my-photo

Premier League od zawsze kojarzyła się z twardą defensywą oraz brutalną wojną na wyniszczenie. Jej symbolami byli przez długi czas Jamie Carragher, Steve Bruce czy Tony Adams, czyli mocno zbudowani obrońcy, którzy nigdy nie przebierali w środkach, aby uchronić swoją drużynę od straty gola. W ostatnich latach napływ zawodników z południa Europy i obu Ameryk sprawił, że do nieco siermiężnej ligi dodano kilka finezyjnych przypraw. Angielska ekstraklasa stała się atrakcyjniejsza dla oka, ale coraz słabsza postawa obrońców budzi spore zakłopotanie menedżerów.

Tyle goli, ile w tym sezonie Premier League, nie padało nigdy dotąd! Średnia ponad trzech bramek na mecz (dokładnie 3,12) została przekroczona po raz pierwszy w historii, a takie dreszczowce jak starcia Bournemouth z Liverpoolem czy Swansea z Crystal Palace nie są już niczym dziwnym. W ostatnim czasie łatwiej wymienić starcia, które kończą się bezbramkowym remisem lub wynikiem 1:0 niż te, gdzie pada wiele bramek.

Z jednej strony, to świetna wiadomość dla fanów futbolu, bo przecież każdy lubi oglądać piękne gole i porywające spotkania. Obserwatorzy angielskiej piłki od pewnego czasu zastanawiają się jednak, czy aby na pewno ta tendencja niesie za sobą wyłącznie pozytywne skutki. Brak solidnych obrońców to choroba, na jaką Premier League w tym sezonie zaczęła cierpieć zdecydowanie bardziej. Wyjątek może stanowić jedynie postawa Chelsea, która traci bardzo mało bramek, choć na początku sezonu również podopiecznym Antonio Contego zdarzało się popełniać proste błędy, choćby w spotkaniu przeciwko Arsenalowi.


Drużyną z czołówki, na którą w ostatnim czasie spłynęło najwięcej krytyki za grę w defensywie był Manchester City. Pep Guardiola nadal nie może znaleźć optymalnego ustawienia stoperów, a efekty jego zagubienia mogliśmy zobaczyć choćby podczas starcia z Leicester, w którym Jamie Vardy bezlitośnie wykorzystywał każdy błąd Obywateli.

Mistrzowie Anglii również nie spisują się w tym sezonie zbyt dobrze, czego dowodem zaledwie trzy mecze z czystym kontem. Dla fanów Lisów może to stanowić pewien szok, bo przecież właśnie głównie dzięki żelaznej defensywie podopiecznym Claudio Ranieriego udało się sięgnąć jeszcze niedawno po historyczny sukces. Teraz para Wes Morgan – Robert Huth nie prezentuje się jednak tak skutecznie, a zmiennicy właściwie nie są przez włoskiego menedżera wykorzystywani. Na problem coraz słabszej formy obrońców zwraca uwagę legendarny napastnik Arsenalu Ian Wright.

“Postawa większości obrońców w tym sezonie, a zwłaszcza w piętnastej kolejce (na wszystkich stadionach padło wtedy 36 bramek – przyp.red.), była śmieszna. Niektórzy grali, jakby byli zawodnikami zespołu ligi amatorskiej, a nie Premier League!”

Wtóruje mu również były gracz Liverpoolu Stan Collymore, który z kolei zauważa istotną zmianę w sposobie gry dzisiejszych defensorów. Coraz większą uwagę poświęca się bowiem temu, jak wiele obrońcy mogą dać drużynie przy wyprowadzaniu piłki i włączaniu się do akcji ofensywnych, zapominając jednak o tym, co najważniejsze, czyli bezkompromisowej postawie we własnym polu karnym i jego okolicach. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że stoperzy stają się wręcz kolejnymi pomocnikami.

“Kiedyś Gary Pallister czy Steve Bruce również potrafili wyprowadzać piłkę do przodu, ale przede wszystkim byli świetnymi obrońcami. Dziś nie wiem, co myśleć na przykład o Johnie Stonesie. Pamiętam go z jednego z pierwszych meczów w Evertonie przeciwko Tottenhamowi. Był niesamowicie chudy. Miałbym wielką radość, gdybym mógł grać przeciwko niemu. Myślę, że poprzestawiałbym go i potraktował jako przystawkę na śniadanie”

Przy ocenie dużej liczby straconych bramek, poza kiepską postawą obrońców, warto również przyjrzeć się bliżej popisom bramkarzy. Przecież to właśnie oni bezpośrednio bronią dostępu do bramki i często swoimi paradami mogą jeszcze uratować skórę defensorom. Wszystko, co w swojej mocy, robią choćby Tom Heaton, Łukasz Fabiański czy Jordan Pickford, którzy zanotowali w tym sezonie najwięcej udanych interwencji, jednak mimo tego nie mogą się pochwalić zbyt dużą liczbą czystych kont. W tej klasyfikacji przewodzi z kolei Thibaut Courtois, a w czołówce znajdują się również Fraser Forster, David De Gea i Hugo Lloris. Rywali zdecydowanie dystansuje jednak Belg, który ma na koncie już dziesięć meczów na “zero z tyłu”, podczas gdy drugi golkiper Southamptonu zaliczył takich spotkań siedem.


Ta statystyka tylko dowodzi, że Chelsea jest drużyną, od której inni mogliby się uczyć odpowiedniej gry w destrukcji. Być może wpływ na to ma także obecność Johna Terry’ego, który co prawda przeważnie zajmuje miejsce wśród rezerwowych, jednak jest jednym z ostatnich przedstawicieli dawnej ery obrońców i swoim doświadczeniem z pewnością dzieli się z młodszymi kolegami doskonalącymi warsztat. W niezłej formie znajdują się ostatnio także defensorzy Stoke, co pozwoliło drużynie Marka Hughesa wrócić do środkowych rejonów tabeli. Wydawało się, że The Potters utrzymają dobrą passę w ostatnim meczu ligowym z Leicester, jednak grający w dziesiątkę mistrzowie Anglii odrobili dwubramkową stratę i zremisowali 2:2.


Drużyną, która najlepiej uosabia obecną tendencję w Premier League jest zdecydowanie Liverpool. Podopieczni Jürgena Kloppa potrafią czynić cuda w ofensywie i strzelać po kilka goli w meczu, jednak w tyłach również prezentują radosny futbol, ale w negatywnym tego słowa znaczeniu. Do niedawna bramki The Reds strzegł pozyskany latem z Mainz Loris Karius, jednak po serii kardynalnych błędów zastąpił go Simon Mignolet.

Niemiec jest przykładem golkipera, który swoją postawą zdecydowanie nie pomagał drużynie, jednak nie tylko on może mieć do siebie pretensje. Niezbyt pewnie zdarzało się również interweniować Claudio Bravo czy Darrenowi Randolphowi. Stan Collymore bierze jednak w obronę bramkarzy zauważając, że często nie mają już oni szans, aby naprawić błędy linii defensywnej.

“Dzisiejsi obrońcy w Premier League są do niczego. Wyobrażam sobie, co ja wraz z kolegami moglibyśmy zrobić z takim Johnem Stonesem lub Davidem Luizem. Era dawnych obrońców pokroju Bruce’a wyginęła i dzisiaj bramkarze są pozostawieni sami sobie. To znacznie utrudnia im pracę”


Dzisiejsze “wyczyny” defensorów sprawiają, że fani na Wyspach mogą zatęsknić za dawnymi obrońcami, którzy znacznie lepiej dbali o zabezpieczenie dostępu do własnej bramki. Dotyczy to zwłaszcza Manchesteru United. Czerwone Diabły w trzech ostatnich meczach zaliczyły wprawdzie dwa czyste konta, jednak podopiecznym José Mourinho nadal daleko do legendarnej drużyny Sir Aleksa Fergusona, która kilka lat temu pobiła rekord angielskiej ekstraklasy. Wówczas linię defensywną tworzyli jednak tacy specjaliści jak Gary Neville, Nemanja Vidić, Rio Ferdinand, Patrice Evra i wreszcie bramkarz Edwin van der Sar, czyli gracze o nieporównywalnie większej klasie niż Marcos Rojo czy trapiony kontuzjami Phil Jones, który dopiero próbuje odzyskać wysoką formę.


To oczywiste, że w Premier League występują napastnicy światowej klasy, czego nie sposób powiedzieć o defensorach. Przeglądając kadry czołowych angielskich drużyn i porównując je z zespołami niemieckimi czy hiszpańskimi, lepszych obrońców znajdziemy w Bayernie Monachium, Realu Madryt czy Atlético. Takie nazwiska jak Ramos, Pepe, Varane, Hummels, Boateng i Godín mówią same za siebie, podczas gdy za najlepszego stopera Premier League w ostatnich latach uznaje się Laurenta Koscielnego albo Gary’ego Cahilla. Defensorzy na Wyspach stali się po prostu mniej pewni i zdecydowani w swoich interwencjach, przez co łatwiej gra się piłkarzom ofensywnym. Swoim obecnym kolegom po fachu zazdrości Ian Wright, który podczas swojej kariery piłkarskiej musiał zmagać się ze znacznie silniejszymi przeciwnikami.

“Wyobrażacie sobie, jak dużo goli przeciwko obecnym obrońcom mogliby strzelić Alan Shearer, Thierry Henry, Ruud Van Nisterlooy, Andy Cole czy Robbie Fowler? Myślę, że w każdym meczu zdobywaliby hat-tricka i wracali z piłką do domu. Szkoda, że gdy ja grałem, nie miałem tyle luzu pod bramką przeciwnika…”

W ciągu kilku lat Premier League zmieniła się diametralnie. Współczynnik strzelanych goli na mecz wzrasta regularnie, jednak dopiero w tym sezonie przekroczył imponującą liczbę trzech trafień. Atrakcyjniejsza gra to jedno, ale słabsza postawa w defensywie powinna dawać menedżerom do myślenia. Cierpi również na tym reprezentacja Anglii, która dawniej miała problem ze znalezieniem dobrego bramkarza, a teraz, po tym jak między słupkami pojawił się Joe Hart, kłopot dotknął formacji znajdującej się bezpośrednio przed nim. Najlepsi obrońcy świata nie grają bowiem na Wyspach i niewiele wskazuje na to, aby w najbliższym czasie miało się to zmienić. Pora więc odkryć rodzime talenty, które często jednak, za przykładem Johna Stonesa, nie są w stanie od razu zagwarantować wysokiego poziomu. Liderująca z wysoką przewagą Chelsea pokazuje jednak, że można pogodzić dobrą grę we wszystkich formacjach, a dla pozostałych ekip w stawce dostosowanie się do poziomu The Blues powinno być kluczem w pogoni za coraz szybciej uciekającą drużyną Contego. Nie od dziś wiadomo przecież, że dobrą ofensywą wygrywa się mecze, a skuteczną postawą w obronie – tytuły. W Premier League ostatnio jednak o tym zapomnieli…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *