53813235_10158579418544578_318795364884807680_n

Gdyby słowo 2019 roku zdecydowano się wybrać u progu kwietnia, to zacięta rywalizacja toczyłaby się pomiędzy wyrazami „trener” i „zwolnienie”. Wielu działaczy rodzimych klubów, nie tylko na najwyższym poziomie piłkarskiej rywalizacji, uznało początek wiosny za idealny moment, aby wiatr zmian dosięgnął podległych im szkoleniowców. Zaledwie na przełomie kilkudziesięciu godzin okazało się, że „trenerzy na lata mogą nie wytrzymać do lata”, a posadę można stracić będąc liderem tabeli, czy nawet kilkadziesiąt minut przed starciem derbowym! Warto więc postawić sobie pytanie, czy świętowanie Prima Aprilis nie trwa zbyt długo i czy nie należy zakończyć tej swoistej spirali paranoi, zanim któregoś zdezorientowanego piłkarza trzeba będzie odesłać do Tworek…

Rzeź trenerów na krajowym poletku ligowym zainaugurowano w niedzielę w stolicy Wielkopolski. Mimo że Adam Nawałka pracował w Lechu Poznań zaledwie od jesieni i miał być twarzą długofalowego projektu, to już pod koniec marca uznano, że należy zakończyć współpracę z byłym selekcjonerem reprezentacji Polski. 61-letni szkoleniowiec oberwał ze strony, z której ciosu raczej się nie spodziewał. Piotr Rutkowski i Karol Klimczak skorzystali bowiem z furtki, którą zostawił sobie były opiekun Górnika Zabrze w razie korzystnej oferty z zagranicy.

Sama decyzja włodarzy Kolejorza mogłaby się jeszcze spokojnie obronić. Poznańska drużyna fatalnie prezentowała się po przerwie zimowej i miała za sobą bolesne porażki z Piastem Gliwice czy Górnikiem Zabrze. Piłkarzom najwyraźniej musiał nie odpowiadać sposób pracy byłego zawodnika Wisły Kraków, skoro w pierwszym meczu po jego odejściu odnieśli zwycięstwo, prowadząc w pewnym momencie aż 3:0 z Pogonią Szczecin.


Specyficzny styl bycia Adama Nawałki i jego nadmiernie przesadzone przywiązanie do szczegółów podawano zresztą jako główny powód zakończenia współpracy. Pytanie jednak, czy ktokolwiek w klubie z Bułgarskiej 17 przeczytał przynajmniej kilka zdań na temat niedawnego opiekuna Biało-Czerwonych? A może w Poznaniu mają problem z dostępem do podstawowych mediów i nikt tam nie wiedział o przykładach zaskakujących decyzji krakowskiego trenera, gdy jego bezpośrednim przełożonym był jeszcze Zbigniew Boniek?

Wydaje się, że ani chwili na wykonanie porządnego researchu i zasięgnięcie opinii ekspertów nie poświęcono także w gabinecie Dariusza Mioduskiego. Legia Warszawa chciałaby być postrzegana jako najlepszy, najbogatszy i najbardziej profesjonalny klub nad Wisłą, tymczasem przy Łazienkowskiej 3 znów podjęto szereg kuriozalnych decyzji.

Nawet najstaranniej przygotowany popis erystyczny nie byłby w stanie wytłumaczyć decyzji o podpisaniu aż trzyletniego kontraktu z człowiekiem, który w żadnym miejscu pracy nie otarł się choćby o czterystudniową kadencję. Dodatkowo nie było żadną tajemnicą, że Ricardo Sa Pinto niemal zawsze odchodził w atmosferze oskarżeń, pretensji kibiców i kłótni z dziennikarzami, których z niezrozumiałych względów traktował jako największych winowajców swoich niepowodzeń.


Prezesowi Wojskowych można zatem zarzucić naprawdę wiele, jednak na pierwszy plan wysuwa się niekonsekwencja. Jeszcze w ostatnich dniach marca Mioduski zapewniał, że Portugalczyk cieszy się jego absolutnym poparciem, a już pierwszego kwietnia zdecydował się powiedzieć mu adeus.

Trudno w takich okolicznościach poważnie traktować wypowiedzi prezesa, iż teraz Legia będzie stawiać przede wszystkim na młodych Polaków i swoich wychowanków. Zapewne skończy się na pozyskaniu kolejnego zagranicznego menedżera wątpliwej reputacji i w stolicy pojawi się kolejny „szrot”, prezentujący podobny poziom jak grajkowie pozostawieni przez Jozaka, Klafuricia i właśnie Sa Pinto.

Zmiany na ławkach trenerskich w dwóch najbardziej medialnych polskich klubach postanowiono przykryć w Gdyni – wbrew pozorom nie znakomitym występem czy efektowną wygraną w prestiżowym starciu z Lechią Gdańsk. Właściciel Dominik Midak zarządził bowiem, zaledwie kilkadziesiąt minut przed początkiem derbowej rywalizacji, że należy zwolnić trenera Zbigniewa Smółkę.


Doprawdy trudno w to uwierzyć. Polskie realia ligowe dosięgnęły niesamowitych wysokości absurdu i kolejnych szczytów do zdobycia pozostało niewiele. Z Adamem Bieleckim czy Denisem Urubko będzie można mierzyć się już tylko wtedy, gdy któryś z rodzimych włodarzy postanowi zakończyć współpracę z trenerem w przerwie meczu, na kwadrans przed końcowym gwizdkiem, albo w momencie, gdy szkoleniowiec będzie udawał się na konferencję prasową. Chociaż może lepiej nie podpowiadać…

Skoro przykład nie idzie z góry, to trudno dziwić się, że kuriozalne decyzje podejmowane są także na niższych szczeblach rozgrywkowych. Franciszek Smuda ponownie pożegnał się z Łęczną, choć pracował w górniczym klubie zaledwie kilka miesięcy, a zimą dostał wolną rękę w gruntownej przebudowie zespołu. Zwycięstw i bramek nie ma, bo zapomniano o pozyskaniu skutecznego napastnika, ale kto by się przejmował takimi szczegółami. Zresztą Lubelszczyzna została zawstydzona przez kogoś innego.


Irytacja Piotra Stokowca po wtorkowych derbach jest w pełni uzasadniona. Wobec trenerów stawia się coraz wyższe wymagania, a okazuje się im coraz mniej szacunku, niemal w każdej sytuacji umiejscawiając ich w hierarchii niżej niż piłkarzy i obwiniając za każde niepowodzenie drużyny.


Nie zajmujemy się w Polsce poważnymi tematami. Nie mówimy o tym, że w Ekstraklasie jest niespodziewany lider, który w dużej mierze opiera się na Polakach. Nie dyskutujemy o spadającej z każdą kolejką frekwencji na meczach albo zastraszającym poziomie sportowym. Trzeba się natomiast pochylać każdego dnia nad kolejnymi fanaberiami działaczy, którzy coraz mniej różnią się od ekscentrycznego i wyśmiewanego swego czasu Józefa Wojciechowskiego. Ale w końcu, jak rzecze klasyk: „Sorry, taki mamy klimat”. Szkoda, że widownią nikt się już nie przejmuje. Choć są jeszcze tacy, którzy za to płacą…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *