pl-felieton-wersja-2

Dziś w felietonie wyjątkowo tematem głównym będzie FA Cup, bo choć w miniony weekend grano także w Premier League, to po pierwsze w mocno okrojonym składzie, a po drugie i tak większość oczu Synów Albionu skupiona była na krajowym pucharze.

Manchester City, Arsenal, Tottenham i Chelsea – nie jest to skład czołowej czwórki Premier League czy lista klubów, które latem wydały na Wyspach najwięcej na transfery, lecz zestawienie półfinalistów Pucharu Anglii w bieżącym sezonie. Przyznajcie, Wembley już dawno nie widziało tak piorunującego zestawu. Ostatni raz angielscy potentaci w bezpośrednich starciach decydowali o tym, kto zagra w finale FA Cup w sezonie 2011/12, kiedy to Liverpool mierzył się z Evertonem, a Tottenham z Chelsea. Aby znaleźć kolejną tak silną obsadę spotkań półfinałowych, trzeba by cofnąć się aż do kampanii 2008/09 – wtedy to z kolei rywalizowały drużyny Manchesteru United i Arsenalu, a także Evertonu i Chelsea. Możemy więc mówić o sytuacji bez precedensu w ostatnich latach, wszak do niedawna do udziału w decydującej potyczce aspirowały kluby pokroju Aston Villi, Hull City czy Millwall. A warto również podkreślić, że ani Everton od wielu już lat nie łapie się do szeroko rozumianej czołówki, ani też Liverpool do najściślejszego angielskiego topu w owym czasie nie należał. Nie ma natomiast wątpliwości, że jest tak w przypadku The Citizens, The Gunners, Spurs i The Blues.


Trzeba jednak pamiętać, że w tym roku w dużej mierze sprzyjało faworytom losowanie, bo ani na etapie 1/32, ani 1/8 nie doszło do bezpośrednich starć zespołów z “Big Six”. Takowe miało miejsce dopiero w ćwierćfinale, ale to akurat było nieuniknione. W tym momencie warto się zastanowić, czy Anglia rzeczywiście powinna rezygnować z udziału w Champions League czwartego zespołu w lidze na rzecz triumfatora FA Cup. Jak pokazuje bowiem trwający sezon, najstarsze klubowe rozgrywki piłkarskie mają się dobrze, a czołówka wciąż chce i widzi sens rywalizacji o najwyższe laury w krajowym pucharze. Niewątpliwie olbrzymi wpływ na taki stan rzeczy ma fakt, iż dzisiaj w najlepszych angielskich klubach na stanowiskach menedżerów zasiadają szalenie ambitni i zdeterminowani, by wygrywać absolutnie wszystko, ludzie.


Przechodząc jednak do sedna, zastanówmy się, czy jest sens, aby kosztem czwartego zespołu najlepszej zdaniem wielu ligi na świecie, w tak elitarnych rozgrywkach, jakimi jest Liga Mistrzów występował triumfator Pucharu Anglii, którym na dobrą sprawę może być nawet trzecioligowiec? Oczywiście, w Football Association nikt nie zakłada takiego scenariusza, a planowana zmiana ma spowodować, że podobny jak w tym sezonie układ półfinalistów mamy oglądać rokrocznie. Sęk w tym, że losowania ustawić ani tym bardziej przewidzieć nie można, a w teorii wszystko jest możliwe i do półfinału może równie dobrze dotrzeć tylko jeden potentat, co zresztą zdarzyło się nie tak dawno, bo w sezonie 2013/14, gdy obok Arsenalu na Wembley zameldowały się Hull City, Sheffield United i Wigan Athletic. Co więcej, w sezonie 2007/08 doszło nawet do sytuacji, gdy w finale starły się ze sobą Portsmouth i Cardiff City, czyli zespoły, które z Ligą Mistrzów mają raczej niewiele wspólnego…


Nader wszystko, aby znaleźć się w “Big Four”, trzeba się niesamowicie napocić i natrudzić. Czasami wręcz łatwiej jest dotrzeć do ćwierćfinału Ligi Mistrzów (że o wyjściu z grupy nie wspomnę, co najlepiej potwierdza przykład obecnych mistrzów Anglii, Leicester City), aniżeli załapać się do TOP4 w Premier League na koniec sezonu. Dziś o eksponowane pozycje 1-4 w angielskiej ekstraklasie konkuruje 6 drużyn, a niewykluczone, że to grono w przyszłym sezonie powiększy również Everton. Dlaczego więc odbierać tym ekipom szansę emocjonowania nas walką o miejsce w tych jakże elitarnych rozgrywkach? Zdecydowanie łatwiej jest pokonać raz czy drugi ekipę z czołówki w pucharze niż tydzień w tydzień punktować, by ostatecznie fetować zajęcie czwartego miejsca w lidze. Dlatego też mam szczerą nadzieję, że pomysł podrzucony przez Martina Glenna umrze niebawem śmiercią naturalną, a na Wyspach nie dojdzie do żadnych radykalnych zmian.

***

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, w miniony weekend odbyły się także mecze w ramach Premier League. Nie było ich wprawdzie zbyt wiele, bo ledwie cztery. Co jednak zasługuje na uwagę, to przerwanie czarnej serii przez Bournemouth, które od ośmiu ligowych spotkań nie potrafiło wygrać. W minioną sobotę przyszło jednak przełamanie – Wisienki pokonały 3:2 West Ham United, choć gdyby Benik Afobe i Joshua King wykorzystali rzuty karne, to wynik byłby jeszcze wyższy. To pierwsze trzy punkty zdobyte przez zespół Eddiego Howe’a w tym roku kalendarzowym i choć jego podopieczni w trakcie tych ośmiu konfrontacji nie zawsze przegrywali (cenne remisy z Arsenalem czy Manchesterem United – przyp. red.), to jednak ich postawa mogła martwić. Snu z powiek menedżerowi ekipy z Dean Court na pewno nie spędza forma Joshuy Kinga, który w ostatnich tygodniach prezentuje się nadspodziewanie dobrze.


Jak bowiem inaczej określić dyspozycję zawodnika, który w ostatnich dziesięciu meczach Premier League strzelił 9 bramek? Jakby tego było mało, swoimi czterema trafieniami w starciach z Manchesterem United oraz West Hamem Norweg zapewnił The Cherries 4 punkty. Liczby 25-latka wyglądają jeszcze okazalej, jeśli dodamy do tego, że Bournemouth wyłożyło za niego tylko milion funtów! Klub z południowej Anglii sprowadzał Kinga z Blackburn Rovers po tym, jak piłkarzowi wygasł kontrakt, a ze względu na wiek zawodnika (w momencie transferu liczył sobie 23 wiosny – przyp. red.) trybunał musiał zdecydować o wysokości ekwiwalentu za wyszkolenie, który przyszły pracodawca Skandynawa musiał pokryć. Jeśli napastnik aktualnie 14. drużyny Premier League utrzyma taką dyspozycję w najbliższych tygodniach, to na Vitality Stadium powinni spać spokojnie i nie martwić się kwestą pozostania w elicie na kolejny sezon.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *