5809b1508000c_osize969x565q71hfb4f79

Przeciętny ligowy kibic słysząc nazwisko Dariusza Pietrasiaka na pewno będzie go kojarzyć z solidnością, ale raczej nie wielkimi sukcesami oraz splendorem. A 36-letni obrońca ma na swoim koncie występy w reprezentacji Polski, do tego mistrzostwo i wicemistrzostwo kraju. Nieźle jak na kogoś, kto do wielkiej kariery startował w A-klasowym Cukrowniku Włostów. Na swojej piłkarskiej drodze Pietrasiak nie uniknął również zakrętów. Dzisiaj jest już jednak na ostatniej prostej w zawodniczej przygodzie i szykuje się do zawodu trenera. Wszystko to w III-ligowym KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, gdzie po latach znów stanowi o sile byłego ekstraklasowicza. Nam opowiedział m.in. o tym, którego trenera traktował jak ojca oraz jaki piłkarz zrobił na nim największe wrażenie podczas zgrupowania reprezentacji Polski.

Nasz Futbol: Dla większości kibiców w Ostrowcu jesteś niesamowicie ważną postacią, na co wpływ miał z pewnością powrót po latach do KSZO. Można więc powiedzieć, że rozmawiam z miejscową legendą?

Dariusz Pietrasiak: Czuję się mocno związany z tym miastem, ale legendą na pewno nie jestem. Takie są w wielkich klubach, które coś niesamowitego osiągnęły. Udało mi się tutaj awansować do ekstraklasy, a później w niej zadebiutować, co bardzo miło wspominam, ale nie przesadzałbym. Mam KSZO w sercu i jest to dla mnie szczególny klub.

W Cukrowniku Włostów chyba już jednak jesteś legendą. Klub, w którym zaczynałeś karierę nie wychował wielu reprezentantów Polski, ograniczył się właściwie do jednego – Ciebie. A-klasa to nie był trochę skansen?

Jeśli zdecydowałeś się w niej grać, to musisz wychodzić i dawać z siebie sto procent. Myślę, że nie zdarzają się takie przypadki, kiedy komuś nie chce się starać nawet w B-klasie. To nie powinno mieć znaczenia, jaki poziom rozgrywkowy. Może tam, gdzie zaczynałem nie było wirtuozów futbolu, ale zawodnicy grali z naprawdę wielkim zaangażowaniem.

Zawsze chciałeś być piłkarzem?

Odkąd pamiętam tak było i jestem niezwykle szczęśliwy, że się udało.

A środkowym obrońcą?

Nie, grałem na różnych pozycjach. Czasem w środku pomocy, momentami nawet w ataku – w ten sposób ustawiał mnie trener Małowiejski, kiedy spadaliśmy z Ostrowcem z Ekstraklasy. Później zdarzały się również boki obrony, więc zaliczyłem wszystkie pozycje oprócz bramkarza.

Kiedy grałeś w KSZO po raz pierwszy, był to zupełnie inny klub – ekstraklasowy. Jak bardzo zmieniła się przez lata piłkarska rzeczywistość w Ostrowcu?

Zupełnie inny świat. Powrót do przeszłości mieliśmy podczas niedawnego meczu z Arką Gdynia w Pucharze Polski, kiedy stadion również pękał w szwach. Widać, że w Ostrowcu nadal jest dobra atmosfera do piłki, pasująca do wyższej ligi. Szkoda, że jej nie ma, ale wszystko przed nami i będziemy walczyć, aby osiągnąć ten cel. To miasto na pewno na to zasługuje i tęskni za poważnym futbolem.

Jest szansa, że w tej wyższej lidze zobaczymy jeszcze na boisku Dariusza Pietrasiaka?

Nie zastanawiałem się nad tym, kiedy zakończę karierę. Wiadomo, że jest bliżej tego momentu niż dalej, ale nadal mam ambicję, aby trochę pograć. Ile to jednak potrwa, trudno mi powiedzieć.

Z Arką przeżyliście miłe chwile, ale tą pucharową przygodę można było chyba pociągnąć jeszcze dalej. Twoja niewykorzystana sytuacja w samej końcówce będzie się śniła po nocach?

Wielka szkoda tej otoczki i atmosfery, która wytworzyła się na trybunach. Przyszło wielu kibiców, pojawiły się długo niewidziane w Ostrowcu kamery telewizyjne, więc naprawdę było to wielkie wydarzenie. Mogliśmy w tym pucharze jeszcze pograć, choć wiadomo, że Arka jest zespołem ekstraklasowym i zwłaszcza w pierwszej połowie miała przewagę. Wtedy jednak byliśmy wystraszeni, a po przerwie, gdy oczyściliśmy głowy, zagraliśmy zdecydowanie lepiej. Choć z drugiej strony, trzeba pamiętać, że dominowaliśmy nad Arką tylko w niektórych momentach i ona wygrała zasłużenie. Nie zawsze jednak lepszy zwycięża i mogliśmy pokusić się o niespodziankę, tak jak choćby GKS Jastrzębie czy Puszcza Niepołomice.

Moda na piłkę w Ostrowcu wraca?

Myślę, że tak. Wielu kibiców było już podczas naszych meczów z Unią Tarnów czy Resovią, ale to, co działo się na spotkaniu z Arką przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Wychodząc na takie mecze, aż chce się grać!

Po pierwszym okresie w KSZO trafiłeś do Bełchatowa, gdzie odniosłeś swój pierwszy poważny sukces – wicemistrzostwo Polski w 2007 roku. W kraju było to olbrzymie zaskoczenie. Co wpłynęło na osiągnięcie tak niespodziewanego wyniku?

To był niezwykły wybuch potencjału. W jednym miejscu zebrała się grupa ludzi, którzy akurat w tym samym momencie ruszyli do przodu. Najpierw ten zespół tworzył Mariusz Kuras, a potem Orest Lenczyk i właśnie wtedy przyszła ta eksplozja. Zaczęliśmy osiągać dobre wyniki, mieliśmy fajną drużynę. Szkoda, że później tak się to potoczyło, że teraz w Bełchatowie jest tylko II liga.

Największe sukcesy święciłeś właśnie pod wodzą Lenczyka. Był dla Ciebie szczególną postacią?

Oczywiście. Trener Lenczyk mocno postawił na mnie i nauczył naprawdę wielu rzeczy. Uważam go za świetnego fachowca, który potrafił rozwinąć zawodników i nie mylił się również przy ocenie potencjału. Pokazują to transfery takich graczy jak Marcin Kowalczyk, Mateusz Cetnarski, Dawid Nowak, Rafał Grodzicki, Marcin Komorowski czy Jakub Tosik. Wiadomo, że trener Lenczyk miał czasem takie mocno ojcowskie podejście, ale co do zawodników, praktycznie nie notował pomyłek.

Dla Ciebie też był jak ojciec?

Wiele z nim rozmawiałem i można powiedzieć, że traktowałem go trochę jak ojca. Kiedyś jeden z członków sztabu fajnie powiedział, że trener Lenczyk powinien być lekarzem. Dlaczego? Czasami, jak idzie na trening, w ciągu sekundy potrafi odpowiednio zareagować i zapodać drużynie to, czego najmocniej potrzebuje. Wymyślał ćwiczenia spontanicznie, a później te sytuacje powtarzały się w meczach. Nie chodzi o to, że tworzył coś na poczekaniu, bo był zawsze świetnie przygotowany do zajęć, ale ten sposób reakcji był niesamowity.

lenczyk-pietras

A jak odbieraliście choćby jego charakterystyczne cmokanie podczas zajęć? Trzeba przyznać, że nie jest to typowy sposób porozumiewania się z zawodnikami…

Po prostu trener przyjął taką formę komunikacji i nie było w tym nic niewłaściwego – zastępowało użycie gwizdka. Było to nawet sympatyczne i żaden z nas się na to nie obrażał.

Po wicemistrzostwie czekała na was przygoda w europejskich pucharach. Z kwalifikacji Pucharu UEFA odpadliście szybko, ale strzeliłeś wtedy pierwsze bramki w historii Bełchatowa w Europie.

Wyjątkowo byłoby, gdyby udało się coś osiągnąć. Ten epizod był zdecydowanie za krótki. Uważam, że zarówno wtedy, jak i sezon wcześniej, kiedy walczyliśmy o mistrzostwo, zabrakło nam bardziej doświadczonych zawodników – jedynym takim był Edward Cecot. Gdyby udało się zakontraktować choćby Tomka Hajtę, który był bliski transferu do Bełchatowa, a ostatecznie wzmocnił ŁKS, wyniki mogłyby być znacznie lepsze. Swoim doświadczeniem na pewno wiele by wniósł, podobnie jak Maciek Stolarczyk, który dołączył dopiero po wicemistrzowskim sezonie. Do tytułu zabrakło nam również goli Radka Matusiaka, który zimą odszedł do Palermo.

Dlaczego po wicemistrzostwie w Bełchatowie nie udało się już nawiązać do tych sukcesów?

Z czasem coraz więcej elementów tej drużyny się rozpadało. Najpierw odszedł wspomniany Matusiak, potem trener Lenczyk, a na końcu Garguła, któremu też przyplątała się poważna kontuzja. Wiadomo, że takie zawirowania w klubie nigdy nie służą. Po prostu nie udało się utrzymać najlepszych zawodników, doszło też trochę urazów. Były to super czasy dla piłki w Bełchatowie, choć szkoda, że nie udało się z tego wykrzesać więcej.

A czy za Twoich czasów w Polonii był skład na mistrzostwo Polski? Grali tam wtedy przecież choćby Artur Sobiech czy Ebi Smolarek.

Nie tylko oni, bo jeszcze choćby Adrian Mierzejewski, Łukasz Trałka, Tomkowie Brzyski i Jodłowiec – każdy z tych graczy ocierał się o reprezentację Polski. Na pewno był to zespół niezwykle mocny i myślę, że bez problemu powinniśmy osiągnąć przynajmniej podium.

Twoim pierwszym trenerem na Konwiktorskiej był José María Bakero. Wiadomo, jakim był piłkarzem. Czuło się to, kiedy prowadził zespół?

Patrzyło się na niego trochę przez pryzmat tego, gdzie grał i co osiągnął. Dawał przez to dużą pewność siebie – czuliśmy się przy nim mocni. Nie sposób było mu niczego zarzucić, ale wśród polskich trenerów również jest wielu takich, od których można się sporo nauczyć.

Bakero nie dostał trochę zbyt mało zaufania?

Rzeczywiście, został zwolniony w okresie, kiedy notowaliśmy dobre wyniki, ale nie mnie to oceniać. Tak zdecydował właściciel i trzeba się było z tym pogodzić.

Właśnie, właściciel. Słyszałeś na pewno o nowym rozdziale w polskiej piłce z udziałem Józefa Wojciechowskiego. To mógłby być dobry szef związku?

Oj, trudno mi powiedzieć. Mimo że miałem z nim pewne starcie, miło go wspominam. To człowiek, który ma charyzmę, swoje zdanie i mówi bezpośrednio to, co myśli. Wiadomo, że nie jest wielkim dyplomatą, ale dobrze go oceniam i życzę mu wszystkiego najlepszego.

A Polonią dobrze zarządzał?

Myślę, że tak. Na pewno jak każdy miał swoje plusy i minusy, ale żył tym klubem – pytał się o różne rzeczy i często dzwonił. Może brakowało mu trochę cierpliwości, ale wydawał swoje pieniądze, więc trzeba go zrozumieć, że chciał osiągnąć sukces jak najszybciej.

Z Polonią pożegnałeś się w nie najlepszych okolicznościach. Miałeś żal do trenera Zielińskiego, że cię odrzucił?

Nie, po prostu zawołał mnie po sezonie i normalnie mi to zakomunikował. Wiadomo, że w kadrze może być około 20 zawodników, a ja przestałem się łapać. Nie mam żalu, a samo odejście wyszło mi na dobre.

Podczas twojego pobytu na Konwiktorskiej przyszło również powołanie do kadry. Byłeś nim zaskoczony?

Na pewno tak, bo miałem już 30 lat. Cieszyłem się jednak bardzo, że mogę zagrać na takim poziomie i sprawdzić swoje umiejętności. Żałuję, że wcześniej nie pracowałem tak mocno, aby trafić do reprezentacji.

Czułeś wsparcie od trenera Smudy?

Mieliśmy kontakt, rozmawiałem z nim parę razy. Można powiedzieć, że mnie wspierał – na pewno nie czułem się odrzucony. Jego treningi również mi się podobały, więc tą swoją krótką przygodę z kadrą mogę zapisać na plus. Szczególne uczucia budziło we mnie zwłaszcza słuchanie Mazurka Dąbrowskiego, choć szkoda, że zagrałem tylko w tych dwóch meczach – z USA i Australią.

Dla Ciebie przygoda w reprezentacji to było również zetknięcie z nieco innym piłkarskim światem – spotkałeś lepszych graczy od tych, z którymi na co dzień rywalizowałeś w Ekstraklasie. Ktoś zapadł ci szczególnie w pamięć?

Nie będę specjalnie odkrywczy – Robert Lewandowski. Już wtedy było widać, że ma papiery na wielkie granie. Pamiętam, że zadzwoniłem wówczas do mojego byłego menedżera Cezarego Kucharskiego i powiedziałem: “No, przekozak ten Lewandowski!” Poza nim wysoki poziom prezentowali jeszcze choćby Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek czy Artur Boruc. To nie przypadek, że do dziś grają w dobrych klubach zagranicznych. Na pewno można się było czegoś od nich nauczyć.

Po meczu ze Stanami Zjednoczonymi był jeszcze jakiś kontakt ze sztabu?

Nie. Zaczęli grać później inni zawodnicy i wypadłem z kręgu zainteresowań.

0001pqnmhh1odu69-c122-f4

Widziałeś jakieś analogie pomiędzy szatniami Śląska i Bełchatowa, kiedy te zespoły prowadził Lenczyk? W obu miejscach udało się temu trenerowi odnieść niespodziewany sukces, bo za taki trzeba też uznać mistrzostwo dla wrocławian.

Warto zaznaczyć, że Śląsk zdobył wcześniej wicemistrzostwo, choć rzeczywiście nie byliśmy stawiani w gronie największych faworytów. Pamiętam, że przed sezonem rozmawiałem z Piotrkiem Celebanem i żartowaliśmy, że ustalili nam terminarz pod mistrzostwo Polski, bo pierwsze kilka meczów było teoretycznie łatwiejszych. Mówiliśmy to pół żartem, bo oczywiście każdego rywala trzeba szanować, ale trochę tak to wyglądało i ostatecznie udało się wywalczyć tytuł. W Śląsku trafiła się świetna grupa zawodników, z których część była rodowitymi wrocławianami, jak Krzysiu Wołczek, Darek Sztylka czy Sebastian Dudek, który do dzisiaj wiedzie prym w Zagłębiu Sosnowiec. Wraz z pozostałymi stworzył się fajny mix i dobry zespół. Sparingi oraz pierwsze mecze ligowe pokazały, że mamy silną drużynę, ale wiadomo, że w Polsce zawsze w roli faworytów stawia się Legię, Lecha czy w tamtym okresie Wisłę. My chcieliśmy po prostu dobrze grać w piłkę, przyciągnąć kibiców na nowy stadion i zaatakować z drugiego szeregu.

Śląsk Wrocław to jednak dla Ciebie nie tylko przyjemne wspomnienia. We wrześniu 2011 roku, kilka godzin po meczu z Lechem Poznań, doszło do wypadku samochodowego z Twoim udziałem. Byłeś wtedy pod wpływem alkoholu…

To, co się nie udało, trzeba zostawić za sobą i żyć dalej – nie załamywać się. Oczywiście, wypadek był dla mnie dużą nauczką. Dobrze, że nikomu się nic nie stało, a ja odebrałem cenną lekcję. Zrozumiałem, że popełniłem złą decyzję wsiadając za kółko choćby po tym jednym piwie. Wiadomo, że lepiej jest się uczyć na cudzych błędach, a nie swoich, ale nic z tym nie mogę już zrobić. Myślę, że nikt na moim miejscu nie spodziewałby się takiego zakończenia.

Ostatecznie jednak Śląsk rozwiązał z Tobą kontrakt już po roku, a powodem była inna przykra sprawa – zarzuty korupcyjne. Chyba nie mogłeś mieć pretensji do klubu?

Nie miałem, choć oczywiście żałowałem, że nie mogłem wypełnić swojego kontraktu i zostać w WKS-ie jeszcze przez rok. Tak się to jednak potoczyło i nie mam co narzekać, choćby z tego względu, że poznałem tam wielu fantastycznych ludzi. Można powiedzieć, że rok spędzony we Wrocławiu wycisnąłem jak cytrynę, bo zdobyłem mistrzostwo, a potem Śląskowi nie wiodło się już tak dobrze.

slask_wroclaw_dariusz_pietrasiak

Po złotym – tak to można nazwać – okresie we Wrocławiu, doświadczyłeś dosyć dziwnej przygody w Izraelu. Podpisałeś kontrakt z czwartą drużyną tamtejszej ekstraklasy Maccabi Netanya, ale nie zagrałeś tam ani jednego meczu i szybko wróciłeś do kraju. Dlaczego tak się to potoczyło?

Nie chcę się usprawiedliwiać, bo na pewno pojechałem nieprzygotowany. Później, kiedy już zacząłem dochodzić do siebie, oni odpadli z pucharów, a poza tym były też inne nieporozumienia, które wynikały z tego, że nie mogłem dodzwonić się do menedżera. Nie czułem się tam jakoś wybitnie, więc kiedy zaproponowano mi rozwiązanie umowy, nie zastanawiałem się nawet pięciu minut. Niewypał, ale przynajmniej była rewelacyjna pogoda (śmiech). Ją wspominam niezwykle dobrze. Poznałem również kilku ciekawych ludzi.

Jesteś człowiekiem bardzo wierzącym. Była chociaż okazja odwiedzić Jerozolimę?

Niestety, nie udało się. Byłem tam zbyt krótko, a był też kłopot z dojazdem, bo nie miałem tej magicznej “driving license” (śmiech).

A jak porównałbyś poziom ligi izraelskiej do polskiej? W meczach nie grałeś, ale na pewno mogłeś podpatrzeć pewne rzeczy na treningach.

Zbliżony do naszego. W mojej drużynie, która była wtedy czołową w Izraelu, grało kilku utalentowanych zawodników, którzy przebijali się do młodzieżowej reprezentacji, więc na pewno była to ciekawa paczka.

O co chodziło w konflikcie z trenerem Ojrzyńskim, który w Podbeskidziu odstawił Cię od składu?

Miałem do niego żal o tą sytuację i do końca tego nie rozumiałem, ale nie chciałbym już rozgrzebywać tego tematu. Wbrew pozorom, z Ojrzyńskim nie mam tylko negatywnych wspomnień. Zrobił dużo dobrego dla Podbeskidzia. Za jego kadencji notowaliśmy przecież dobre wyniki.

Zanim jednak do tego doszło, już w pierwszym sezonie w Bielsku doświadczyłeś przede wszystkim cudownego utrzymania. Jak to wspominasz?

Po powrocie z Izraela byłem znów kompletnie nieprzygotowany do gry, więc rundę jesienną, podobnie jak cały zespół, miałem fatalną. Zimą jednak solidnie popracowaliśmy i dzięki trenerowi Kubickiemu dobrze się przygotowaliśmy. Potem zespół przejął Czesław Michniewicz, który również świetnie to pociągnął. W rundzie wiosennej notowaliśmy świetne wyniki i zajęliśmy trzecie miejsce biorąc pod uwagę tylko tamten okres. Pamiętajmy, że utrzymaliśmy się nie dlatego, że Polonia upadła i się wycofała, bo mieliśmy więcej punktów niż Ruch Chorzów. To właśnie Niebiescy powinni wtedy spaść, a nie my, wbrew temu, co mówi do dzisiaj część ludzi. Bez problemu uratowaliśmy ligowy byt i chwała tym dwóm trenerom, którzy do tego doprowadzili. Przecież w pewnym momencie wydawało się to zadaniem z gatunku “mission impossible”, a jednak dzięki nam Ekstraklasa została w Bielsku na kolejny sezon.

Kluczem było odbudowanie atmosfery?

Niekoniecznie, bo jesienią rzeczywiście często przegrywaliśmy, ale na atmosferę nie można było narzekać. Każdy trener – a wtedy przewinęło się ich w Bielsku aż trzech (Kasperczyk, Wyroba, Sasal – przyp. red.) – starał się jak mógł. U nas też dominowała chęć zwycięstwa we wszystkich meczach. Graliśmy o pieniądze i swoją przyszłość, ale wtedy po prostu nam nie wychodziło.

Nie było jednak trochę tak, że przyjście Michniewicza ożywiło szatnię w kluczowym momencie sezonu? Ten szkoleniowiec znany jest z tego, że potrafi dotrzeć do zawodników.

Rzeczywiście, trener organizował dla nas różne grille czy spotkania, ale wielu szkoleniowców potrafi robić takie rzeczy – nie inaczej było choćby w przypadku Ojrzyńskiego. Przed przyjściem Michniewicza słyszałem o nim różne historie, ale sam się przekonałem, że najlepiej poznajesz człowieka, gdy masz z nim bezpośredni kontakt. Jak każdy miał swoje minusy, ale na pewno wspominam go bardzo na plus.

pietrasiak_0ba62781bf39f306ae24167377add626

Wydawać by się mogło, że zesłanie do rezerw w mało przyjaznej atmosferze może oznaczać dla piłkarza koniec świata. Ty przyjąłeś jednak inną postawę, również w kontekście przyszłej pracy trenera.

Zostawałem z chłopakami po treningu i pokazywałem różne zagrania, bo chciałem im w pewnym stopniu pomóc. Wielkie słowa uznania należą się tutaj trenerowi Mrózkowi, z którym świetnie mi się współpracowało. Nie opuściłem żadnego treningu w rezerwach, a jeśli chodzi o mecze, to nie grałem dopiero w końcówce, kiedy zapewniliśmy sobie utrzymanie. Sam wtedy poszedłem do trenera i powiedziałem: “Trenerze, za chwilę mnie tu nie będzie, więc niech ogrywają się ci młodzi chłopcy”. Wiele godzin przedyskutowałem z nim oraz trenerem Oleckim na tematy czysto szkoleniowe. To było niesamowite doświadczenie. Sporo nauczyłem się od Mrózka, który przecież także jest młodym trenerem, więc szkoliliśmy się razem. Można zatem powiedzieć, że udało mi się przekuć tą zsyłkę do III ligi w coś pozytywnego i owocnego.

Pomiędzy odejściem z Podbeskidzia a powrotem do grania w KSZO miałeś pół roku przerwy. Co wtedy robiłeś?

Nie było to zakończenie kariery, ale wiadomo, że przez pół roku już mniej trenowałem. Prowadziłem wtedy razem z trenerem Domagałą zespół KSZO w Centralnej Lidze Juniorów. Jeśli chodzi o trening, podczas zajęć z chłopakami trochę się ruszałem – to było wszystko. Potem zacząłem normalnie pracować z pierwszym zespołem, a dzięki uprzejmości Tadka Krawca i wszystkich w klubie wróciłem do występów na boisku.

Jesteś nadal czynnym zawodnikiem KSZO i podopiecznym trenera Krawca, a przecież razem graliście w Ostrowcu. Czy w związku z tym zdarza mu się zapytać Ciebie o poradę jako doświadczonego gracza oraz przyszłego trenera, a przy tym kolegi z boiska?

Wiele dyskutujemy, ale zawsze ostatnie słowo należy do niego. Faktycznie, czasem zadzwoni, aby o coś podpytać i wtedy wyrażam swoje zdanie, lecz Tadek nie ma kłopotów z podjęciem decyzji odnośnie treningów czy ustalenia składu na mecz. Takie rozmowy na pewno mi jednak pomagają.

Zdarzyły się w Twojej karierze oferty, których odrzucenia żałujesz? Ktoś poważny się Tobą interesował?

Po zdobyciu wicemistrzostwa Polski z Bełchatowem miałem dwie konkretne oferty: z Lecha i Legii. Na pewno w karierze każdego zawodnika, aby się rozwijać po spędzeniu w jednym klubie 2-3 lat, należy zrobić kolejny krok. Lech i Legia to dwie największe marki w Polsce, więc różnie mogło się to potoczyć. Nie wiem jednak, czy mogę żałować. Teraz czasu już nie cofnę i nie chcę o tym rozmyślać.

Żal było zostawiać Bełchatów?

Na pewno tak. Liczyliśmy, że będziemy znaczącą siłą w Ekstraklasie na kolejne sezony, ale potoczyło się to niestety inaczej. Co prawda za trenera Ulatowskiego zajmowaliśmy jeszcze dwukrotnie piąte miejsce, ale nie był to poziom Lecha czy Legii, czyli klubów, do których mogłem trafić. Każdy walił tam drzwiami i oknami. Do Poznania i Warszawy byli ściągani najlepsi zawodnicy z kraju, również wartościowi z zagranicy, więc mieli przewagę nad resztą stawki.

Kiedy podjąłeś decyzję o zostaniu trenerem?

Myślę o tym stopniowo od około dziesięciu lat. Zawsze mnie to ciekawiło i chciałbym się sprawdzić w roli trenera. Skończyłem niedawno w Łodzi kurs UEFA A i już 11 listopada czeka mnie obrona pracy dyplomowej. Poza tym prowadzę juniorów KSZO, a także seniorów A-klasowego OKS Opatów. Mam nadzieję, że wszystko ułoży się po mojej myśli.

Jaki dostałeś temat pracy?

“Charakterystyka prowadzonego zespołu klubowego oraz wizja drużyny w przyszłości”. W skrócie: musiałem opisać, jak wyglądałby mój zespół marzeń i w którym kierunku miałby się rozwijać, aby odnosić sukcesy. Większość kursantów dostaje taki temat.

dariusz_pietrasiak

262 mecze w Ekstraklasie, 10 goli, 2 spotkania w reprezentacji Polski, mistrzostwo i wicemistrzostwo kraju – można być zadowolonym z takiego bilansu?

Patrząc przez pryzmat tego, co osiągnąłem i ile meczów rozegrałem – myślę, że tak. Na pewno jednak mogłem wycisnąć ze swojej kariery więcej, popełniłem również sporo błędów. Mam z nich nauczkę, która pozwoli mi stać się lepszym trenerem. Cieszę się, że udało się również przebrnąć przez karierę bez większych kontuzji, choć trochę się boję tego, co teraz mówię.

Dlaczego?

Kiedyś kolega mi powiedział: “Darek, coś dawno nie miałeś już kontuzji!”, no i tydzień później jej doznałem (śmiech).

Może to Twoja silna wiara pomogła w utrzymaniu zdrowia?

Nie wiem. To znaczy wiem, ale nie powiem!

Ale do serbskiej znachorki po nakłady z końskiego łożyska nie jeździłeś?

Aż tak to nie, ale są pewne sposoby.

Na sam koniec poważne pytanie. Od którego szkoleniowca przyszły trener Pietrasiak wyciągnął podczas kariery najwięcej?

U każdego można podpatrzeć coś najlepszego i wpleść w swój warsztat trenerski. Wiadomo, że ilu trenerów, tyle pomysłów. Każdy zwraca uwagę na coś innego i ma swojego bakcyla. Trafiałem na pewno na niezłych szkoleniowców, choćby takich jak Lenczyk, Janas, z którym można było porozmawiać na każdy temat i jako były środkowy obrońca sporo mi podpowiadał, czy też Mariusz Kuras, który wprowadził Bełchatów do Ekstraklasy. Był Ojrzyński, który miał sukcesy w Koronie i bez problemu utrzymał nas w Podbeskidziu, ale także trenerzy zagraniczni, jak Bakero czy śp. Theo Bos – oni z kolei wprowadzili nieco inne spojrzenie. Było od kogo się uczyć i teraz zamierzam to wykorzystać.

Rozmawiał: Wojciech Piela

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *