DV8jDBLWkAADXXG

Liga Mistrzów wróciła w wielkim stylu! Wbrew zapowiedziom o taktycznej i nieco nudnej rywalizacji w stolicy Piemontu, piłkarze Juventusu i Tottenhamu stworzyli fantastyczne, pełne emocji widowisko. Choć pierwsze minuty rywalizacji wskazywały na zdecydowane zwycięstwo gospodarzy, to popularne Koguty zdołały ostatecznie doprowadzić do wyrównania. Tym samym rewanż na Wembley zapowiada się niezwykle elektryzująco, a jego zwycięzca może poważnie namieszać w tegorocznej edycji Champions League.

Stało się! Po wielu tygodniach przerwy wróciła elitarna Liga Mistrzów. To chyba zresztą nie przypadek, że stało się to ledwie kilka dni po tym, jak na boiska wrócili piłkarze LOTTO Ekstraklasy. Pierwszym daniem, które zostało zaserwowane kibicom europejskiego futbolu na najwyższym poziomie było starcie Juventusu z Tottenham. Zdaniem wielu to jeden z najciekawszych pojedynków na tym etapie rozgrywek, ustępujący jedynie konfrontacjom Realu z Paris Saint-Germain oraz Barcelony z Chelsea.


Statystyka zdecydowanie przemawiała tego dnia za gospodarzami. Dość powiedzieć, że Stara Dama pozostawała niepokonana na własnym obiekcie w europejskich pucharach od 26 meczów, a dodatkowo w tym roku nie straciła jeszcze ani jednej bramki we wszystkich rozgrywkach!


Tottenham nie mógł liczyć także na historię, wszak już ponad 30 lat trwa oczekiwanie Spurs na zakończenie sukcesem rywalizacji w fazie pucharowej LM. Była natomiast jedna, ale dość niewielka iskierka nadziei: komfort trenera. Mauricio Pochettino mógł bowiem skorzystać niemal ze wszystkich swoich podopiecznych, a jedynym wyjątkiem był Toby Alderweireld.


Massimiliano Allegri mógł tylko pomarzyć o takiej sytuacji. Do jego dyspozycji nie byli Juan Cuadrado, Benedikt Höwedes, Blaise Matuidi i przede wszystkim jedna z największych gwiazd Bianconerich – Paulo Dybala. Poza wspomnianym kwartetem, w wyjściowym składzie Juve próżno było szukać Wojciech Szczęsnego, który po powrocie Gianluigiego Buffona do zdrowia znów musi pokornie znosić rolę rezerwowego.


Zaglądając do protokołu meczowego można było wysnuć wniosek, że obie ekipy dość ofensywnie przystąpiły do wtorkowego starcia, ale tylko nieliczni spodziewali się tak spektakularnej inauguracji spotkania. Zanim kibice na Allianz Stadium zdążyli wygodnie zasiąść na swoich miejscach, a fani przed telewizorami otworzyć pierwsze piwo, Gonzalo Higuain już wykonywał swoją pierwszą cieszynkę. Duża w tym zasługa Miralema Pjanicia, który znów fantastycznie wykonał rzut wolny, tym razem wykazując się dodatkowo niebywałym sprytem.


W ostatnich miesiącach dużo mówiło się o słabszej dyspozycji strzeleckiej napastnika reprezentacji Argentyny, który przez cały listopad i grudzień na włoskich boiskach pokonywał bramkarzy rywali zaledwie dwa razy. Od kilkunastu dni „El Pipita” przeżywał jednak zwyżkę formy, czego efektem był hat-trick przeciwko Sassuolo czy trafienia z Chievo i Fiorentiną. Nie minęło 10 minut dzisiejszej rywalizacji, a snajper rodem z Brestu miał już na swoim koncie dublet!


Tottenham zdawał się być nieco zamroczony dwoma szybkimi ciosami, ale jeszcze przed upływem półgodziny walki goście wysłali za sprawą Kane’a i Eriksena sygnały, że do nokautu jeszcze nie doszło. Stworzone sytuacje mobilizująco podziałały na londyński zespół i już chwilę później najlepszy strzelec angielskiej ekstraklasy zdołał zniwelować przewagę Bianconerich. Świetnym podaniem kolegę z kadry obsłużył Dele Alli, udowadniając, że zależy mu na jak najszybszej rehabilitacji za niedawny skandal obyczajowy. Trafienie Kane’a było dopiero pierwszym golem straconym przez Juventus w tym roku!

Sporym zaskoczeniem było również to, że Koguty z każdą kolejną minutą stwarzały coraz większe zagrożenie, wprawiając w niemałą konsternację tych, którzy jeszcze kilkanaście minut wcześniej gotowi byli postawić na nich „krzyżyk” i umieścić w jednym szeregu z okrutnie wyszydzanym Arsenalem.


Niewiele jednak brakowało, aby upór podopiecznych Mauricio Pochettino został boleśnie przełamany. Tuż przed końcem pierwszej połowy zupełnie nieodpowiedzialnie we własnym polu karnym zachował się Serge Aurier i sprokurował „wapno”. Z pewnością to nie były udane zawody w wykonaniu byłego gracza PSG, gdyż tuż po przerwie obejrzał żółtą kartkę, która wyeliminowała go z rewanżu. Ponownie do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Higuain i tym razem fatalnie przestrzelił. Ten wieczór nie mógł być dla Argentyńczyka aż tak piękny…


Wydarzenia z końcówki pierwszej odsłony mogły zwiastować tylko jedno – kolejną porcję fajerwerków, tyle że odpaloną już w drugiej części gry. A ta mogła się rozpocząć wyśmienicie dla Juve i tylko kapitalna interwencja Llorisa sprawiła, że Federico Bernardeschi nie posłał piłki do siatki. To był jednak jeden z nielicznych momentów, gdy pod bramką piątej aktualnie drużyny Premier League zrobiło się gorąco. Ekipa Pochettino wciąż imponowała, zwłaszcza w środku pola, gdzie prym wiódł Moussa Dembélé.

Niemal pełnię szczęścia udało się osiągnąć przyjezdnym jeszcze zanim wtorkowy pojedynek wkroczył w decydującą fazę. Christian Eriksen świetnie uderzył z rzutu wolnego i bezradny Buffon został ponownie zmuszony do kapitulacji. Do ogródka doświadczonego Włocha należy jednak wrzucić sporej wielkości kamyczek, gdyż to on odpowiadał za fatalne ustawienie muru, czym spowodował przywołanie nazwiska bramkarza reprezentacji Polski.


Niewiele zabrakło zatem, aby doszło do powtórki z 1999 roku, gdy do Turynu przyjechał Manchester United i nie tylko zdołał odrobić dwubramkową stratę, ale także zakończył całą rywalizację zwycięstwa, Nie zmienia to jednak faktu, że rewanżowe starcie, do którego dojdzie już 7 marca zapowiada się niezwykle ciekawie i żadne jego rozstrzygnięcie nie powinno być dla nikogo niespodzianką. Tego nie można natomiast powiedzieć o drugim wtorkowym dwumeczu, który zakończył się zgodnie z przewidywaniami.


Juventus FC 2:2 Tottenham Hotspur

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *