payet_griezmann

Takiego gradu bramek w dzisiejszych meczach 1/8 finału EURO 2016 nie spodziewał się chyba nikt! Na trzech francuskich stadionach kibice zobaczyli aż 10 trafień, a większość z nich była naprawdę przedniej urody. Niesamowitą formę zaprezentowali zwłaszcza Belgowie oraz mistrzowie świata, Niemcy, którzy po wysokich zwycięstwach nad Węgrami oraz Słowacją pewnym krokiem przedostali się do ćwierćfinału imprezy. W gorszym stylu z Irlandią uporali się gospodarze turnieju, Francuzi, ale ostatecznie przebłysk Antoine’a Griezmanna wystarczył do pokonania twardo grających Wyspiarzy.

Po pierwszym dniu fazy pucharowej EURO 2016 i niesamowitych emocjach w starciu Polski ze Szwajcarią liczyliśmy na takie same wrażenia podczas kolejnych decydujących meczów na francuskim turnieju. Na pierwszy ogień – starcie gospodarzy turnieju z Irlandią na Stade des Lumières w Lyonie. Faworytem tego meczu byli oczywiście Francuzi, których fani nadal jednak czekali na błysk po niezbyt przekonującej grze w fazie grupowej. Podopieczni Didiera Deschampsa zajęli co prawda pierwsze miejsce i zostawili w pokonanym polu Szwajcarię, Rumunię oraz Albanię, ale swoje zwycięstwa odnosili po golach zdobywanych w końcówkach. W ostatnim grupowym meczu przeciwko Helwetom, gdy mieli już pewny awans, nerwów było zdecydowanie mniej, a selekcjoner Deschamps dał szansę występu kilku rezerwowym zawodnikom. Tym razem, gdy w grę wchodziła już wysoka stawka, 47-latek postawił na swój pierwszy garnitur. Do składu powrócili chociażby Olivier Giroud, N’Golo Kante czy Blaise Matuidi, więc żaden kibic Les Bleus nie wyobrażał sobie, aby gospodarze już dzisiaj mieli pożegnać się z turniejem.


Na popsucie Francuzom wielkiego święta szykowali się waleczni Irlandczycy. Podopieczni Martina O’Neilla zapewnili sobie awans ze swojej trudnej grupy dopiero w ostatnim meczu, gdy w końcówce Robbie Brady strzelił gola na wagę zwycięstwa przeciwko Włochom. Selekcjoner The Green Army na starcie z gospodarzami posłał do boju dokładnie taką samą jedenastkę, jak kilka dni temu, licząc, że znowu jego drużynę czeka wielki sukces.



Na pierwsze emocje w tym meczu nie trzeba było długo czekać, w odróżnieniu do większości spotkań na tym turnieju. Już w 2. minucie na wypad pod pole karne Francuzów zdecydowali się Irlandczycy, co poskutkowało faulem Paula Pogby na Shanie Longu. Sędzia Nicola Rizzoli nie miał wątpliwości i podyktował rzut karny, wprawiając w osłupienie licznie zgromadzonych sympatyków gospodarzy. Jeszcze większy niepokój musieli oni jednak poczuć chwilę później, gdy po uderzeniu od słupka jedenastkę na gola zamienił bohater Irlandczyków z poprzedniego meczu, Robbie Brady. W tym momencie na tablicy wyników widniało więc prawdziwie sensacyjne rozstrzygnięcie, a szybki gol dla Eire zwiastował tylko jeszcze większe emocje w dalszej części spotkania.





Szybko stracony gol nie zmobilizował jednak Les Bleus do poprawy swojej gry. W zespole Deschampsa nadal widać było te same mankamenty, co podczas meczów grupowych. Ofensywni zawodnicy zupełnie nie przypominali swoimi zagraniami tego, co prezentowali w sparingach przed mistrzostwami. Irlandczycy, którym szybko udało się osiągnąć wymarzony wynik, skupiali się głównie na przeszkadzaniu, jednak sami wyprowadzali dosyć groźne kontry. Pierwsza połowa to okres zdecydowanie do wymazania z pamięci dla Francuzów, a w szczególności Oliviera Girouda, który po raz kolejny zawodził oczekiwania fanów.


Dobra postawa Wyspiarzy w defensywie była kluczem do utrzymywania korzystnego wyniku. Trójkolorowi mieli w tym meczu wyraźną przewagę, jednak ich poczynaniom zdecydowanie brakowało konkretów. Gra gospodarzy przypominała walenie głową w niezwykle szczelny irlandzki mur.


Jeśli już podopiecznym Deschampsa udawało się przedostać w okolice bramki przeciwnika, to na posterunku zawsze był irlandzki golkiper Darren Randolph. Bramkarz West Hamu spodziewał się jednak pewnie w tym meczu znacznie trudniejszych parad, niż te, które musiał wykonać w pierwszej połowie. Gwizdek na przerwę oznaczał, że powoli spełnia się największy koszmar Francuzów, będący jednocześnie pięknym snem Irlandczyków.




Początek drugiej odsłony to kolejne ataki piłkarzy Deschampsa, które jednak w odróżnieniu od pierwszej części meczu, w niedługim czasie przyniosły w końcu rezultat. Dużo ożywienia do gry gospodarzy wniósł wprowadzony w przerwie Kingsley Coman, który zastąpił defensywnie usposobionego Kantego. Pierwszy cios Irlandczycy otrzymali w 58. minucie, gdy po dośrodkowaniu Bacary’ego Sagni piłkę do siatki głową skierował jeden z najniższych zawodników na boisku – Antoine Griezmann.



To jednak nie był koniec strzeleckich popisów snajpera Atlético Madryt. Trzy minuty później, za jego sprawą, Les Bleus byli już na prowadzeniu, a niezwykle udaną asystą popisał się w bezproduktywny do tej pory Giroud. Zawodnik Arsenalu skupił na sobie uwagę dwóch obrońców i dobrym zgraniem piłki głową wyprowadził Griezmanna na czystą pozycję do strzału. W tym momencie francuscy kibice mogli głośno odetchnąć z ulgą, a piłkarze grający w niebieskich koszulkach rozpoczęli dążenia do zdobycia kolejnych bramek.




Dzięki tej bramce Griezmann wysunął się na czoło klasyfikacji strzelców turnieju, gdzie znajduje się wraz z Garethem Bale’m i Alvaro Moratą. Walka o ostateczny tytuł zapowiada się więc niezwykle pasjonująco, a póki co strzelec dwóch goli dla Francji w dzisiejszym meczu potwierdza świetną snajperską dyspozycję z klubu. Jego obecność na pozycji lidera nie budzi większego zaskoczenia.




Irlandzki dramat dopełnił się kilka chwil później, gdy wychodzącego “sam na sam” z bramkarzem Griezmanna faulem powstrzymywał Shane Duffy. Rizzoli nie miał innego wyjścia, jak pokazać zawodnikowi Blackburn czerwoną kartkę. Szanse podopiecznych O’Neilla na awans spadły niemal do zera…




Po zejściu z boiska Duffy’ego Francuzi osiągnęli jeszcze większą przewagę i tylko ich nieskuteczności oraz dobrej postawie Randolpha Irlandczycy mogą zawdzięczać, że nie przegrali tego spotkania wyżej. Bliski skompletowania hat-tricka był Griezmann, a dobrą okazję zmarnował również wprowadzony z ławki Andre-Pierre Gignac. Mimo braku jednego zawodnika podopieczni O’Neilla do końca byli jednak niewygodnym rywalem i mimo porażki należy docenić ich dobrą postawę. Wraz z końcowym gwizdkiem sędziego stało się jednak jasne, że to Eire pojadą do domu, a gospodarze nadal mogą śnić o zdobyciu Mistrzostwa Europy. Nie ma jednak wątpliwości, że gracze Deschampsa tym występem ponownie nie pokazali pełni swojego potencjału, co czyni ich awans mało efektownym. Póki co, wyniki to jeden z niewielu powodów do optymizmu dla francuskich fanów, bo gra Les Bleus nikogo nie powaliła na kolana. Przed kolejnym meczem Deschamps z pewnością nie uniknie trudnych pytań, bo gdyby nie przebłysk geniuszu Griezmanna, z awansem Trójkolorowych do ćwierćfinału mogło być naprawdę różnie…





 Francja 2:1 Irlandia IrelandFlagImage 

Na stadionie w Lille, niewiele ponad godzinę po zwycięstwie Francuzów, na boisko wybiegły jedenastki Niemiec i Słowacji. Było to kolejne starcie tego dnia, w którym łatwo było wskazać wyraźnego faworyta. Podopieczni Joachima Löwa, po zdobyciu siedmiu punktów, pewnie wygrali swoją grupę, natomiast ich rywale, Słowacy, awansowali do 1/8 finału po zajęciu trzeciego miejsca, a do historycznego sukcesu wystarczyło im zaledwie jedno zwycięstwo – przeciwko Rosji. Nasi południowi sąsiedzi szczególnie zaimponowali jednak w starciu przeciwko Anglii, gdy udało im się bezbramkowo zremisować, co przypieczętowało ich wyjście z grupy. Solidna defensywa miała być również kluczem do podjęcia walki przeciwko Niemcom, którzy absolutnie nie zakładali innego scenariusza niż pewne pokonanie Słowaków. Löw dokonał w swoim składzie tylko jednej zmiany, w porównaniu z zestawieniem personalnym, które mogliśmy oglądać w wygranym kilka dni temu meczu z Irlandią Północną. Do wyjściowej jedenastki powrócił Julian Draxler, który zastąpił Mario Götzego, a po raz kolejny szansę gry od pierwszej minuty otrzymali Joshua Kimmich oraz Mario Gomez.


Na więcej roszad w jedenastce musiał się zdecydować z kolei selekcjoner Słowaków, Ján Kozák, który w porównaniu ze zremisowanym meczem z Anglią posadził na ławce choćby Ondreja Dudę. Zawodnika Legii z występu wykluczył lekki uraz, podobnie jak Tomáša Hubočana, Róberta Maka czy Dušana Švento. Większość zmian była więc wymuszona, ale trzon drużyny z Martinem Škrtelem, Markiem Hamšíkiem oraz Vladimirem Weissem pozostał nienaruszony, co miało doprowadzić do powtórki z meczu towarzyskiego przed turniejem, gdy Słowacy pokonali Niemców 3:1.


Od pierwszego gwizdka polskiego sędziego Szymona Marciniaka mecz przebiegał zgodnie z oczekiwaniami, bowiem to Niemcy osiągnęli wyraźną przewagę. Już w 7. minucie precyzyjnym strzałem zza pola karnego popisał się Jérôme Boateng i wyprowadził mistrzów świata na prowadzenie.





Niemcy, idąc za przykładem Francuzów, również szybko chcieli zdobyć drugą bramkę i zapewnić sobie spokojną grę do końca meczu. Doskonałą szansę mieli już po sześciu minutach, gdy Marciniak podyktował rzut karny za faul Škrtela na Gomezie. Wydaje się, że Polak podjął dobrą decyzję, choć wzbudziła ona pewne kontrowersje.


Koszmar Słowaków zamienił się jednak w wybuch optymizmu, gdy po chwili strzał Mesuta Özila z jedenastu metrów wybronił Matúš Kozáčik. Wynik nie uległ więc zmianie, a niemieckie problemy ze skutecznością po raz kolejny dały o sobie znać.



Niewykorzystany karny nie spowodował jednak zbyt dużego rozczarowania w szeregach Die Mannschaft, którzy nadal ambitnie dążyli do strzelenia kolejnej bramki. Dominacja podopiecznych Löwa ani przez chwilę nie podlegała dyskusji, a duże wrażenie robiła zwłaszcza dokładność przy rozgrywaniu akcji i świetnie przygotowanie fizyczne. Mesut Özil, kilka minut po niestrzelonej jedenastce, mógł wyrównać rachunki ze słowackim golkiperem, ale piłka po jego strzale nieznacznie minęła jednak bramkę Kozáčika. Słowacy stanowili tylko tło dla mistrzów świata, którzy nie pozostawili złudzeń, komu należy się awans do ćwierćfinału.


Podopieczni Jána Kozáka niezwykle rzadko wychodzili ze swojej połowy, ale gdy raz zaatakowali niemiecką bramkę, wielu fanom zza naszej zachodniej granicy mocniej musiały zadrżeć serca. Po strzale głową Juraja Kucki fantastyczną interwencją popisał się jednak Manuel Neuer i marzenia Słowaków o wyrównaniu trzeba było ponownie włożyć między bajki. Sytuacja naszych południowych sąsiadów stała się jeszcze gorsza, gdy tuż przed przerwą prowadzenie Niemców po cudownej akcji Draxlera podwyższył strzałem z najbliższej odległości Gomez.




Absolutna dominacja reprezentacji Niemiec do przerwy znalazła swoje odzwierciedlenie w wyniku, a szanse Słowaków na podjęcie walki w drugiej połowie wyglądały niezwykle mizernie. Takiej supremacji jednej drużyny w meczach 1/8 finału jeszcze na EURO 2016 nie obserwowaliśmy. Niemiecka maszyna zdawała się wyraźnie wskakiwać na poziom znany z Mistrzostw Świata w Brazylii.




Początek drugiej połowy to zmniejszenie biegu przez Niemców z “czwórki” na “trójkę”, co jednak zupełnie nie zmieniło obrazu gry. Przewaga ekipy Löwa nadal była ogromna, ale przy bezpiecznym prowadzeniu mogli oni sobie pozwolić na nieco luźniejsze podejście. Słowacy wyglądali na drużynę pogodzoną z losem, przez co Neuer zaliczył w bramce niezwykle spokojne popołudnie. Niemcy natomiast cierpliwie rozgrywali piłkę i konsekwentnie przebywali na połowie przeciwnika. Ich przewagę najlepiej obrazuje wykaz przemieszczania się po boisku Boatenga, który mimo, że jest obrońcą, niezwykle często brał udział w akcjach ofensywnych.


Kolejny gol był kwestią czasu, a stało się to ostatecznie w 63. minucie, gdy cudownym uderzeniem z woleja pod poprzeczkę swój świetny występ ukoronował Draxler. Słowaccy obrońcy mieli niezwykłe problemy z powstrzymaniem przebojowego skrzydłowego Wolfsburga, a on sam dosyć długo czekał na drugiego gola w narodowych barwach.




Do końca meczu obraz gry nie uległ już zmianie, a sposób rozgrywania akcji przez Niemców naprawdę mógł imponować. Na boisku pojawili się weterani: Lukas Podolski i Bastian Schweinsteiger, którzy również dorzucili swoje “trzy grosze” do niezwykle efektownego triumfu. Podopieczni Joachima Löwa pokazali zupełnie inną twarz niż Francuzi, którzy długo męczyli się z Irlandczykami. Po zdobyciu gola na 3:0 co prawda niezbyt zależało Die Mannschaft na stwarzaniu kolejnych sytuacji, ale ich dominacja nie podlegała dyskusji choćby na moment. To był niezwykły pokaz niemieckiej siły i ostrzeżenie wysłane do rywali. Teraz już chyba nikt nie ma wątpliwości, że mistrzów świata stać na kolejny tytuł. Słowacy, po odpadnięciu w takim stylu, mogą być przygnębieni, ale na pewno nie rozczarowani, bo dzisiaj przeciwko Niemcom poległoby zapewne wiele drużyn o znacznie większym potencjale.




 Niemcy 3:0 Słowacja  

Na zakończenie niedzieli na EURO 2016 czekało nas starcie sensacyjnego zwycięzcy grupy F – Węgrów oraz dyżurnego “czarnego konia”, czyli Belgów. Tutaj już nie było tak łatwo o wytypowanie zwycięzcy, jak w poprzednich dwóch meczach, jednak zdrowy rozsądek kazał stawiać na podopiecznych Marca Wilmotsa. Czerwone Diabły zakończyły grupową rywalizację na drugim miejscu w tabeli, tuż za Włochami, jednak dwa zwycięstwa bez straty gola przeciwko Irlandczykom oraz Szwedom pozwoliły nieco uciszyć krytyków. Wydawało się, że belgijskie gwiazdy zaczynają nabierać rozpędu, ale przeciwko nieobliczalnym Węgrom niczego nie można było być pewnym. Podopieczni Bernda Storcka w ostatnim meczu grupowym stworzyli do spółki z Portugalczykami niesamowite widowisko i udowodnili, że potrafią być skuteczni w ofensywie. W porównaniu z tym spotkaniem selekcjoner Madziarów dokonał w składzie kilku zmian, ale miejsce w jedenastce znalazło się chociażby dla dwóch graczy Lecha Poznań – Tamása Kádára i Gergő Lovrencsicsa. Sytuację Storckowi skomplikowała nieco sytuacja podczas rozgrzewki, na której urazu doznał desygnowany pierwotnie do gry od pierwszej minuty László Kleinheisler. Niemiecki trener w ostatniej chwili musiał go zastąpić graczem Ferencvárosu Budapeszt, Ádámem Pintérem. Z kolei w jedenastce Belgów wybiegł tylko jeden zawodnik, który wygrany mecz ze Szwecją rozpoczął na ławce – Dries Mertens zajął miejsce Yannicka Ferreiry Carrasco.


Wspólną cechą wszystkich dzisiejszych spotkań były gole w pierwszych minutach meczu. Na stadionie w Tuluzie o szybie emocje zadbali Belgowie, a konkretnie Toby Alderweireld. Zawodnik Tottenhamu otworzył wynik spotkania strzałem głową po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Kevina De Bruyne’a, a zachowanie węgierskich obrońców w tej sytuacji pozostawiało wiele do życzenia. Powróciły demony z poprzedniego spotkania przeciwko Portugalii, gdy Madziarzy również stracili podobną bramkę za sprawą Cristiano Ronaldo. Teraz, aby wrócić do gry, znów potrzebny był błysk Balázsa Dzsudzsáka lub któregoś z jego kolegów, bowiem awans do ćwierćfinału wymykał się piłkarzom Storcka z rąk.




Minuty mijały, ale ze strony Węgrów nie obserwowaliśmy poprawy jakości w ofensywie. Nemzeti Tizenegy rozgrywała najgorszy mecz w turnieju, a bardzo słabo wyglądała zwłaszcza gra w obronie. Asy belgijskiej reprezentacji, na czele z Edenem Hazardem i De Bruyne’m, cały czas wchodziły w węgierską defensywę jak w masło, stwarzając dla Czerwonych Diabłów kolejne okazje do zdobycia gola. Najbliżej celu był zawodnik Manchesteru City, którego uderzenie z rzutu wolnego na poprzeczkę w niezwykle efektowny sposób sparował najlepszy gracz Madziarów – Gábor Király.





Węgrzy mieli okazję na wyrównanie po uderzeniach z dystansu Lovrencsicsa i Dzsudzsáka, ale w porównaniu z atakami Belgów ich próby wyglądały na łabędzi śpiew. Do przerwy podopiecznym Wilmotsa nie udało się jednak podwyższyć prowadzenia, a wynik 1:0 na pewno nie stanowił dla Czerwonych Diabłów nadmiernego komfortu przed drugą połową. Po przerwie należało się więc spodziewać dużych emocji, choć Węgrów z pewnością czekało trudne zadanie, bowiem przez pierwsze 45 minut byli zdecydowanie gorsi od swoich rywali.




Po zmianie stron coraz częściej zaczęli dochodzić do głosu Węgrzy, którzy poprawili również nieco swoją grę w defensywie. Mecz zrobił się niezwykle otwarty, bowiem również Belgowie nie zamierzali poprzestać na jednym trafieniu, dzięki czemu nie brakowało dogodnych sytuacji zarówno pod jedną, jak i drugą bramką. W porównaniu z wczorajszymi spotkaniami, starcie na Stadium Municipal w Tuluzie naprawdę mogło się podobać, choć cały czas bardzo niepewnie wyglądała węgierska obrona. W 78. minucie błędy Madziarów dały o sobie znać po raz kolejny, gdy na 2:0 podwyższył wprowadzony moment wcześniej z ławki rezerwowych Michy Batshuayi. Chwilę później sprawa była już jasna, bowiem do siatki Király’ego trafił jeszcze po pięknej indywidualnej akcji Hazard.





Podopieczni Bernda Storcka, którzy w momencie straty trzeciej bramki powoli godzili się z myślą, że ich piękny francuski sen dobiega końca, do samego końca walczyli jednak o zmniejszenie strat. Dogodne sytuacje marnowali choćby Ádám Szalai czy wprowadzony w przerwie Akos Elek. Dużo skuteczniejsi byli tego wieczoru Belgowie, którzy zdążyli jeszcze wbić gwóźdź do węgierskiej trumny. Wysokie zwycięstwo Czerwonych Diabłów w doliczonym czasie gry przypieczętował inny rezerwowy – Yannick Ferreira-Carrasco. 4:0 i bolesne pożegnanie Madziarów z EURO 2016 stało się faktem.



Belgowie wysokim zwycięstwem postraszyli Walijczyków, którzy będą teraz ich rywalem w ćwierćfinale francuskiego turnieju, ale nie ulega wątpliwości, że nadal stać ich na jeszcze lepszą grę. Gdyby nie piorunująca końcówka, oceny ich występu mogły być zdecydowanie inne, a groźne ataki węgierskiej ekipy potwierdziły, że Marc Wilmots nadal ma nad czym pracować ze swoim zespołem, zwłaszcza w defensywie. Fantastyczne zagrania ofensywnych gwiazd Czerwonych Diabłów dają jednak dużą nadzieję na dobry wynik w wykonaniu Belgów. Węgrzy natomiast, mimo wysokiej porażki, naprawdę mogą być dumni ze swoich dokonań i na pewno wracają do domu z podniesioną głową.



 Węgry 0:4 Belgia  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *