744e84f76df5e0248d6ee044030e9967

Piątkowego meczu obawiało się wielu rodzimych ekspertów, uznając go nie bez powodów za najtrudniejszy spośród wszystkich rozegranych przez kadrę Adama Nawałki w eliminacjach do przyszłorocznych Mistrzostw Świata. Jak się niestety okazało, mieli całkowita rację, gdyż starcie na Parken zakończyło się sromotną klęską Biało-Czerwonych. Rozmiar porażki, a zwłaszcza styl gry reprezentacji Polski mogą jednak budzić niemałe zdziwienie i rozczarowanie, a przede wszystkim wprowadziły niepewność w drużynie zmierzającej do tej pory pewnym krokiem na rosyjski mundial. Już dziś Lewandowskiego i spółkę czeka starcie z Kazachstanem. Zwycięstwo na Stadionie Narodowym jest konieczne, by sytuacja w grupie E nie stała się jeszcze bardziej skomplikowana. Jak w przeszłości nasi reprezentanci radzili sobie na kilka dni po zanotowaniu rozczarowującego wyniku?

Porażka z Danią, jak powiedział sam Adam Nawałka, nie była zimnym prysznicem, lecz kubłem zimnej wody wylanym na głowy naszych kadrowiczów. Być może jednak bardzo potrzebnym, bo efektowna seria zwycięstw wprowadziła u polskich piłkarzy przesadną pewność siebie, rozluźnienie i mimowolne lekceważenie rywali. A przecież Duńczycy to od lat solidny, europejski zespół, który potrafi grać w piłkę. Tego feralnego wieczoru w zespole Biało-Czerwonych właściwie żaden element nie funkcjonował tak, jak dotychczas, więc pole do poprawy jest duże. Wydaje się jednak, że gorzej nie można zagrać, zwłaszcza że przeciwnikiem Polaków będzie tym razem drużyna dużo niżej notowana niż Skandynawowie. Dodatkowym atutem powinna być również ponad 50-tysięczna publiczność i gra na własnym obiekcie.

Patrząc w przeszłość i cofając się tylko do okresu pracy Waldemara Fornalika, mieliśmy jednak spore problemy z szybką rehabilitacją w meczach o stawkę. Kadencję byłego szkoleniowca Ruchu Chorzów zakończyły nieudane starania o awans na światowy czempionat, a 11 października 2013 roku Polacy grali mecz ostatniej szansy z Ukrainą w Charkowie. Spotkanie to zakończyło się bolesną porażką 0:1, wszak ostatecznie zamknęła ona Orłom drogę do Brazylii.

Po czterech dniach reprezentanci Polski spisali się jeszcze gorzej na Wembley i gładko ulegli Anglii 0:2. Co prawda awans był już wtedy niemożliwy, jednak w konfrontacji z renomowanym rywalem piłkarze znad Wisły mieli obowiązek gry o pełną pulę, co okazało się wówczas ponad ich siły. Kilka miesięcy wcześniej, także po przegranym spotkaniu z sąsiadami ze Wschodu, udało się Polakom zrehabilitować. Porażka 1:3 była zwiastunem problemów z uzyskaniem promocji na mundial, a wygraną 5:0 z San Marino trzeba uznać za najłatwiejszy sposób na poprawę humorów.

Równie słabo spisywała się kadra Leo Beenhakkera w schyłkowym okresie pracy Holendra. W drodze po przepustkę do RPA we wrześniu 2010 roku Biało-Czerwoni najpierw zremisowali w Chorzowie z Irlandią Północną, by za kilka dni zanotować bolesną przegraną 0:3 ze Słowenią w Mariborze, która okazała się gwoździem do trumny doświadczonego szkoleniowca.

Miesiąc później, już pod wodzą tymczasowego selekcjonera Stefana Majewskiego, było podobnie. W ciągu kilkudziesięciu godzin reprezentacja Polski zanotowała dwie porażki – z Czechami i Słowacją, w dodatku w bardzo kiepskim stylu, co tylko pogłębiało fatalną wówczas atmosferę wokół zespołu narodowego. Polscy kibice wyszydzali piłkarzy i z niecierpliwością wyczekiwali nowego trenera, który dokona głębokich zmian w kadrze.

Powiewem optymizmu w tamtych eliminacjach było efektowne i rekordowe zwycięstwo 10:0 nad San Marino, odniesione nomen omen w Prima Aprilis…


Cztery dni wcześniej fani Biało-Czerwonych musieli jednak doświadczyć wielkiego rozgoryczenia, jakim była niesławna wpadka 2:3 w Belfaście z Irlandią Północną. To spotkanie szczególnie zapamiętał zapewne Artur Boruc, którego nieudana próba wybicia piłki zakończyła się golem samobójczym Michała Żewłakowa. Obecny golkiper Bournemouth znajdował się wówczas prawdopodobnie w najtrudniejszym momencie swojej kariery, bowiem zmagał się także ze sporymi problemami w życiu osobistym, co niestety przełożyło się na jego boiskową postawę.

Udział drużyny pod wodzą Beenhakkera w ostatecznie udanych eliminacjach do EURO 2008 także zaczął się bardzo niefortunnie. Przegrana w Bydgoszczy z Finlandią okazała się jednak złym miłego początkiem, choć w kolejnym meczu z Serbią udało się ugrać tylko remis. Coraz lepsza postawa w kolejnych spotkaniach zaowocowała koniec końców pierwszym w historii awansem polskich piłkarzy na Mistrzostwa Europy.

Do grona meczów, po których w ciągu kilku dni reprezentanci Polski nie byli w stanie wyeliminować popełnianych błędów, można także zaliczyć wszystkie rozgrywane przez Biało-Czerwonych na turniejach mistrzowskich w XXI wieku za wyjątkiem EURO 2016. Zarówno na Mistrzostwach Świata w Korei Południowej, jak i cztery lata później w Niemczech już na starcie ponieśliśmy niespodziewane porażki, które sprawiły, że od początku trzeba było grać z nożem na gardle. W pierwszym przypadku rywalami byli gospodarze z demokratycznej części Korei, w drugim natomiast Ekwadorczycy. Niewiele lepiej kadra Smudy zaczęła także historyczne Mistrzostwa Europy na własnej ziemi. Po rozczarowującym remisie z Grecją w meczu otwarcia, także w kolejnych spotkaniach nie odnieśliśmy zwycięstwa, co zakończyło się kompromitującym odpadnięciem już w fazie grupowej.

Jak widać na wskazanych przykładach, Polacy dobrze radzili sobie, gdy przeciwnikiem na przełamanie był rywal z najsłabszej europejskiej półki. Tak też stało się w 2003 roku, gdy na przełomie marca i kwietnia Biało-Czerwoni zanotowali na Stadionie Śląskim remis z Węgrami, a w kolejnym meczu pewnie pokonali graczy z małej enklawy na terytorium Włoch (5:0).

W ostatnich latach pełnej rehabilitacji w meczach o punkty udało się graczom z orzełkiem na piersi dokonać jedynie wtedy, gdy naprzeciwko stawali zawodnicy z San Marino. W innych przypadkach pojawiały się spore kłopoty, a z reguły kończyło się na kolejnym słabym występie, który potwierdzał, że mamy do czynienia z kryzysem formy. Teraz co prawda podopieczni Adama Nawałki zmierzą się z Kazachstanem, który jest oponentem znacznie lepszym niż drużyna z Półwyspu Apenińskiego, jednak wciąż najsłabszym zespołem w “polskiej” grupie, który nie powinien okazać się poważną przeszkodą na drodze do awansu. Rywala z Astany nie można oczywiście lekceważyć, ale poniedziałkowe zwycięstwo powinno przynajmniej częściowo poprawić humory kibicom piątej reprezentacji w rankingu FIFA, przyzwyczajonym w ostatnim czasie do seryjnych wiktorii.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *