DLosPz8XkAEuzhm

Reprezentacja Polski zgodnie z przewidywaniami przypieczętowała awans na rosyjski mundial. Nie było modlitw, błagań czy pełnego niepokoju zerkania na rywalizację Danii z Rumunią. Mimo nerwowej końcówki nie ma żadnych wątpliwości, że całe eliminacje pokazały, iż ta grupa piłkarzy w pełni zasłużyła na nagrodę, którą przyjdzie jej odebrać już latem 2018 roku.

Biało–Czerwoni przystępowali do rywalizacji na Stadionie Narodowym z gigantycznym poziomem komfortu. Pozycja lidera tabeli i przewaga trzech punktów nad Danią sprawiała, że tylko kataklizm mógł odebrać awans na przyszłoroczne Mistrzostwa Świata w Rosji. Kataklizm, bo tylko w takich okolicznościach należało rozpatrywać ewentualną porażkę z Czarnogórą, osłabioną brakiem dwóch swoich największych gwiazd: Stevana Joveticia i Stefana Savicia.


Ponadto Orły Nawałki uczyniły ze swojego głównego domowego obiektu prawdziwą twierdzę. Dość powiedzieć, że ostatnia porażka na Narodowym przydarzyła się reprezentacji w marcu 2013 roku, gdy trzeba było uznać wyższość Ukrainy. Od tamtego momentu śrubowana jest niesamowita seria 11 spotkań i aż 3796 dni w roli niepokonanych na własnych śmieciach.


Ljubiša Tumbaković nie mógł liczyć na nadmiar możliwości przy ustalaniu wyjściowego składu, zaś w zupełnie odmiennej sytuacji znajdował się Adam Nawałka. Do jego dyspozycji byli wszyscy kluczowi piłkarze, których wezwał na zgrupowanie, gdyż w Erywaniu żaden z grona Lewandowski – Piszczek – Błaszczykowski – Zieliński nie otrzymał kolejnej żółtej kartki. Jedyna zmiana, której zresztą już kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem spodziewali się eksperci – wymiana Karola Linettego na Krzysztofa Mączyńskiego – wynikała wyłącznie z kolejnego przeciętnego występu wychowanka Lecha Poznań w koszulce z orłem na piersi.


Sam Nawałka miał zresztą okazję przejść do historii i stać się pierwszym trenerem Biało-Czerwonych, który wprowadzi swoich podopiecznych do dwóch kolejnych ważnych imprez i podobnie jak Paweł Janas pojawi się na mistrzostwach świata zarówno jako trener, jak i piłkarz.

Niezwykle sprzyjająca sytuacja w tabeli mogła wskazywać, że gospodarze rozpoczną rywalizację dość spokojnie, starając się wyprowadzać raczej dokładny, ale powolny atak pozycyjny. Stało się jednak zupełnie inaczej – fantastyczną akcję przeprowadził Mączyński, swoje popisowe zagranie zaprezentował Piszczek, a były gracz Wisły Kraków skorzystał z nieudanego strzału Zielińskiego i udowodnił, że w pełni zasłużył na powrót do wyjściowej jedenastki lidera grupy E.


Pierwsze minuty po stracie bramki mogły sugerować, że w polskie szeregi wkradło się zbyt duże rozluźnienie. Odpowiedź na groźne ataki rywala była jednak szybka i druzgocąca. Zieliński pokazał, że słusznie jest uznawany za największy talent tej kadry, a Kamil Grosicki, podobnie jak w czwartkowy wieczór w Erywaniu, wykorzystał tytaniczną pracę Roberta Lewandowskiego.


To trafienie, co było w pełni uzasadnione, przyniosło znaczny spadek tempa i jakości dzisiejszej rywalizacji. Kibicom zgromadzonym przed ekranami pozostało w dalszym fragmencie pierwszej połowy jedynie raczyć się szlachetnymi trunkami i słuchać erudycyjnych popisów Tomasza Hajty.


W przerwie Adam Nawałka został zmuszony do dokonania jednej zmiany. Uraz Łukasza Piszczka sprawił, że na placu gry zameldował się Maciej Rybus, a na swoją nominalną pozycję prawego defensora wrócił Bartosz Bereszyński. Zawodnik Sampdorii stał się przy okazji jednym z cichych bohaterów ostatnich potyczek kwalifikacyjnych.


Rekordowo zebrana publiczność na Stadionie Narodowym nie mogła być raczej zachwycona poziomem sportowym niedzielnego pojedynku, zwłaszcza że kolejna bramka była już autorstwa zespołu przyjezdnego. Na dodatek znów zabójczy okazał się stały fragment gry egzekwowany przez rywali.


Nawałka zamierzał poszukać nowych rozwiązań, ale niezwykle efektowne trafienie Mugošy spowodowało, że na murawie nie pojawił się ostatecznie Jacek Góralski, choć wyraźnie było widać, że zespół potrzebuje impulsu i wsparcia także ze strony swojego opiekuna. Tym bardziej, że chwilę później na kadrę spadł kolejny, równie niespodziewany cios…

W takim momencie kluczowa jest także pomoc ze strony kapitana, a ta przyszła w najlepszym możliwym momencie. Szesnasty gol Lewandowskiego w tych eliminacjach przyniósł jasny komunikat, że pożar został już ugaszony. A podwyższenie po chwili prowadzenia za sprawą bramki samobójczej jasno pokazało, że wiele może się zdarzyć w futbolu nawet w ciągu kilku minut.


To były dla nas długie i niezwykle bogate eliminacje. Od niespodziewanego remisu z Kazachstanem, przez wymęczone zwycięstwa z Rumunią czy Czarnogórą, aż po wyjazdową klęskę z Danią. Kluczowy okazał się jednak efektowny finisz, który sprawia, że po raz pierwszy od 2006 roku i mundialu w Niemczech na tej rangi imprezie zamelduje się reprezentacja Polski. Bez wielkiej i niepotrzebnej euforii, ale z wiarą, że naprawdę może dokonać rzeczy historycznej, a nie zagrać tradycyjnie mecz otwarcia, o wszystko i o honor.





Poland round flag POLSKA 4:2 Czarnogóra Czarnogora round flag

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *