obaj panowie nie mogą bez siebie żyć. Po zaciętej rywalizacji o mistrzostwo Hiszpanii, dziś Hiszpan i Portugalczyk wywindowali swoje drużyny na dwa czołowe miejsca w tabeli Premier League. W ostatnim okienku transferowym łącznie wydali na wzmocnienia przeszło 370 mln £, ale co najważniejsze wdrożyli wreszcie do swoich drużyn własną filozofię gry. Manchester City Katalończyka cierpliwie gra piłką i próbuje koronkowych akcji pod bramką rywala, natomiast United pod wodzą „The Special One” wyprowadzają zabójcze kontrataki, bazując na błyskawicznym przejściu z ataku do obrony.


Kluby z przemysłowego miasta zgodnie rozpoczęły również rywalizację w tegorocznej Lidze Mistrzów. Czerwone Diabły bez najmniejszych problemów ograły FC Basel, natomiast Obywatele rozgromili na wyjeździe holenderski Feyenoord. Niektórzy uważają, że drużyny o możliwościach City i United do sukcesów mógłby poprowadzić nawet nastoletni fan Football Managera, jednak zarówno pierwsze sezony Guardioli i Mourinho w Anglii, jak i poczynania ich poprzedników dobitnie udowodniły, że wyniesienie na najwyższy europejski poziom nawet tak bogatych klubów, jak dwaj potentaci z Manchesteru, nie jest wcale takie proste. Drugi rok kadencji charyzmatycznych menedżerów to doskonały moment, by zademonstrować szerokiej publiczności zespoły kompletnie i gotowe do rywalizacji o najwyższe laury także na Starym Kontynencie.




Stare grzechy pogrążą Liverpool?

The Reds są jedynym angielskim klubem, który nie zgarnął w pierwszej kolejce Champions League kompletu punktów. Trzeba dodać, że na własne życzenie, gdyż Liverpool był zespołem znacznie lepszym od Sevilli i już do przerwy powinien „zabić” rozgrywany na Anfield Road mecz. Brak skuteczności w polu karnym rywala i beztroska gra obrońców gospodarzy sprawiły, że kibice LFC po raz kolejny musieli obejść się smakiem i zamiast ważnego zwycięstwa zadowolić się pechowym remisem.


Liverpoolczycy notorycznie tracą punkty w ten sposób, czemu w żaden sposób nie potrafi zaradzić Jürgen Klopp. Owszem, The Reds grają bardzo przyjemnie dla oka i strzelają sporo bramek, a niemiecki szkoleniowiec nauczył już swoich podopiecznych słynnego „heavy metalowego futbolu”, ale nieskuteczność pod bramką przeciwnika może ich sporo kosztować, zwłaszcza w konfrontacjach z największymi europejskimi firmami. Podobnego zdania jest były gracz Manchesteru United, Roy Keane.


Wszystkie angielskie kluby, których w tej edycji Ligi Mistrzów jest aż pięć, rozpoczęły sezon co najmniej w niezłym stylu. Czy Wyspiarzom uda się jednak przełamać hiszpańską dominację i wprowadzić przynajmniej jeden zespół do finału? O to będzie już znacznie trudniej…

Źródło: sportskeeda.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *