d774d3f1876d53101557f1ac6ab764b9

Wbrew oczekiwaniom milionów kibiców, młodzieżowa reprezentacja Polski nie zdołała przebrnąć przez fazę grupową turnieju rozgrywanego we własnym kraju, wyraźnie ulegając w ostatnim spotkaniu Anglikom 0:3. Dla Biało-Czerwonych były to koszmarne mistrzostwa, a błędów nie ustrzegł się również selekcjoner Marcin Dorna, którego pozycja, mimo zapewnień Zbigniewa Bońka, została mocno nadszarpnięta. Czy 37-latek zasłużył na kolejną szansę od władz związku?

Do niedawna można było powiedzieć, że kariera szkoleniowa poznańskiego trenera rozwijała się niezwykle harmonijnie. Dorna zaczynał w małym Dopiewie, miasteczku leżącym nieopodal stolicy Wielkopolski, jeszcze w trakcie studiów na AWF-ie. Stamtąd szybko przeniósł się do Lecha Poznań, będąc jednocześnie trenerem reprezentacji wojewódzkiej, w której oczywiście w większości jego podopiecznymi byli młodzi zawodnicy Kolejorza. Jego praca została na tyle dostrzeżona i doceniona, że zaproponowano mu poprowadzenie najmłodszego wówczas rocznika polskiej kadry, z którą przeszedł drogę aż do Mistrzostw Europy do lat 17 rozgrywanych w 2012 roku w Słowenii, w trakcie których jego podopieczni, w tym Mariusz Stępiński i Karol Linetty, sięgnęli po brązowy medal – ostatnie jak dotąd podium imprezy międzynarodowej reprezentacji Polski biorąc pod uwagę wszystkie kategorie wiekowe.

Ten niewątpliwy sukces postanowiono wykorzystać także później. Dorna otrzymał szansę objęcia bezpośredniego zaplecza pierwszej reprezentacji, czyli kadrę do lat 21, przed którą stało wówczas wyzwanie awansu do Mistrzostw Europy będących jednocześnie pierwszą fazą eliminacji do Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro. Orlęta grały dobrze, a ich niekwestionowaną gwiazdą był Arkadiusz Milik, który został notabene najlepszym strzelcem całych kwalifikacji. Przed ostatnią kolejką zmagań sytuacja była korzystna – Polacy zajmowali pierwsze miejsce, a w ostatnim spotkaniu wystarczył im remis z Grecją, bez oglądania się na rezultaty innych starć grupowych.


Tymczasem podopieczni Dorny nie zdołali udźwignąć presji – przegrali mecz, w konsekwencji czego stracili nie tylko pierwsze, ale również drugie miejsce. Tym samym pierwszy poważny test przez polską mlodzieżówkę został oblany, co było pewnym sygnałem, że w najważniejszych momentach nastoletni kadrowicze, znajdując sie pod sporym obciążeniem psychicznym, mają “związane” nogi. Była to także istotna porażka samego selekcjonera.


Wkrótce potem Polska została wybrana organizatorem kolejnego młodzieżowego czempionatu Starego Kontynentu. Misję budowy drużyny na tę prestiżową imprezę powierzono po raz kolejny byłemu szkoleniowcowi drużyn młodzieżowych Lecha. Zadanie odpowiedzialne, a z drugiej strony trudne ze względu na brak w tym czasie meczów o punkty. Spotkania towarzyskie rządzą się rzecz jasna swoimi prawami i rzadko kiedy stanowią rzeczywisty sprawdzian możliwości zespołu. Zdarzały się wówczas momenty optymistyczne, które odczytywano jako krok w dobrą stronę – choćby zwycięstwo w meczu z Niemcami w październiku ubiegłego roku. Były również mecze słabsze, takie jak tegoroczne, marcowe porażki z Włochami i Czechami. Te jednak okazały się niestety bardziej miarodajne…


Postawie reprezentantów Polski, a także samemu selekcjonerowi sporo można zarzucić – przede wszystkim to, że postawił na zbyt wielu zawodników, którzy w tym sezonie lub w ostatnich miesiącach grali niewiele bądź wcale, przywołując tylko Bartosza Kapustkę, Pawła Dawidowicza czy Jarosława Jacha. Wszyscy Ci gracze byli w formie dalekiej od optymalnej, co było widać na boisku w każdym z rozegranych przez Biało-Czerwonych spotkań MME.


Inną bardzo poważną kwestią był brak pomysłu na rozegranie akcji. Wiele prób, szczególnie w meczu ze Słowacją, stanowiły górne zagrania z pominięciem drugiej linii, lecz nie przynosiło to żadnego pozytywnego rezultatu. Jednocześnie jest to najprostsze rozwiązanie na przedostanie się na połowę przeciwnika, pokazujące często bezsilność i brak odpowiedniego przygotowania taktycznego oraz zgrania reprezentantów.


Mizernie wyglądało również przygotowanie fizyczne gospodarzy tegorocznego EURO U-21. Kondycyjnie Polacy wyglądali zdecydowanie słabiej niż rywale, a mógł to być efekt braku rytmu meczowego i ogrania w ostatnim czasie wielu kadrowiczów Marcina Dorny. Być może poważny błąd został popełniony w samych przygotowaniach w Arłamowie.


Okazało się także, że selekcjoner miał problemy, aby zapanować nad szatnią, o czym świadczy przede wszystkim niejednokrotnie cytowana wypowiedź Krystiana Bielika. Co prawda najmłodszy w składzie Orląt zawodnik wydał później oświadczenie i przeprosił wszystkich za swoje zachowanie, ale jego mocny komentarz dotyczący przygotowania taktycznego reprezentacji pokazał jednak, że Dorna ma problem z dyscypliną wśród młodzieży. A to nie daje najlepszych perspektyw w kontekście prowadzenia przez niego klubu lub dorosłej reprezentacji, do czego został już przez niektórych namaszczony.


Ewidentnie nasi kadrowicze mieli również problemy ze stawieniem czoła presji, a także z koncentracją. Biało-Czerwoni popełniali dużo prostych błędów, które wcześniej w meczach klubowych nie zdarzały im się w ilościach hurtowych, więc także w sferze mentalnej nie udało się opiekunowi polskiej młodzieżówki odnieść zamierzonego skutku.

Jak już przed meczem z Anglią oficjalnie zapowiedział prezes Zbigniew Boniek, 38-letni szkoleniowiec pozostanie na swoim stanowisku po zakończeniu mistrzostw i będzie dalej prowadził kadrę U-21, w większości mając już do dyspozycji innych, młodszych piłkarzy.


Podstawowym celem tej kadry jest dostarczanie i przygotowywanie jak największej liczby młodych zawodników pod kątem dorosłej reprezentacji, jednak turniej rozgrywany na polskich boiskach nie objawił póki co przydatności żadnego z graczy, który miałby realną szansę włączyć się do rywalizacji o miejsce w składzie u Adama Nawałki, poza tymi, którzy zaufaniem byłego trenera Górnika Zabrze już byli obdarzani.


Wydaje się jednak, że nadszedł właśnie odpowiedni czas na zmiany. Nieudane poprzednie eliminacje i słabe dla Polaków EURO U-21 pokazały, że warto dać szansę innemu trenerowi. Dla Marcina Dorny najlepszą nauką byłaby praca z seniorami, wszak do tej pory nabywał doświadczenie pracując jedynie z juniorami, czy to w Lechu, czy przez ostatnie lata w kolejnych młodzieżowych reprezentacjach Polski. Dla urodzonego w Poznaniu szkoleniowca poprowadzenie drużyny ligowej byłoby ponownym wejściem na drogę rozwoju, w którym ostatnio Dorna najwyraźniej się zatrzymał. Na poważne myślenie o nim jako o naturalnym następcy Adama Nawałki jest bowiem jeszcze zdecydowanie za wcześnie.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *