promo299717531

Rozegrana w ten weekend kolejka Premier League upłynęła pod znakiem zwycięstw faworytów i pogromów słabeuszy. Największym wydarzeniem trzeciej serii gier bez wątpienia było starcie Liverpoolu z Arsenalem, w którym w rolę chłopców do bicia wcielili się piłkarze Wengera. Co jeszcze wydarzyło się w tym tygodniu na angielskich boiskach?

Bournemouth i Manchester City kontra Mike Dean

Na Vitality Stadium Obywatele przyjechali po komplet punktów i kilka bramek. Wobec braku zawieszonego za kartki Kyle’a Walkera, Pep Guardiola zmienił formację z 1-3-5-2 na 1-4-3-3, a ultra ofensywna obsada linii środkowej (przed Fernandinho grali David Silva i Kevin De Bruyne) sugerowała, że Hiszpan raczej nie martwi się o zabezpieczenie tyłów. Grający prostą i bezpośrednią piłkę podopieczni Eddiego Howe’a skarcili jednak faworyzowanych gości, którzy przespali pierwszy kwadrans, pięknym golem zdobytym przez Charliego Danielsa. Kolejne ostrzeżenie wysłał gościom Jermaine Defoe, jednak na wysokości zadania stanął Ederson i odbił strzał Anglika. Wystarczył jednak moment nieuwagi i doskonała prostopadła piłka od Davida Silvy do Gabriela Jesusa, by zrobiło się 1:1. Gol Brazylijczyka wyraźnie dodał animuszu jego partnerom, a City odzyskało kontrolę nad meczem tworząc kolejne sytuacje bramkowe.


Po zmianie stron znacznie więcej niż futbolu było gry w kości. Mike Dean, który kompletnie stracił kontrolę nad spotkaniem, rozdał w drugiej połowie łącznie aż 10 żółtych kartek, zatem nic dziwnego, że płynnych akcji było jak na lekarstwo. Taki obraz gry faworyzował schowane za podwójną gardą Bournemouth, które przez ostatnie pół godziny tylko wyczekiwało na końcowy gwizdek. W 61. minucie Wisienki wyprowadziły jednak groźną kontrę – przed szansą stanął Joshua King, ale jego strzał zatrzymał się na słupku, a trzynaście minut później z podobnym skutkiem na bramkę Begovicia uderzał Otamendi. Rywal Artura Boruca zasługuje na pochwały, gdyż w całym meczu spisywał się bezbłędnie. Kiedy wydawało się, że do spółki z obrońcami Bośniak zapewni gospodarzom punkt, w siódmej (!) minucie doliczonego czasu gry po rykoszecie szczęśliwie wpakował piłkę do siatki Raheem Sterling.


Szalona radość Anglika, który potrącając po drodze jednego ze stewardów padł w ramiona kibiców, kosztowała go drugą żółtą kartkę. Samozwańczym bohaterem tej rywalizacji został jednak Mike Dean, który przedłużył mecz o 5 minut, a zakończył go, gdy zegar wskazywał 102 minutę…




Kolejna kompromitacja Młotów

Mecz pomiędzy pozostającymi bez punktów po dwóch seriach spotkań Newcastle i West Hamem był dla obydwu stron nadzieją na podreperowanie wątłego bilansu. Zarówno Rafa Benítez, jak i Slaven Bilić, obok Franka de Boera, pozostają głównymi faworytami bukmacherów do zwolnienia. Wydaje się, że po sobotnim starciu akcje Chorwata wzrosły, gdyż jego Młoty po raz kolejny zaprezentowały się katastrofalnie. O ile toczona w sennym tempie pierwsza połowa była obustronnym pokazem niemocy, o tyle w drugiej gracze z Londynu byli gorsi od piłkarzy beniaminka z St. James’ Park o kilka klas.


Nieszczęście gości rozpoczęło się od kiepskiego podania Declana Rice’a, po którym Newcastle wyprowadziło pierwszą akcję na miarę gola – do pustej bramki piłkę skierował Joselu. W drugiej połowie londyńczycy nie mieli żadnego pomysłu na grę, a Sroki raz po raz nękały defensywę The Hammers groźnymi kontrami. Fatalnie spisywał się zwłaszcza James Collins, który zgubił krycie przy drugim golu dla miejscowych. Trafieniem na 3:0 gości dobił Aleksandar Mitrović.


Nie tylko obrona była problemem zespołu z Olympic Stadium, bowiem nie istniał również środek pola West Hamu, o formacji ofensywnej nie wspominając. Nadchodzące dni będą zatem kluczowe w kontekście przyszłości stołecznego klubu. Ostatnie chwile letniego okienka transferowego mogą przynieść jeszcze jedno bądź dwa wzmocnienia, a przerwa na mecze reprezentacji dadzą czas Biliciowi na analizę ostatnich druzgocących porażek Młotów. Komplet punktów zapewni natomiast sporo spokoju menedżerowi The Magpies, który uniknął trzeciej porażki z rzędu, a tak fatalnej serii Hiszpan w Premier League nie miał jeszcze nigdy.


Nawet Swansea bije Palace

Podobnie jak West Ham, bez choćby jednego oczka na koncie pozostaje również Crystal Palace, które uległo w sobotę Swansea na własnym boisku. Frank de Boer zalicza tym samym koszmarny początek w Premier League, a mocarstwowe plany Orłów można chyba włożyć między bajki. Wprawdzie do spotkania z zespołem Paula Clementa gospodarze przystępowali bardzo osłabieni, bo w ich składzie zabrakło Rubena Loftusa-Cheeka, Jaïro Riedewalda, Bakary’ego Sako oraz Wilfrieda Zahy, ale przecież Łabędzie również były pozbawione kilku istotnych graczy, m. in. Fernando Llorente czy Jeffersona Montero.


Premierowe trafienie w angielskiej ekstraklasie zaliczył przeciwko Palace młodzieżowy reprezentant Anglii Tammy Abraham. 19-latek przebywa w walijskim klubie na wypożyczeniu z Chelsea. Drugą bramkę dołożył natomiast Jordan Ayew, który skorzystał z koszmarnego błędu wprowadzonego z ławki za kontuzjowanego Tomkinsa Martina Kelly’ego. Kolejny mecz The Eagles rozegrają z Burnley, a więc relatywnie łatwym rywalem. Jeżeli i tam polegną, sytuacja de Boera stanie się naprawdę nie do pozazdroszczenia…


United nie pozostawia złudzeń Leicester

W sobotni wieczór na Old Trafford istniała tylko jedna drużyna. Lisy od początku meczu skupiły się wyłącznie na paraliżowaniu ofensywnych poczynań Czerwonych Diabłów i jedynie z rzadka opuszczały własną połowę. Trzeba przyznać, że ta strategia długo przynosiła pożądane efekty, a gospodarze mieli problemy z zagęszczoną obroną podopiecznych Craiga Shakspeare’a. W defensywie dwoił się i troił się Harry Maguire, a w bramce bardzo dobrze spisywał się Kasper Schmeichel. Rywali z Leicester raz po raz strzałami z dystansu nękał Paul Pogba, ale do przerwy The Foxes utrzymywali wymarzony remis. Po zmianie stron United zaatakowało z jeszcze większym animuszem i szybko wywalczyło rzut karny po zagraniu ręką Danny’ego Simpsona. Do piłki podszedł Romelu Lukaku, ale jego strzał zatrzymał świetnie dysponowany tego dnia Schmeichel.


Na gola Red Devils musieli więc czekać do 70. minuty – wtedy to wynik otworzył wprowadzony chwilę wcześniej Marcus Rashford, stając się kolejnym rezerwowym MU, który trafia po wejściu na plac gry w trakcie spotkania. Wynik ustalił inny zmiennik Marouane Fellaini po podaniu – a jakże! – rezerwowego Jessego Lingarda. W zespole z Old Trafford nadal wszystko funkcjonuje wzorowo, a cała kadra Mourinho aż pali się do gry. Jedynym rozczarowanym po tym weekendzie piłkarzem lidera Premier League może być Lukaku, który poza jedenastką nie wykorzystał także kilku dogodnych sytuacji z gry.


Wątpliwy postęp Evertonu

The Toffees stawili się na Stamford Bridge w mocno okrojonym składzie – w meczu z Chelsea Ronald Koeman nie mógł wystawić m.in. Rossa Barkleya, Morgana Schnederlina czy Séamusa Colemana. Kręgosłup drużyny z niebieskiej części Merseyside był więc mocno przetrącony, co znalazło swoje odbicie w grze Evertonu. Od samego początku gościom brakowało koncepcji na przeprowadzanie ataków, a Chelsea bezlitośnie wykorzystywała błędy rywala. Podopieczni Antonio Contego już w pierwszej odsłonie wyszli na dwubramkowe prowadzenie, którego nie oddali do końca spotkania, grając konsekwentnie i bardzo dojrzale. Prowadzący to spotkanie Jonathan Moss właściwie mógłby zakończyć zawody po premierowych 45 minutach, wszak Everton w żaden sposób nie był w stanie zagrozić bramce Thibauta Courtoisa, zaś gospodarze niespecjalnie kwapili się, by podwyższyć prowadzenie.


Przed niedzielnym starciem Ronald Koeman wspominał poprzednią wizytę The Toffees na stadionie aktualnego mistrza Anglii, która zakończyła się tęgim mantem 0:5. Holender zapowiadał, że tym razem jego podopieczni spiszą się znacznie lepiej i postawią Chelsea twardsze warunki. No cóż, nie da się ukryć, że w pewnym sensie ta sztuka się udała – dwie stracone bramki to już nie pięć…


Ramsey symbolem niemocy Arsenalu

Wisienką (lub jak woli znany ekspert – truskawką) na torcie 3. kolejki Premier League był pojedynek Liverpoolu z Arsenalem. The Reds do hitowego spotkania na Anfield przystępowali po zwycięskiej rywalizacji w eliminacjach Ligi Mistrzów z TSG 1899 Hoffenheim i teoretycznie mieli jeszcze prawo odczuwać trudy tamtego pojedynku, jednak to Kanonierzy wyglądali na wykończonych, i to już od pierwszego gwizdka. Nie dość, że zawodnicy Wengera zainkasowali cztery bramki, to na domiar złego nie byli w stanie oddać ani jednego celnego strzału na bramkę Lorisa Kariusa! Postawę londyńczyków w tym meczu najlepiej obrazuje zachowanie Aarona Ramseya, który podczas jednej z akcji bramkowych Liverpoolu w najlepsze konwersował z kimś stojącym za linią boczną…

Źródło: Sky Sports
Źródło: Sky Sports

Na grę swoich młodszych kolegów nie mógł patrzeć Lee Dixon, były gracz Arsenalu, a obecnie komentator stacji NBCSC.

“Muszę na chwilę wstać, bo jestem teraz naprawdę zdenerwowany. Wiem, że jako komentator powinienem być bezstronny i obiektywny, ale patrząc dziś na Arsenal trudno mi siedzieć spokojnie”

Lee Dixon o grze Arsenalu podczas transmisji w NBCSC

Beznadziejny występ The Gunners nie powinien jednak przesłonić doskonałej postawy podopiecznych Jürgena Kloppa. The Reds dominowali w każdej strefie boiska, a na pochwałę zasługują właściwie wszyscy gracze gospodarzy. Szczególne wyróżnienie należy się ofensywnemu tercetowi Mané – Firmino – Salah, którego każdy członek zanotował po jednej bramce. Nastroje w czerwonej części miasta Beatlesów są coraz lepsze, a zespół znowu prezentuje spektakularny futbol i jest w stanie zagrozić każdemu. Ma to zresztą swoje odbicie w ligowej tabeli – dzięki dzisiejszej wygranej Liverpool wskoczył na pozycję wicelidera.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *