DKqAQ1uXUAA-yby

Nowy trener, nowi piłkarze, nowy styl i odświeżony stadion – latem w zielono-białej części Sewilli nie zabrakło zmian. Najważniejszy dla sympatyków Betisu jest jednak fakt, że wszystkie przeprowadzone zabiegi w ostatecznym rozrachunku dają póki co pozytywny wynik sportowy. Verdiblancos cieszą swoją grą, ale oprócz wrażeń artystycznych pozwalają kibicom na częstsze świętowanie zwycięstw. W andaluzyjskiej drużynie wciąż drzemie niewykorzystany potencjał, więc jeśli piłkarzom Quique Setiéna wystarczy sił, na koniec sezonu mogą cieszyć się nawet z awansu do europejskich pucharów.

Trener, który szukał swojego miejsca

Setién przygodę w fachu szkoleniowca rozpoczął w 2001 roku, kiedy objął Racing Santander. Wcześniej przez kilkanaście lat był graczem ekipy z Kantabrii, a jako trener doprowadził ją do awansu do Primera División. Nie było mu jednak dane poprowadzić drużyny Los Montañeses w LaLiga. Kolejne lata upłynęły mu na mniej udanych przygodach z Ejido oraz Logroñés, a także… reprezentacją Gwinei Równikowej. Dopiero objęcie Lugo w 2009 roku pozwoliło mu związać się z klubem na dłużej. Galisyjczycy występowali wówczas w Segunda División B, ale w trzy lata zdołali awansować na zaplecze hiszpańskiej elity. Stosunkowo biedny klub było stać jedynie na plasowanie się w środku tabeli i po trzech kolejnych latach Kantabryjczyk rozstał się z zespołem Albivermellos.

Niemalże dwa lata temu 59-letni trener podpisał kontrakt z Las Palmas, które właśnie awansowało do LaLiga. Kanaryjczycy jednak fatalnie zaczęli rozgrywki ligowe i po ośmiu kolejkach zajmowali przedostanie miejsce w tabeli. Wtedy właśnie do akcji wkroczył Setién, a ekipa z Estadio Gran Canaria powoli zaczęła nawiązywać walkę o utrzymanie. W pewnym momencie Los Amarillos awansowali nawet na 9. pozycję, aby ostatecznie uplasować się o dwa oczka niżej. Kampania 2016/17 rozpoczęła się już znacznie lepiej – po dwóch seriach gier Las Palmas było liderem najlepszej ligi świata! Później nie było oczywiście tak wybornie, ale ambitna drużyna z Wysp Kanaryjskich i tak sprawowała się powyżej oczekiwań. Sił podopiecznym Setiéna wystarczyło jednak tylko do połowy sezonu. Później nastąpił zjazd, który zakończył się 14. miejscem w Primera División, co na pewno nie było dla klubowych włodarzy wynikiem zadowalającym.

Problemem UD Las Palmas jest brak poważniejszych ambicji działaczy i lokalnego środowiska, którym wystarcza utrzymanie się na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Hiszpanii. Wielu piłkarzy, którzy grali pod wodzą byłego pomocnika miało problemy z dyscypliną. Kevin-Prince Boateng, Alen Halilović czy Jesé Rodríguez znacznie wcześniej zastopowali swoje kariery ze względu na przewiny i nieprzykładanie się do futbolu, a na Gran Canarii jedynie ten pierwszy okazał się znaczącym wzmocnieniem. Jeśli dodamy do tego Sergio Araujo, który rozbił samochód pod wpływem alkoholu oraz wdającego się w bójkę w klubie nocnym Tanę (już po odejściu trenera – przyp. red.), otrzymamy klarowny obraz problemu, z jakim zmagał się „El Maestro”.


Jeszcze w trakcie ubiegłej temporady Quique Setién poinformował, że po zakończeniu sezonu pożegna się z dotychczasowym pracodawcą. Wybór padł na Real Betis, który znajduje się w znacznie lepszej sytuacji finansowej niż Las Palmas, a także posiada jednych z najbardziej fanatycznych kibiców na Półwyspie Iberyjskim.


Twierdza Benito Villamarín

W stolicy Andaluzji futbolem po prostu się oddycha, a rywalizacja dwóch lokalnych drużyn dodatkowo nakręca kibiców, którzy bez względu na wyniki zespołu zawsze licznie i głośno wspierają swoich ulubieńców. Dowód? W tym sezonie fani Los Verdiblancos rozbili bank i wykupili ponad 50 tysięcy karnetów, dzięki czemu frekwencja na domowych meczach Betisu jest znacznie wyższa niż podczas spotkań Sevilla FC! Przed startem obecnej kampanii zasłużony obiekt usytuowany w dzielnicy Heliópolis przeszedł renowację, choć podczas spotkań oglądanych w telewizji nie sposób ją dostrzec z uwagi na duże wypełnienie stadionu.



Terminarz, który w tym roku wylosował Betis okazał się bardzo trudny już od samego początku rozgrywek. Na dzień dobry Zielono-Białym przyszło się zmierzyć z Barceloną, która bez historii ograła ekipę z Sewilli 2:0. Kibice mogli czuć po tym spotkaniu spory niedosyt, wszak goście za bardzo zdecydowali się oddać pole katalońskiemu rywalowi.

Po starciu z Blaugraną przyszły dwa domowe zwycięstwa: nad Celtą (2:1) oraz Deportivo (2:1), przedzielone wyjazdową porażką z Villarrealem (1:3). Cztery z pięciu zdobytych przez graczy Betisu bramek padły po strzałach głową, co było potwierdzeniem doskonałej pracy w bocznych sektorach boiska. Dwa trafienia w ten sposób zaliczył Sergio León, który po wielu latach powrócił do klubu, którego jest wychowankiem. Formą błysnął także weteran – Joaquín Sánchez. Ikona Verdiblancos zanotowała dublet oraz asystę.


Kolejnym wielkim testem miało być starcie z Realem Madryt na Santiago Bernabéu. Na przestrzeni ledwie miesiąca było to już trzecie starcie Béticos przeciwko zespołowi uczestniczącemu w europejskich pucharach. Po niepowodzeniach przeciwko Blaugranie i Żółtej Łodzi Podwodnej, ekipa z Andaluzji tym razem postawiła twarde warunki mistrzowi Hiszpanii. Obie drużyny tworzyły sytuacje, a w szeregach gości świetnie w bramce spisywał się Antonio Adán. Piłkarze długo utrzymywali się przy futbolówce, mozolnie szukając sytuacji do ataku, zwłaszcza że wciąż utrzymywał się wynik bezbramkowy. W ostatniej minucie piłkę do siatki wpakował wreszcie Antonio Sanabria, lecz sędzia słusznie nie uznał gola z uwagi na spalonego. Gospodarze nie wyciągnęli jednak wniosków i w doliczonym czasie gry nadal pozwolili Betisowi konstruować akcje. Przyjezdni poczuli, że tego dnia nie tylko remis jest im pisany i w 94. minucie, po wymianie wielu podań, gracze w zielonych koszulkach dopięli swego i zdobyli „złotą” bramkę. Jej autorem, oczywiście po strzale głową, był Sanabria.

Po powrocie na własne śmieci Betis spotkał się z rewelacyjnym Levante, które nie zanotowało jeszcze porażki. Beniaminek rozbił Real Sociedad oraz zdobył punkty z Realem Madryt czy Valencią. Tymczasem Verdiblancos nic nie zrobili sobie z tych rezultatów i przy rekordowej w trwającym sezonie frekwencji na Benito Villamarín (48 237 widzów – przyp. red.) rozgromili Granotas 4:0. Tym razem strzałem w „dziesiątkę” okazało się wystawienie dwójki napastników od pierwszej minuty. Sanabria zanotował dublet, a Sergio León dołożył jednego gola.


Napastnicy zdają egzamin

Odejście Rubéna Castro na wypożyczenie do ligi chińskiej było wielkim ciosem dla wszystkich Béticos, gdyż doświadczony Kanaryjczyk od kilku sezonów był gwarantem kilkunastu bramek. 36-latek w styczniu ma jednak wrócić do ojczyzny, lecz jeśli duet Sanabria & Sergio León nadal będzie się spisywał jak dotychczas, może okazać się, że w kadrze sewilskiej drużyny nie ma miejsca dla kolejnego napastnika.

León przybył latem ze zdegradowanej Osasuny, w której był wyróżniającą się postacią. Jego dziesięć bramek nie zdołało jednak uratować katastrofalnie grającego zespołu. 28-latek udowodnił, że poprzednia kampania nie była przypadkiem i w nowych rozgrywkach już trzykrotnie wpisał się na listę strzelców. Wtóruje mu młodszy Paragwajczyk, który dwa lata temu został objawieniem w Sportingu Gijón, co zaowocowało transferem do Betisu. Trapiony kontuzjami atakujący rodem z San Lorenzo nie zdołał jednak odpalić i zanotował tylko trzy ligowe gole, a więc tyle samo, ile ma na koncie w obecnej kampanii, tyle że po sześciu seriach gier. Ponadto dwójka snajperów Betisu jest najlepsza w LaLiga pod względem wykorzystywania bramkowych szans.




Drzemiący potencjał

Mimo znakomitej gry od początku sezonu i regularnego potwierdzenia umiejętności przeciwko najgroźniejszym rywalom, nie można powiedzieć, aby Betis pokazał już maksimum swoich możliwości. Wszystko ze względu na kilku zawodników, którzy wciąż czekają, aby „odpalić”. Mowa tutaj zwłaszcza o nowych nabytkach – Víctorze Camarrasie oraz Ryadzie Boudebouzie. Pierwszy otrzymał już kilka szans od Quique Setiéna, ale wciąż szuka swojego miejsca na boisku, natomiast Algierczyk z uwagi na kontuzję rozegrał dopiero kilkadziesiąt minut.

Dodatkowo nowy szkoleniowiec Verdiblancos coraz śmielej stawia na młodych i niedoświadczonych piłkarzy. Bardzo dobre recenzje zbiera 21-letni Fabián Ruiz Peña, który zdążył już zdobyć bramkę i zanotować asystę, a zagrał jedynie w trzech spotkaniach. Wychowanek Betisu w ostatnich dwóch meczach LaLiga wybiegł w podstawowej jedenastce i z pewnością warto śledzić jego dalsze poczynania. Nadzieją jest także o rok starszy Juan Narváez, który został wydobyty z trzecioligowych rezerw. Jemu również udało się zagrać kilka meczów oraz poczuć smak gry od pierwszej minuty w Primera División, lecz Kolumbijczyk w połowie września nabawił się kontuzji, przez którą opuścił już dwie ligowepotyczki.


Fantastyczna atmosfera na trybunach, stabilizacja finansowa i drużyna będąca mieszanką młodości oraz doświadczenia – tak w skrócie można opisać obecną sytuację Realu Betis. Jeśli dodamy do tego imponujący start sezonu, który pozwala Zielono-Białym utrzymywać się w czubie tabeli, można zacząć poważnie zastanawiać się, czy właśnie miejsce premiujące grą w europejskich pucharach nie powinno stać się ich celem na tę kampanię. Za chwilę rozpocznie się przerwa reprezentacyjna, która wielu rywali pozbawi sporej grupy piłkarzy, podczas gdy Setién będzie mógł spokojnie dopracować wdrażanie własnej koncepcji.

Po raz ostatni Betis w Lidze Europy rywalizował w sezonie 2013/14. Wtedy to ekipa z zielonej części Sewilli dotarła do 1/8 finału, gdzie poległa z późniejszym triumfatorem i odwiecznym rywalem, Sevillą. Następnie zespół z Heliópolis przeżył spadek do Segunda, po czym szybko powrócił na najwyższy poziom. Teraz pod wodzą nowego trenera Beticos spróbują nawiązać do najlepszych lat i na stałe zagościć w czołówce hiszpańskiego futbolu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *