IMG_8384__Kopiowanie_

Piątkowy remis Pogoni Szczecin z Ruchem Chorzów był już siedemnastym podziałem punktów w meczu z udziałem podopiecznych Czesława Michniewicza. Portowcy z uporem maniaka śrubują niespecjalnie chlubny rekord, oddalając się zarazem od ligowego podium. Czy cokolwiek jest w stanie spowodować, że Szczecinianie w końcu wrócą do bardziej obfitych zdobyczy punktowych?

Pogoń Szczecin znakomicie zaczęła tegoroczne rozgrywki, pokonując w pierwszej kolejce mistrza Polski, Lecha Poznań, na dodatek przy ul. Bułgarskiej. Następnie nadeszły trzy remisy, kilka triumfów i aż do 13. serii spotkań Portowcy cieszyli się mianem drużyny niepokonanej. Sposób na piłkarzy trenera Michniewicza znalazła dopiero, równie dobrze dysponowana w tamtej fazie sezonu, Cracovia, rozbijając ich przy Kałuży 4:1. W kolejnych miesiącach zdolni ograć Szczecinian byli jedynie piłkarze Legii Warszawa, Lecha Poznań oraz Ruchu Chorzów. Do grupy mistrzowskiej Pogoń dopłynęła z zaledwie czterema porażkami na koncie, równając się pod tym względem jedynie z przewyższającą nieco piłkarskim poziomem resztę ligi Legią.

Zdolność unikania porażek nie została jednak przez Portowców należycie wykorzystana. Zamiast miejsca tuż za plecami wicemistrzów Polski, do rywalizacji w grupie mistrzowskiej Szczecinianie przystąpili z trzeciej pozycji, ale z ogromną, 12-punktową (przed podziałem) stratą do przodującego duetu Legia – Piast. 16 remisów, które Pogoń osiągnęła w pierwszej fazie sezonu, skutecznie wyłączyło zespół z walki o dwie najwyższe lokaty w Ekstraklasie. Kolejny podział punktów, na otwarcie rywalizacji w grupie mistrzowskiej z Ruchem Chorzów, powoli wyłącza ich także z walki o ligowe podium.

Na Pogoni ciąży na dodatek koszmarna klątwa 15 meczów bez wygranej w finalnej fazie sezonu. Szczecinianie, mimo że wraz z Legią, Lechem i Lechią rokrocznie pojawiają się w grupie mistrzowskiej, jako jedyni nie zdołali odnieść w niej choćby jednego zwycięstwa. W sezonie 2013/14 przed ostatnią, ósmą pozycją uratowała ich duża przewaga nad bydgoskim Zawiszą, jednak w kolejnej kampanii drużyny słabszej od Portowców już nie było. Remis na własnym boisku z Ruchem podtrzymuję tę czarną serię i utwierdza zrozpaczonych piłkarzy w przekonaniu, że zwycięstwo w ekstraklasowej elicie po prostu nie jest im pisane. Podział punktów w meczu z podopiecznymi Waldemara Fornalika był ponadto już piątym z rzędu rezultatem nierozstrzygniętym w meczu z udziałem Pogoni i  ósmym w ostatnich 10 spotkaniach! Czy na europejskich boiskach i w annałach rodzimej Ekstraklasy są drużyny mogące pod tym względem rywalizować z Pogonią?

W tym sezonie najbliżej rezultatu Portowców jest Deportivo La Coruña. Piłkarze Víctora Sáncheza del Amo, już po powrocie do hiszpańskiej elity w sezonie 2014/15, mogli z pewnością zaimponować Czesławowi Michniewiczowi i Kazimierzowi Moskalowi czternastoma podziałami punktów, jednak tegoroczne szesnaście zakrawa o naprawdę chorobliwe umiłowanie remisowych rezultatów. Zawodnikom z Galicji należy oddać jednak, że nie dzielą się oczkami z byle kim. Na swoim koncie mają remisy z m. in. Atlético Madryt, Sevillą oraz Valencią, a w kampaniach wyjazdowych zaszokowali sensacyjnym 2:2 osiągniętym z samą Barceloną.

Również szesnaście razy jedno oczko za mecz inkasowali zawodnicy Olympique Marsylia we francuskiej Ligue 1. Pogrążony w kryzysie klub ze Stade Velodrome zajmuje kompromitujące, 16. miejsce w tabeli, a przy odrobinie pecha i braku poprawy gry może spaść do drugiej ligi. Tak niska pozycja podopiecznych Michela jest głównie spowodowana fatalną postawą na własnym boisku – 17 spotkań w Marsylii i tylko dwa zwycięstwa. 10 remisów przed własną publicznością w żaden sposób nie poprawiło sytuacji OM.

Dowodem na to, że punktowy kompromis nie służy miejscu w ligowej hierarchii jest także Hellas Verona. Gialloblu, mimo wyszarpanych niedawno oczek w starciach z Fiorentiną (1:1) oraz Interem (3:3), nie potrafią nawiązać równej walki z drużynami, z którymi toczą heroiczny bój o utrzymanie (m.in. 1:2 z Capri). Strata sześciu punktów do bezpiecznego miejsca w tabeli może być niezwykle trudna do odrobienia. 13 remisów w dotychczasowych 32 spotkaniach nie zwiastuje bowiem nagłej serii niezbędnych do utrzymania zwycięstw.

W Anglii mianem punktowego konformisty cieszy się ostatnio Everton. Piłkarze Roberto Martineza, podobnie jak wspomniana wyżej Marsylia, rozczarowują głównie na swoim Goodison Park, gdzie zdołali dotychczas uciułać zaledwie 17 punktów (gorsza od nich jest jedynie zdegradowana ekipa Aston Villi – dod. red.). The Toffees potrafią natomiast walczyć z mocniejszymi rywalami, czego efektem są podziały punktów w trudnych starciach z Tottenhamem (dwukrotnie), Liverpoolem, West Hamem oraz Manchesterem City. Ostatnie 3 podziały punktów, z dalekimi od ligowej czołówki Crystal Palace, Southamptonem oraz Watfordem, a także pozostałe jedenaście remisów, głównie ze słabszymi rywalami, niweczą wysiłki w rywalizacji z elitą Premier League. Everton, ku rozczarowaniu kibiców, plasuje się bowiem w drugiej połowie tabeli.

Prawdziwym rajem dla wymienionych zespołów z Ekstraklasy, szczecińskiej Pogoni oraz zapomnianej już nieco Wisły Kraków z czasów Kazimierza Moskala, byłaby liga chorwacka. W tegorocznej edycji Prva NHL aż sześć na dziesięć zespołów remisowało ponad dziesięć razy w trzydziestu kolejkach! Najbardziej kompromisowe zespoły w Chorwacji to Hajduk Split oraz Inter Zaprešić, które osiągnęły liczbę czternastu remisów. Do szczecińskiej Pogoni wciąż im jednak daleko.

Niełatwo jest znaleźć godnego dla Portowców rywala również w historii Ekstraklasy. W sezonie 2006/07 pasjonującą walkę o miano najbardziej ugodowego zespołu stoczyła Wisła Kraków oraz znany obecnie głównie z opowieści i popisów Janusza Wójcika Groclin Dyskobolia. „Lepsi” okazali się ostatecznie piłkarze z Grodziska Wielkopolskiego, którzy dzielili się z rywalami punktami szesnaście razy (Wisła piętnaście).

Imponującym dorobkiem piętnastu remisów mogli się pochwalić również zawodnicy Arki Gdynia (sezon 2005/06) oraz GKS-u Katowice (2000/01). O ile piłkarze ze Śląska do nadmiaru nierozstrzygniętych spotkań dołożyli 9 zwycięstw i ukończyli rozgrywki na 8. pozycji, o tyle Gdynianie utrzymali się w lidze tylko dzięki upadkowi i fuzji Amiki Wronki z poznańskim Lechem. Wyniki Arki plasowały ją bowiem na przedostatniej pozycji w tabeli.

Podziały punktów potrafią również przybliżyć do wielkich sukcesów. W kampanii 2001/02 walcząca w ramach tzw. rundy zwycięzców Legia (po połowie sezonu następował podział ligi na dwie grupy – przyp. red.) w czternastu spotkaniach remisowała aż siedmiokrotnie. Brak choćby jednej porażki pozwolił jednak podopiecznym Dragomira Okuki wyprzedzić o punkt krakowską Wisłę i zdobyć złote medale za mistrzostwo Polski. Światełko nadziei dla Pogoni?

O ile ektraklasowy czempionat jest już poza zasięgiem Portowców, o tyle podium mają wciąż na wyciągnięcie ręki. Korzystny terminarz (trzy mecze na własnym boisku z bezpośrednimi rywalami w walce o 3. pozycję – Lechem Poznań, Cracovią oraz Zagłębiem Lubin) daje dużą szansę na wytęskniony, pierwszy od wicemistrzowskiego sezonu 2001/02, medal w rozgrywkach o mistrzostwo Polski. Wystarczy zaprzestać śrubowania osobliwego osiągnięcia i w końcu wygrać w ramach rozgrywek w grupie mistrzowskiej. Tym bardziej, że rekord remisów Szczecinianie już zdołali zapisać na swoim koncie. W sezonie 2012/13 siedemnastoma podziałami punktów mogła pochwalić się bowiem właśnie drużyna Pogoni.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *