najlepsze-mecze-2016-roku-foto-glowne-kopiowanie-kopiowanie

Miniony rok obfitował w wiele spotkań, które z pewnością na długo pozostaną w pamięci europejskiego kibica. Z tej okazji postanowiliśmy wybrać dwanaście meczów, które naszym zdaniem dostarczyły w 2016 największej dawki emocji.

Styczeń (Norwich City 4:5 Liverpool FC)

Choć pierwszy miesiąc roku to zwykle czas transferów i przerw w poszczególnych rozgrywkach, tym razem zaserwował nam mecz, który na długo zapadnie w pamięć nie tylko fanom Premier League. To właśnie w angielskiej ekstraklasie rozegrano najbardziej emocjonujące spotkanie stycznia. Na Carrow Road miejscowe Norwich podejmowało Liverpool. Choć przed pierwszym gwizdkiem niewiele osób spodziewało się wielkich emocji, piłkarze obu ekip nie zawiedli. Najpierw do bramki gospodarzy trafił Roberto Firmino, ale na trafienie Brazylijczyka jeszcze przed przerwą odpowiedzieli Dieumerci Mbokani i Steven Naismith. Po zmianie stron wynik niespodziewanie podwyższył Wes Hoolahan, który skutecznie wyegzekwował rzut karny.


Liverpoolczycy wzięli się ostro do pracy i w ciągu zaledwie dwudziestu minut wyszli na prowadzenie 4:3. Do siatki Declana Rudda trafili kolejno Henderson, ponownie Firmino i James Milner. Kiedy wydawało się, że The Reds utrzymają prowadzenie, w drugiej minucie doliczonego czasu gry strzałem tuż zza pola karnego Simona Mignoleta zaskoczył Sebastien Bassong. Ostatnie słowo należało jednak do przyjezdnych, którzy za sprawą rezerwowego Adama Lallany zdołali wyszarpać zwycięstwo 5:4! Dla reprezentanta Anglii było to pierwsze trafienie w tamtych rozgrywkach, a Jürgen Klopp utonął w objęciach swoich zawodników.




Luty (Manchester City 1:3 Leicester City)

Luty także wydawał się być miesiącem w europejskim futbolu dość sennym, ale na ratunek znów przybyła niezawodna Premier League. W meczu otwierającym 25. kolejkę Manchester City podejmował na własnym boisku Leicester. Obie ekipy przystępowały do tej konfrontacji będąc w czołówce tabeli, a dla Lisów Claudio Ranieriego spotkanie na Etihad Stadium było pierwszym, bardzo poważnym testem. Gospodarze mieli bowiem zweryfikować Mahreza i spółkę pod kątem gotowości do walki o mistrzowski tytuł. Starcie w Manchesterze okazało się jednak popisem gości. Leicester szybko wyszło na prowadzenie, kiedy to w 3. minucie do bramki Harta trafił niemiecki stoper Robert Huth. Ten sam zawodnik kwadrans po przerwie podwyższył wynik spotkania na 3:0. Oba gole Niemca zostały przedzielone fenomenalnym trafieniem najlepszego wtedy na boisku Riyada Mahreza. W samej końcówce Sergio Agüero zdobył bramkę honorową, która na nic się zdała faworyzowanym Obywatelom. Po tym spotkaniu The Foxes powiększyli przewagę nad drugim w tabeli Tottenhamem do pięciu punktów, a komentatorzy i eksperci w Anglii zaczęli wreszcie wierzyć, że Leicester City jest poważnym kandydatem do mistrzowskiego tytułu. Finał poprzedniego sezonu Premier League wszyscy doskonale znamy…




Marzec (Bayern Monachium 4:2 Juventus FC, po dogrywce)

Marzec to czas rewanżowych spotkań w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Większość kibiców i obserwatorów z pewnością na długo zapamięta spotkanie z 16 marca rozegrane na monachijskiej Allianz Arenie. Po pierwszym meczu w Turynie Bayern był w dość komfortowej sytuacji. Bawarczycy zremisowali w pierwszym starciu z Juventusem 2:2, choć mogli wygrać tamto spotkanie 2:0. Niemniej, mistrzowie Niemiec nadal pozostawali faworytem rewanżu. Zbytnia pewność siebie nie była jednak dobrym doradcą i po pół godzinie gry Gwiazda Południa przegrywała już 0:2. Najpierw niefrasobliwość Neuera wykorzystał Paul Pogba, a następnie po świetnej akcji Moraty do siatki gospodarzy trafił Juan Cuadrado. Prowadzenie Starej Damy mogło być jeszcze bardziej okazałe, ale sędzia niesłusznie nie uznał bramki strzelonej przez Moratę. Mimo że zespół Pepa Guardioli pozornie kontrolował przebieg spotkania, to znakomicie skomasowana defensywa Włochów nie dawała za wygraną. Buffon i Barzagli stanowili zaporę niemal nie do przejścia, a defensywą dyrygował niezawodny Leonardo Bonucci. W 73. minucie goście nieco się zdrzemnęli i Robert Lewandowski zdobył bramkę dającą Bayernowi cień nadziei na dogrywkę. Gdy wydawało się, że niespodziewanie mistrzowie Italii wyeliminują Bawarczyków z rozgrywek, Thomas Müller wpakował piłkę do siatki Buffona i Gary Lineker znów triumfalnie mógł powiedzieć, że futbol to gra 22 facetów, w której na końcu zawsze wygrywają Niemcy. Wygrywają, bowiem dogrywka należała już bezsprzecznie do Monachijczyków. Bezradne Juve nie miało już sił, by przeciwstawić się naporowi piłkarzy Guardioli. Gole Thiago i Kingsleya Comana przypieczętowały awans FCB do ćwierćfinału Champions League.


Kwiecień (Liverpool FC 4:3 Borussia Dortmund)

Mimo że 14 kwietnia nie minęła jeszcze połowa roku, piłkarscy kibice już wiedzieli, które spotkanie będzie najlepszym meczem w Europie Anno Domini 2016. Na wypełnionym do ostatniego krzesełka Anfield Road w rewanżowym spotkaniu ćwierćfinałowym Ligi Europy The Reds podejmowali Borussię Dortmund. Głównym smaczkiem tego dwumeczu była oczywiście przeszłość i olbrzymie sukcesy Jürgena Kloppa w Dortmundzie. W pierwszym starciu na Signal Iduna Park padł remis 1:1, więc Anglicy z optymizmem i nadziejami witali Niemców na swoim terenie. Owy optymizm został jednak zgaszony po zaledwie dziesięciu minutach, a na legendarnym stadionie nad rzeką Mersey zapanowała konsternacja. Gole Mkhitaryana i Aubameyanga dały BVB komfortowe prowadzenie, a gospodarze do awansu potrzebowali już trzech goli. Wynik nie podłamał jednak ambitnych Liverpoolczyków, którzy mieli wiele okazji do pokonania Weidenfellera. Tuż po przerwie nadzieję na udany comeback przywrócił The Reds Divock Origi. Belg płaskim strzałem trafił do siatki gości, którzy… zaledwie dziesięć minut później po fantastycznej akcji Hummelsa prowadzili już 3:1. Trafienie Marco Reusa praktycznie przekreślało szanse Liverpoolu, ale podopieczni Kloppa po raz kolejny udowodnili, że nie można ich skreślać dopóty, dopóki nie zabrzmi ostatni gwizdek arbitra. Najpierw gola kontaktowego zdobył Coutinho, a na trzynaście minut przed końcem spotkania światełko nadziei nad Anfield zapalił francuski obrońca Mamadou Sakho pokonując głową bezradnego Weidenfellera. Gospodarze do piłkarskiego cudu potrzebowali już tylko gola i w pierwszej doliczonej minucie do drugiej połowy zdobył go Dejan Lovren. Chorwat będący dotychczas synonimem niepowodzeń Liverpoolu dał The Reds awans do półfinału Ligi Europy i zwieńczył jeden z najpiękniejszych powrotów ostatnich lat w piłce nożnej!


Według nas właśnie to spotkanie zasłużyło na miano Meczu Roku 2016.




Maj (Liverpool FC 1:3 Sevilla CF)

Koniec rozgrywek ligowych to okres, kiedy finiszują także europejskie puchary. 18 maja na Stadionie Świętego Jakuba w Bazylei odbył się finał Ligi Europy. Tytułu broniła Sevilla – zwycięzca poprzednich dwóch edycji, a trofeum zamierzał odebrać Hiszpanom Liverpool, który po wyeliminowaniu po dramatycznym dwumeczu Borussii Dortmund, w półfinale w znakomitym stylu odprawił inną hiszpańską drużynę – Villarreal CF. Zespół Kloppa fantastycznie rozpoczął spotkanie, a pierwsza połowa mogła się zakończyć wysokim prowadzeniem The Reds. Antybohaterem finałowego meczu był jednak Jonas Eriksson. Szwedzki arbiter nie podyktował dwóch rzutów karnych dla angielskiego zespołu za ewidentne przewinienia piłkarzy Unaia Emery’ego. Niemniej, to Liverpoolczycy schodzili na przerwę w lepszych nastrojach, bowiem po fantastycznym golu Daniela Sturridge’a prowadzili 1:0. Tuż po przerwie rozprężenie Wyspiarzy momentalnie wykorzystał Kevin Gameiro i doprowadził do wyrównania. Bramka Francuza zdecydowanie dodała Sevilli skrzydeł. Hiszpanie zaczęli bowiem coraz groźniej atakować bramkę strzeżoną przez Simona Mignoleta. Ostatecznie sprawę między 64. a 70. minutą rozstrzygnął… prawy obrońca Andaluzyjczyków – Coke. Kapitan Los Nervionenses zaaplikował Liverpoolowi dwa gole i stało się jasne, że okazały puchar po raz trzeci z rzędu trafi do Sevilli. Ten finał zostanie jednak zapamiętany jako popis zespołu Unaia Emery’ego, który po zakończeniu poprzedniego sezonu opuścił Andaluzję i objął stery w Paris Saint-Germain.


Czerwiec (Polska 1:1 Portugalia, rzuty karne 3:5)

Po emocjach związanych z futbolem w wydaniu klubowym, w czerwcu przyszedł najbardziej oczekiwany moment sezonu. 10 czerwca rozpoczęły się Mistrzostwa Europy we Francji, które nam, Polakom, zapadną w pamięć na długo. 30 czerwca o godzinie 21 w Marsylii na przepięknym Stade Vélodrome podopieczni Adama Nawałki rozpoczynali bój o awans do półfinału francuskich finałów. Rywalem Biało-Czerwonych była Portugalia, której droga do najlepszej ósemki turnieju okazała się nadspodziewanie wyboista. Zespół Fernando Santosa swoją grą absolutnie nie porywał – z nie najmocniejszej grupy wyszedł z trzeciego miejsca, w dodatku z samymi remisami na koncie. W 1/8 finału Portugalczycy co prawda wyeliminowali silną Chorwację, ale oddając tylko dwa celne strzały w meczu. Bramkę przesądzającą o awansie zdobył zaledwie trzy minuty przed końcem dogrywki Ricardo Quaresma. Polacy nie musieli się więc obawiać drużyny z Półwyspu Iberyjskiego, tym bardziej, że sami prezentowali znakomitą dyspozycję. Potwierdził to początek starcia w Marsylii. Półtorej minuty po pierwszym gwizdku Felixa Brycha Biało-Czerwoni otworzyli wynik. Dośrodkowanie Grosickiego na swoją pierwszą bramkę w finałach zamienił kapitan Robert Lewandowski. Napastnik Bayernu zdobył tym samym drugiego najszybszego gola w historii Mistrzostw Europy. Polacy próbowali podwyższyć prowadzenie, ale ostatecznie oddali pole Portugalczykom, co w 33. minucie się zemściło. Wyrównanie A Seleção zapewnił Renato Sanches, który rozgrywał swój najlepszy mecz na francuskim turnieju. W drugiej połowie piłkarze Nawałki oddali rywalom inicjatywę i w pewnych momentach sposób gry polskiego zespołu przypominał modlitwę o dogrywkę i rzuty karne. Ostatecznie do konkursu jedenastek doszło, ale na nasze nieszczęście Portugalczycy okazali się bezbłędni. Jako jedyny pomylił się Jakub Błaszczykowski i to Cristiano Ronaldo i spółka pojechali do Lyonu. Tam pokonali Walijczyków, a w finale…


Lipiec (Portugalia 1:0 Francja, po dogrywce)

Portugalia mierzyła się z rozpędzającymi się z meczu na mecz gospodarzami turnieju. Francuzi byli zdecydowanym faworytem finałowego spotkania, które 10 lipca na Stade de France rozegrano przy udziale blisko 76 tysięcy widzów. Nadzieje Trójkolorowych zostały spotęgowane, gdy po upływie zaledwie 25. minut z powodu kontuzji boisko opuścił lider Portugalczyków – Cristiano Ronaldo. Osłabieni brakiem swojego kapitana podopieczni Santosa zostali zepchnięci do głębokiej defensywy, ale nie dali się złamać. Kapitalne zawody rozgrywał Pepe, a Rui Patricio dokonywał w bramce cudów, raz po raz broniąc strzały Francuzów. Swoje szanse zmarnowali m.in. Sissoko czy Griezmann, a na sekundy przed końcem drugiej połowy André-Pierre Gignac trafił jeszcze w słupek. Dogrywka to już zupełnie inna historia. Wprowadzony w 79. minucie za bezbarwnego Sanchesa Éder wniósł sporo ożywienia w portugalskie szeregi. Rosły napastnik notorycznie absorbował swoją obecnością obu stoperów Les Blues, aż w końcu w 108. minucie wygrał bardzo trudny, fizyczny pojedynek z Laurentem Koscielnym i zapewnił Portugalczykom historyczny triumf w wielkim turnieju.


Sierpień (Arsenal FC 3:4 Liverpool FC)

Powrót do zmagań ligowych nie zawiódł oczekiwań kibiców. Najwięcej tradycyjnie działo się w Anglii, bowiem już w pierwszej kolejce, 14 sierpnia, rozegrano szlagierowe spotkanie. Na Emirates Stadium Arsenal podejmował Liverpool, który po raz kolejny udowodnił, że emocjonujące mecze to domena Kloppa i spółki. Starcie w północnym Londynie przez pełne 90. minut stało na niewyobrażalnie wysokim poziomie, a tempo przeprowadzanych akcji było wprost porażające. Prowadzenie jako pierwsi objęli gospodarze, kiedy po niespełna pół godzinie gry do siatki Mignoleta trafił Theo Walcott. Anglik tym samym zrehabilitował się za zmarnowany kilka minut wcześniej rzut karny. Tuż przed przerwą do wyrównania doprowadził jednak Philippe Coutinho nie dając szans Petrowi Čechowi znakomitym strzałem z rzutu wolnego. Po przerwie chłopcy Kloppa poszli za ciosem i w ciągu zaledwie 18 minut doprowadzili do stanu 4:1! Najpierw trafił Adam Lallana, potem drugie trafienie zaliczył Coutinho, a Londyńczyków dobił Sadio Mané. Arsenal nie złożył broni, bowiem już minutę po trafieniu Senegalczyka gola kontaktowego zdobył Alex Oxlade-Chamberlain. Sporo ożywienia w grę Kanonierów wniósł wprowadzony Santi Cazorla, który zaliczył asystę przy trafieniu Caluma Chambersa w 76. minucie spotkania. Gol defensora wystarczył jednak gospodarzom wyłącznie do zmniejszenia rozmiarów porażki, natomiast Liverpoolczycy już w pierwszej kolejce pokazali, że mają w tym sezonie aspiracje do walki o najwyższe cele.


Wrzesień (Borussia Dortmund 2:2 Real Madryt)

Wraz z początkiem roku szkolnego futbolowy sezon zaczął nabierać rumieńców. Piłkarska Polska żyła głównie awansem Legii Warszawa do fazy grupowej Ligi Mistrzów i to właśnie w “legijnej” grupie rozegrano najlepszy naszym zdaniem mecz września. Na Signal Iduna Park przyjechał obrońca trofeum – Real Madryt. Goście pod wodzą “Zizou” objęli prowadzenie dość szybko, bowiem już w 17. minucie za sprawą trafienia Cristiano Ronaldo. Kontrolę nad spotkaniem mieli jednak Dortmundczycy, którzy na dwie minuty przed końcem pierwszej połowy wyrównali stan gry – do siatki Navasa trafił niezawodny Pierre-Emerick Aubameyang. Druga połowa stała pod znakiem zdecydowanej dominacji gospodarzy, ale paradoksalnie to Real po raz drugi wyszedł na prowadzenie. Gola z bliskiej odległości zdobył Raphaël Varane, który wcześniej popełniał sporo błędów w obronie.


Po bramce Francuza sytuacja na murawie nie uległa jednak znacznej zmianie, ale defensywa Królewskich dość długo odpierała ataki wicemistrzów Niemiec. W końcu trzy minuty przed końcem spotkania do wyrównania potężnym strzałem doprowadził rezerwowy Andre Schürrle. Ostatecznie na koniec grudnia okazało się, że to Borussia wygrała grupę F, a w Madrycie, tak samo jak w Dortmundzie, padł remis 2:2.


Październik (Celta de Vigo 4:3 FC Barcelona)

Październik również obfitował w wiele znakomitych spotkań, a najlepsze zostało rozegrane już na samym początku miesiąca. Na Estadio Balaidos w Vigo zawitała FC Barcelona chcąca w końcu przełamać “klątwę” stadionu Celty. Jak się okazało, przełamanie wcale nie nadeszło. Pierwsza połowa była popisem drużyny Eduardo Berizzo. Kolejne trafienia Pione Sisto, Iago Aspasa i wreszcie samobójczy gol Mathieu rzuciły Blaugranę na kolana. Katalończycy po przerwie starali się odpowiedzieć na koncertową grę gospodarzy i w końcu za sprawą Gerarda Pique i Neymara udało im się złapać kontakt. Gdy wydawało się, że Barça wreszcie “dopadnie” rywala, do akcji wkroczył ter Stegen. Golkiper FCB nie po raz pierwszy zachował się nieodpowiedzialnie i… nabił piłką Pablo Hernándeza. Futbolówka wpadła do siatki i cały wysiłek gości poszedł na marne. Drugie trafienie Pique w końcówce spotkania nie odwróciło losów spotkania. Duma Katalonii po raz kolejny nie przełamała się na Estadio Balaidos, a opinia publiczna znowu zaczęła zadawać pytania co do zasadności zatrudnienia Marca-Andre ter Stegena jako bramkarza w tak wielkim klubie, jakim jest Barcelona.







Listopad (Legia Warszawa 3:3 Real Madryt)

Listopad polscy fani zapamiętają jako dwa szalone mecze Legii Warszawa w Lidze Mistrzów. Najpierw na początku miesiąca Legioniści podejmowali u siebie Real Madryt, a następnie 22 listopada zawitali do Dortmundu. I choć to w Niemczech padło rekordowych 12 goli, my wybieramy spotkanie rozegrane w Dzień Zaduszny.


W grobowej atmosferze, bez udziału publiczności, Legia rozgrywała rewanżowe spotkanie przeciwko Królewskim. W Madrycie zespół Jacka Magiery przegrał aż 1:5, ale starał się zaprezentować niezły, ofensywny futbol. Pierwsze minuty meczu przy Łazienkowskiej także wskazywały na to, że Real odniesie łatwe, przyjemne zwycięstwo i zainkasuje trzy punkty. Już po niespełna minucie ekipa Zidane’a prowadziła po fenomenalnym trafieniu Garetha Bale’a. Pół godziny później wynik podwyższył Karim Benzema, ale Wojskowi nieoczekiwanie nie złożyli broni. Druga połowa okazała się dla gości kompletną konsternacją. Jeszcze przed przerwą kapitalne trafienie Vadisa Odjidjy-Ofoe zapewniło Warszawianom kontakt. Po przerwie gole Miroslava Radovicia (Serb strzelił bramkę także we wspomnianym starciu w stolicy Hiszpanii – przyp. red) i Thibaulta Moulina dały mistrzom Polski sensacyjne prowadzenie 3:2. Ostatecznie honor gości uratował Kovačić, a pozornie jednostronna rywalizacja zakończyła się remisem. To spotkanie prawdopodobnie na zawsze pozostanie w pamięci nie tylko warszawskich kibiców…





Grudzień (AFC Bournemouth 4:3 Liverpool FC)

Wieńczący rok miesiąc również nie zawiódł, jeśli chodzi o poziom rozgrywanych meczów. My ponownie postawiliśmy na Premier League. 2016 rozpoczął się od trzymającego do końca w napięciu meczu z udziałem Liverpoolu i również The Reds wzięli udział w najbardziej emocjonującym spotkaniu grudnia. Na Vitality Road w Bournemouth spotkanie ułożyło się jednak dla LFC zgoła inaczej niż mecz z 23 stycznia na Carrow Road, bowiem tym razem to zespół Kloppa prowadził 3:1. Do przerwy goście kontrolowali przebieg spotkania za sprawą dwóch szybkich goli Mané i Origiego. Po przerwie kontaktową bramkę z rzutu karnego zdobył Callum Wilson, ale w 64. minucie Emre Can odpowiedział fantastycznym trafieniem pod poprzeczkę i tym samym wydawało się, że zamknął mecz. Gospodarze za odrabianie strat wzięli się dopiero na kwadrans przed końcem i w ciągu dwóch minut doprowadzili do rezultatu 3:3. Najpierw do siatki trafił superrezerwowy Fraser, a do wyrównania doprowadził stoper Steve Cook. Jakby tego było mało, w 90. minucie Divock Origi mógł wygrać to spotkanie dla Liverpoolu, ale pomylił się w dogodnej sytuacji. Ostatnie słowo należało jednak do Wisienek. W 94. minucie zamieszanie pod bramką Kariusa i błąd niemieckiego bramkarza wykorzystał Nathan Aké i wywalczył dla Bournemouth bezcenne trzy punkty!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *