granada-paco-jemez-encajo-una-manita-goles-las-palmas-1472409809325

Nieco ponad kwartał trwała kadencja Paco Jémeza na Estadio Nuevo Los Cármenes. 46-letni trener pod koniec września został drugim, po Pako Ayestaránie, zwolnionym opiekunem drużyny LaLiga po rozpoczęciu sezonu. Podjęcie nowego wyzwania po spadku z Rayo Vallecano do Segunda División miało być weryfikacją umiejętności szkoleniowych byłego obrońcy. Skończyło się na słabej postawie graczy na boisku, która poskutkowała przedostatnim miejscem Granady w tabeli.

Rayo – oryginalność czy karykatura?

Jémez przez cztery lata prowadził ekipę Błyskawic. Pierwszy całkiem dobry sezon zakończony na ósmym miejscu nie przełożył się jednak na dalszy progres drużyny z Vallecas. Rayo wciąż było typowym zespołem środka tabeli i dopiero temporada 2015/16 zakończyła się kompletnym fiaskiem. Los Franjirrojos przyzwyczaili do ofensywnej gry bez oglądania się na wynik spotkania. To właśnie ta cecha wyróżniała madrycką drużynę na tle reszty ligowej stawki. Także w tym aspekcie trzeba znać jednak umiar, gdyż łatwo wyróżnianie może zamienić się w zwykłą śmieszność.

Są trenerzy, jak np. José Mourinho czy Diego Simeone, którzy z bronienia stworzyli prawdziwą sztukę, na dodatek przynoszącą wymierne korzyści w postaci pożądanych rezultatów. Jémez starał się z kolei postawić przede wszystkim na ofensywna grę, co oczywiście musiało się podobać nawet postronnym kibicom. Być może powszechna aprobata i wyjątkowe zainteresowanie poczynaniami Rayo spowodowały, że nie doszło do zmiany stylu gry na bardziej wyważony. Szkoleniowiec rodem z Las Palmas wykazał się naprawdę wielką wiarą w swoich graczy sądząc, że mogą opanować proponowaną przez niego taktykę. Ponadto włodarze z Campo de Fútbol de Vallecas nie wykazywali większych ambicji związanych z regularną grą w europejskich pucharach, co pozwoliło trenerowi na kontynuowanie utopijnej i mocno eksperymentalnej wizji.




Nowe miejsce, nowe wyzwania

Granada to naprawdę wymagające miejsce pracy dla trenerów. Po awansie do najwyższej ligi w 2011 roku ekipę Nazaríes prowadziło już jedenastu różnych szkoleniowców, wliczając tymczasowych! Przełożyło się to oczywiście na wyniki zespołu, który wskutek braku stabilizacji co roku plasował się w dolnych rejonach tabeli, a szklanym sufitem okazała się piętnasta lokata. Po zakończeniu kampanii 2015/16 zdecydowano się nie przedłużać kontraktu z José Gonzálezem, który piastował swoje stanowisko zaledwie od lutego. Jego następcą został Paco, ale trzeba podkreślić, że dla charyzmatycznego szkoleniowca nie była to konieczność, a po prostu świadomy wybór spośród leżących na stole ofert.



Ekipa z Andaluzji na pierwszy rzut oka nie wydawała się dla Jémeza najlepszym miejscem do kontynuowania kariery trenerskiej, ale atutem miała być zmiana właścicieli. Dotychczasowi byli związani z Udinese oraz Watfordem, co naturalnie wiązało się z wieloma transakcjami pomiędzy tymi zespołami, niekoniecznie korzystnymi dla przedstawiciela LaLiga. W Granadę zdecydowali się jednak zainwestować chińscy inwestorzy, którzy wykupili większościowy pakiet akcji i przejęli kontrolę nad klubem. To pozwalało z większym optymizmem patrzeć na przyszłość drużyny, która w końcu miała otrzymać szansę zaistnienia w hiszpańskiej piłce i zerwać z łatką zespołu, który co roku bije się jedynie o utrzymanie.




Oczekiwania vs rzeczywistość

Niestety dla wszystkich, którym na sercu leży dobro Granady, nowi właściciele nie okazali się zbawicielami, którzy wyłożyliby odpowiednią gotówkę na wzmocnienia. Nie chodzi tutaj nawet o kilkudziesięciomilionowe inwestycje, a po prostu załatanie dziury po stracie graczy pokroju Isaaca Successa, Rubéna Rochiny czy Adalberto Peñarandy. Zwlekanie z ruchami transferowymi było tym bardziej niezrozumiałe, że sprzedaż zawodników przyniosła przychód przekraczający 30 mln €, natomiast wydano… niecałe 10. Granada miała być budowana z myślą o przyszłości, a tymczasem na Nuevo Los Cármenes ściągnięto pokaźną grupę piłkarzy na zasadzie wypożyczenia, którzy za rok wrócą do swoich macierzystych klubów, a hiszpańska ekipa ma być dla nich formą inkubatora.

Kiedy już udało się Filipinos wzmocnić piłkarzami mogącymi wnieść do zespołu nową jakość, pojawił się kolejny problem. Dyrekcji sportowej udało się zakontraktować Mehdiego Carcelę-Gonzáleza z Benfiki oraz rewelację ostatniej edycji Copa Libertadores – José Angulo. Każdy z nich kosztował około 4 mln € i o ile ten pierwszy świetnie odnalazł się w ekipie z Andaluzji (zdążył już zdobyć dwie bramki – przyp. red.), o tyle drugi wpadł w niemałe tarapaty. Okazało się, że jeszcze podczas gry w ekwadorskim Independiente del Valle 21-letni napastnik zażywał kokainę, co zostało niedawno potwierdzone na podstawie próbek pobranych po jednym z meczów Pucharu Wyzwolicieli. Granada natychmiast zawiesiła kontrakt młodego zawodnika.




Terminarz marzeń

Podczas losowania kalendarza tegorocznych rozgrywek LaLiga okazało się, że Granada w pierwszych kolejkach uniknie konfrontacji z najsilniejszymi drużynami. Nadarzyła się więc znakomita okazja do zdobycia cennych punktów i zajęcia dobrej pozycji wyjściowej. Najmocniejszym przeciwnikiem na papierze był Villarreal, z którym przyszło się mierzyć Nazaríes na inaugurację ligi. Należy jednak pamiętać, że Żółta Łódź Podwodna borykała się wówczas z problemami po nieoczekiwanym zwolnieniu Marcelino. Remis 1:1 przyjęto jednak w Andaluzji z optymizmem.

Kolejny mecz okazał się już totalną katastrofą. Wyjazdowe spotkanie z Las Palmas było wyrównany tylko w pierwszej połowie, po czym kanaryjski czołg rozpoczął dzieła zniszczenia. Wynik 5:1 jak żywo przypomniał starcia Rayo pod wodzą Jémeza – Błyskawice także potrafiły wysoko przegrywać nie tylko z potentatami…

W trzeciej serii gier ponownie udało się Granadzie wyrównać stan meczu, aby ostatecznie ponieść porażkę z Eibarem na własnym stadionie. Zupełnie niezrozumiała jest natomiast strata punktów z Betisem, z którym Granada prowadziła 2:0 po nieco ponad 30 minutach gry. Po tym, jak Verdiblancos zdobyli bramkę kontaktową, ich rywale postanowili jeszcze bardziej „uatrakcyjnić” mecz. Pomiędzy 52. a 55. minutą Vezo zapracował na dwa żółte kartoniki i resztę spotkania obejrzał w szatni. Gracze z Sewilli nie zmarnowali okazji – po chwili doprowadzili do remisu, który utrzymał sie do końca spotkania.

Po planowej przegranej z Athletikiem nadszedł czas na starcie z beniaminkiem z Alavés. Mający nóż na gardle Jémez potrzebował w końcu jakiegoś zwycięstwa, ale Baskowie okazali się dla Granady zbyt silni, czym potwierdzili, że całkiem nieźle odnaleźli się w realiach LaLiga. Porażka 1:3 sprawiła, że zarząd stracił cierpliwość do ekscentrycznego trenera i po zaledwie sześciu meczach rozwiązał z nim umowę.



Paco zweryfikowany?

Największym problemem byłego trenera Rayo okazało się notoryczne gubienie punktów w starciach z drużynami, którym Granada wcale piłkarsko nie ustępowała. Mnóstwo zaprzepaszczonych szans musiało jednak doprowadzić andaluzyjski klub do strefy spadkowej. Na cztery mecze, w których piłkarzom Nazaríes udało się doprowadzić do wyrównania, punkt udało się zdobyć jedynie w spotkaniu z Villarrealem. Bronić Hiszpana może fakt, że od początku nie po drodze było mu z azjatyckimi właścicielami, którzy – kolokwialnie mówiąc – chcieli mu na siłę wcisnąć do składu rodaków, którzy wartościowi byliby jedynie z marketingowego punktu widzenia.

Paco Jémez ma teraz prawie rok na przemyślenia i wyciągnięcie wniosków. Jeśli zechce wrócić do któregoś z klubów najlepszej ligi na Starym Kontynencie, zdecydowanie będzie musiał zmienić podejście do taktyki. Ofensywny i efektowny futbol nie może być wyłącznie osłodzeniem słabych wyników.