promo299717531

Premier League ani na moment nie spuszcza z tonu. W dziewięciu weekendowych spotkaniach najbardziej emocjonującej ligi świata ponownie doszło do sensacyjnych rozstrzygnięć, padły piękne bramki i posypały się kartki. Jeśli tak ma wyglądać cotygodniowa rutyna, to… nie mamy nic przeciwko! Oto podsumowanie najciekawszych wydarzeń futbolowego weekendu na Wyspach.

Zaangażowanie to za mało na United

Przed tygodniem 0:4 uległ Manchesterowi United West Ham, a postawa graczy Slavena Bilicia pozostawiała wiele do życzenia. Swansea, które w pierwszym meczu drugiej kolejki Premier League przegrało z Czerwonymi Diabłami w identycznym stosunku, nie można jednak zarzucić braku ambicji czy zaangażowania. Do 45. minuty sobotniego starcia na Liberty Stadium, kiedy drogę do siatki Fabiańskiego znalazł Eric Bailly, Łabędzie postawiły 20-krotnemu mistrzowi Anglii twarde warunki, a nawet potrafiły stworzyć kilka groźnych sytuacji pod bramką gości. Po zmianie stron przewaga Manchesteru nie podlegała już dyskusji, a dwa gole zdobyte w dwie minuty kompletnie złamały opór walijskiej ekipy. Wynik ustalił Anthony Martial, który pracuje na miano super rezerwowego – w obu występach w tym sezonie po wejściu z ławki trafiał do siatki rywali.


Inauguracyjne spotkania nowego sezonu Premier League zdają się potwierdzać tezę, że José Mourinho faktycznie stworzył piłkarskiego potwora. Czerwone Diabły prezentują spektakularny i skuteczny futbol, a jego największe gwiazdy – Paul Pogba i Romelu Lukaku – grają tak, jakby rozumiały się bez słów. Dwa zwycięstwa i bilans bramkowy 8:0 to najlepszy start United w lidze od 110 lat! Czy Leicester City, z którym za tydzień na Old Trafford zmierzą się podopieczni Mourinho stanie się kolejną ofiarą Red Devils?


West Ham lepszy bez Arnautovicia

Najwięcej goli i emocji w sobotnie popołudnie było na St. Mary’s Stadium, gdzie Southampton podejmował West Ham United. Początek spotkania zdecydowanie należał do gospodarzy, którzy szybko objęli prowadzenie po golu Manolo Gabbiadiniego. Mecz toczył się w bardzo szybkim tempie, a piłkarze nie odstawiali nogi, co powodowało oczywiście liczne spięcia. Ciśnienia nie wytrzymał kreowany na gwiazdę The Hammers Marko Arnautović, który bez piłki “poczęstował” łokciem Jacka Stephensa. Southampton chyba nie jest ulubionym rywalem Austriaka, bo w poprzednim sezonie, jeszcze w barwach Stoke City, także w meczu ze Świętymi wyleciał z boiska.


Pięć minut po tym zdarzeniu arbiter Lee Mason podyktował rzut karny dla gospodarzy, który na bramkę zamienił Dušan Tadić. Nadzieję przywrócił Młotom “Chicharito”, zdobywając dwie bramki w swoim stylu – z pola bramkowego. Gdy wydawało się, że West Ham wywiezie z St. Mary’s Stadium bezcenny w obliczu gry w osłabieniu punkt, w doliczonym czasie “wapno” sprokurował inny letni nabytek londyńczyków – Pablo Zabaleta, a jedenastkę pewnie wykorzystał Charlie Austin. Co po dwóch rzutach karnych i czerwonej kartce przeciwko swojej drużynie miał do powiedzenia Slaven Bilić?

“Tak, straciliśmy jeden punkt, ale również wiele zyskaliśmy tym meczem. Pokazaliśmy charakter, udowodniliśmy, że potrafimy radzić sobie w dziesiątkę. Nie ma sensu, abym wypowiadał się na temat decyzji sędziego. Jestem bardzo dumny z mojej drużyny – pokazaliśmy zaangażowanie, jakość i charakter. Nie poddaliśmy się”

Slaven Bilić po meczu z Southampton FC dla “Sky Sports”

Nikt jednak nie przyznaje punktów za dobre wrażenie, a tych West Ham w tym sezonie jeszcze nie zdobył. Nad głową chorwackiego menedżera po raz kolejny zbierają się czarne chmury, a wyliczankę trenerów zagrożonych na Wyspach zwolnieniem zaczyna się właśnie od nazwiska Bilicia. Nadchodzący mecz z Newcastle United będzie bardzo ważny dla przyszłości 48-latka na London Stadium.



Oszczędny West Brom z kompletem punktów

Podopieczni Tony’ego Pulisa z pewnością wykonują polecenia swojego pryncypała bardzo skrupulatnie. Dwa zwycięstwa po 1:0 to doskonałe otwarcie kampanii 2017/18 dla The Baggies. Wyjazdowy mecz z Burnley był idealnym odzwierciedleniem myśli taktycznej walijskiego szkoleniowca, którą można streścić krótką maksymą: “Przede wszystkim nie stracić”. W całym spotkaniu padł jeden (!) celny strzał, który zakończył się bramką Hala Robsona-Kanu, wprowadzonego z ławki w 63. minucie gry. Reprezentant Cymru po raz drugi zapisał się w protokole meczowym po tym, jak w bezmyślny sposób uderzył rywala łokciem. Pobyt Robsona-Kanu na murawie trwał 20 minut, ale z pewnością jego obecność została zauważona…


Porażka z WBA jest dla popularnych The Clarets bolesnym powrotem do rzeczywistości po zwycięstwie nad Chelsea. Wszystko wskazuje na to, że podopieczni Seana Dyche’a będą w tym sezonie ponownie cieszyć się z każdego punktu i rozpatrywać swój bilans w kontekście 17. miejsca w tabeli, czyli najniższej lokaty, jaka gwarantuje utrzymanie.


Jesé skarcił Kanonierów

Kibice Arsenalu zapewne są już przyzwyczajeni do takiego obrotu spraw. 77% posiadania piłki, przygniatająca przewaga w liczbie strzałów, rzutów rożnych i o ponad 500 podań więcej wykonanych od rywala. Wynik końcowy? 0:1. Tym razem nieskutecznością w ekipie The Gunners wykazał się zwłaszcza Danny Wellbeck, który zmarnował co najmniej dwie doskonałe okazje bramkowe.


Oprócz nagany dla podopiecznych Arsène’a Wengera, należy udzielić sporej pochwały graczom Stoke City. Zawodnicy z Britannia Stadium rozegrali bardzo solidne zawody, a na szczególne wyróżnienie zasługują Saido Berahino oraz strzelec zwycięskiej bramki – Jesé Rodríguez. Letnie transfery mogą zatem wywindować w tabeli zespół ze Staffordshire o kilka pozycji w porównaniu z ubiegłymi rozgrywkami, wszak formacja ofensywna The Potters prezentuje się naprawdę imponująco. Mark Hughes z pewnością odetchnął z ulgą, gdy dowiedział się, że nic poważnego nie dolega zdjętemu z boiska z powodu urazu Xherdanowi Shaqiriemu.


Kanonierzy w ubiegłym sezonie ponieśli aż 7 porażek w meczach wyjazdowych. Czy mecz ze Stoke był początkiem kolejnej kiepskiej serii poza Emirates Stadium?


Cierpliwość The Reds wynagrodzona

Sobotnia konfrontacja Liverpoolu z Crystal Palace miała oczywistego faworyta. I rzeczywiście, gospodarze byli zdecydowanie lepsi od swojego niżej notowanego oponenta z londynu, ale zwycięstwo nie przyszło im z łatwością. Na gola Sadio Mané kibice na Anfield Road musieli czekać aż do 73. minuty meczu. Cierpliwa i konsekwentna gra podopiecznych Jürgena Kloppa przyniosła jednak pożądany skutek, dlatego liverpoolczycy mogą podejść do rewanżowego meczu kwalifikacji Ligi Mistrzów w dobrych nastrojach.


Sielankę w czerwonej części Merseyside mąci jedynie sytuacja Philippe Coutinho, który mimo że jest zdolny do gry, w sobotę nie znalazł się nawet w meczowej osiemnastce The Reds. Czyżby przejście Brazylijczyka do Barcelony było tylko kwestią czasu? Klopp wydaje się nie przejmować zakusami Katalończyków.

„Nie, nie zaproponowali tego. My powiedzieliśmy nie, ale myślę, że jutro będą nam oferować zestaw Happy Meal z McDonalda i dostaniemy jeszcze zabawkę”

Jürgen Klopp na temat opiewającej na 130 mln € oferty za Coutinho


Alonso bohaterem Derbów Londynu

Hitem 2. kolejki Premier League było londyńskie starcie na Wembley, czyli konfrontacja Tottenhamu z Chelsea. Od pierwszych minut intensywność spotkania była ogromna, a na boisku działo się naprawdę wiele. Tuż po pierwszym gwizdku sędziego przed doskonałą okazją stanął Álvaro Morata, ale jego główka okazała się bardzo niecelna. Kolejne minuty upłynęły pod znakiem wyrównanej walki w środku pola. W 24. minucie kibice zgromadzeni na Stadionie Olimpijskim w liczbie 73,5 tysiąca wstrzymali oddech, gdy do rzutu wolnego podeszli Willian i Marcos Alonso. Hiszpan popisał się fantastycznym uderzeniem, po którym Hugo Lloris mógł tylko wyciągnąć piłkę z siatki. Z Alonso w składzie The Blues mogą poprawić zeszłoroczny wynik 25 bramek zdobytych po stałych fragmentach gry (najwięcej w lidze – przyp. red.).


Po stracie bramki Koguty rzuciły się do odrabiania strat. Jeszcze przed przerwą Harry Kane trafił w słupek, a po potężnym strzale Bena Daviesa skutecznie interweniował Thibaut Courtois. Druga połowa również rozpoczęła się od naporu Tottenhamu, który długo wymieniał piłkę na połowie The Blues. Skomasowana defensywa podopiecznych Antonio Contego nie dopuszczała graczy Spurs do sytuacji strzeleckich, a nawet jeśli pojawiała się w niej wyrwa, szwankowało ostatnie podanie. Piłkarzy Tottenhamu wyręczył jednak Michy Batschuayi, który 3 minuty po wejściu na plac gry posłał piłkę do własnej bramki.


Kiedy wszystko wskazywało na to, że mecz zakończy się podziałem punktów, Chelsea wyprowadziła decydujący cios. Po przechwycie w środku pola lewym skrzydłem ruszył – a jakże! – Marcos Alonso i z ostrego kąta uderzył pod brzuchem niezdarnie interweniującego Llorisa.

Mimo porażki zespół Mauricio Pochettino zasługuje na słowa uznania, natomiast dla Chelsea zwycięstwo nad najgroźniejszym lokalnym rywalem to szansa na poprawę atmosfery po kiepskim początku rozgrywek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *