DpfwQdQWkAA7kaw

Zaledwie trzy dni po niskiej, ale bardzo bolesnej porażce z aktualnymi mistrzami Europy, reprezentacja Polski mierzyła się z Italią w swoim trzecim spotkaniu w ramach Ligi Narodów UEFA. Mimo że wydawało się to niemal niemożliwe, znów “udało się” zagrać gorzej niż w ostatnim meczu. Podopieczni Jerzego Brzęczka jak najbardziej zasłużenie musieli uznać wyższość największych nieobecnych ostatniego mundialu. Druga porażka z rzędu u siebie sprawiła, że Biało-Czerwoni zanotowali tak fatalną serię po raz pierwszy od 15 lat, a na dodatek żegnają się już definitywnie z Dywizją A.

Trudno było wyobrazić sobie lepszego rywala, aby odnieść premierowe zwycięstwo pod wodzą nowego selekcjonera. Kadra z Półwyspu Apenińskiego od dłuższego czasu pogrążona jest bowiem w głębokim kryzysie i ze względu na barażową porażkę ze Szwecją Squadra Azzurra w ogóle nie dostała się na rozgrywane na przełomie czerwca i lipca Mistrzostwa Świata w Rosji.

Skomplikowanej sytuacji zwycięzców mundialu sprzed 12 lat nie poprawiło zatrudnienie Roberta Manciniego, za kadencji którego Italia ograła jedynie… Arabię Saudyjską. Ponadto z ostatnich 15 meczów czterokrotnym mistrzom świata udało się wygrać zaledwie 4 i za każdym razem pokonany rywal był dużo niżej notowany.


Polscy kibice nie mieli jednak w ostatnim czasie dużo więcej powodów do zadowolenia od niedzielnego oponenta. Najpierw na Wisłą długo rozpamiętywano klęskę na rosyjskim czempionacie, a później trzeba było zacząć przygotować się na to, że przyjście nowego selekcjonera na pewno nie odmieni od razu oblicza drużyny narodowej. Remisy z Irlandią i Włochami oraz porażka z Portugalią sprawiły, że zwycięstwo Biało-Czerwonych stało się w kraju szczególnie wyczekiwane. Nikt nie miał jednak wątpliwości, że ponownie nie będzie o to łatwo. Na papierze goście prezentowali się co najmniej solidnie, a takich graczy jak, Giorgio Chiellini, Marco Veratti czy Lorenzo Insigne nie trzeba było nikomu przedstawiać.


Aby przerwać niekorzystną passę, Jerzy Brzęczek zdecydował się aż na sześć zmian w porównaniu z czwartkową rywalizacją z A Seleção das Quinas. W miejsce Łukasza Fabiańskiego pojawił się Wojciech Szczęsny, Artura Jędrzejczyka zastąpił Arkadiusz Reca, a kosztem Grzegorza Krychowiaka, Rafała Kurzawy i zawieszonego za kartki Mateusza Klicha w podstawowym składzie znaleźli się Jacek Góralski, Damian Szymański i Karol Linetty. Największą niespodzianką, choć przewidywaną przez niemal wszystkie media, było skierowanie na ławkę rezerwowych będącego w genialnej dyspozycji strzeleckiej Krzysztofa Piątka, który musiał ustąpić miejsca Arkadiuszowi Milikowi.


Dodatkowo były opiekun Wisły Płock ponownie zdecydował się na ustawienie 1-4-3-1-2, które polscy fani mogą kojarzyć z meczów z udziałem Sampdorii, a nie na system ze skrzydłowymi, którzy we czwartek ożywili grę Orłów, czego efektem trafienie Jakuba Błaszczykowskiego.

Oprócz wzmocnionego środka pola należało liczyć także na dotychczasową historię. Włosi dwukrotnie mierzyli się bowiem z Polakami na Stadionie Śląskim w Chorzowie i ani razu nie udało im się wpisać na listę strzelców. Warto przy tym wspomnieć, że podczas konfrontacji sprzed 21 lat w składzie Italii znaleźli się legendarni Dino Baggio i Christian Vieri.

Niewiele jednak brakowało, aby jeszcze zanim kibice wygodnie usiedli na trybunach, a ci przed telewizorami otworzyli piwo i przesypali chipsy do misek, pojawiła się pierwsza wiązanka wulgaryzmów. Piłka po strzale Jorginho zatrzymała się wprawdzie na poprzeczce, ale był to pierwszy zwiastun, że dla polskich sympatyków futbolu będzie to niezwykle trudny wieczór…

Z każdą kolejną minuta rosła przewaga przyjezdnych, którzy zupełnie nie przypominali zagubionego zespołu, z jakim Polacy mierzyli się przed miesiącem w Bolonii. Bez większego wysiłku Veratti i spółka wymieniali między sobą podania, co chwilę przyprawiając całą defensywę Biało-Czerwonych o szybsze bicie serca. Dość liczny środek pola był zupełnie bezradny, a Arkadiusz Milik i Robert Lewandowski mogli bezsilnie rozkładać ręce w oczekiwaniu na chociażby jedno udane podanie.


Należało zatem oczekiwać od selekcjonera reprezentacji Polski jak najszybszej reakcji, gdyż tylko świetnie dysponowanemu Wojciechowi Szczęsnemu można było zawdzięczać, że Włosi nie prowadzili po pierwszej połowie przynajmniej dwiema bramkami. Zdawał się to wyczuwać także realizator transmisji, który kilkakrotnie prezentował rozgrzewających się Jakuba Błaszczykowskiego i Kamila Grosickiego. Prośby tych, którzy domagali się zmian już od początku drugiej części gry zostały wysłuchane. Wejście na murawę skrzydłowych Wolfsburga i Hull City ożywiło grę gospodarzy, co było kolejnym wyraźnym sygnałem, że należy porzucić, ale nie wszelką nadzieję, jak u Dantego, lecz pomysły ze zmianą ustawienia. Nominalne zestawienie naszej kadry to 1-4-4-2 i zamiast szukać bezsensownych roszad taktycznych, należy doskonalić to, co dobrze funkcjonowało za kadencji Adama Nawałki i przyniosło ćwierćfinał EURO 2016, awans na Mistrzostwa Świata czy historyczny triumf nad Niemcami.

Choć nie od razu przełożyło się to na sytuacje podbramkowe, Polacy pokazali przynajmniej, że nie rzucili jeszcze ręcznika i zamierzają podjąć walkę. Po upływie 70 minut pojawiła się nawet szansa, aby wyjść na zupełnie niezasłużone prowadzenie. Po znakomitym podaniu od Roberta Lewandowskiego najpierw Grosicki trafił prosto w bramkarza, a po chwili fatalnie spudłował Milik.


Napastnik Napoli był zresztą kolejną błędną decyzją Brzeczka. Po jego świetnej współpracy z kapitanem Biało-Czerwonych nie ma już najmniejszego śladu, a obecnie zdaje się wyłącznie zbędnym balastem dla kadry. Tym bardziej mogła więc dziwić decyzja, że najlepszy snajper bieżącej kampanii Serie A cały mecz spędza w otoczeniu rezerwowych, podczas gry pełne 90 minut rozgrywa zawodnik, który na gola czeka dłużej niż zapomniany już przez wielu Rafał Wolski.

Jeśli ktokolwiek mógł się zastawiać po przegranym meczu z Portugalią, czy można zagrać jeszcze gorzej, niestety otrzymali odpowiedź twierdzącą. Całości obrazu nędzy i rozpaczy dopełniła jeszcze bramka stracona w doliczonym czasie gry, która sprawiła, że drugi mecz z rzędu podopieczni Brzęczka kończą bez jakiejkolwiek zdobyczy punktowej. W efekcie reprezentacja Polski ląduje w dywizji B, w dodatku jako pierwszy zespół w nowych rozgrywkach. Teraz można już powiedzieć z pełną odpowiedzialnością – gorzej być nie może…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *