20201002_141337

Podopieczni Dariusza Żurawia sprawili przyjemną niespodziankę kibicom w całej Polsce i po emocjonującej rywalizacji z  Royal Charleroi zameldowali się w fazie grupowej Europa League. Jest to wyczyn tym większy, że udało się wyeliminować lidera belgijskiej ekstraklasy, występując  po raz kolejny w tym sezonie europejskich pucharów na wyjeździe, świeżo po stracie Kamila Jóźwiaka i Roberta Gumnego. Czasu na świętowanie było jednak niewiele, gdyż już w niedzielę Kolejorza czeka powrót na ligowe boiska i wyjazdowy bój z Piastem Gliwice, usilnie szukającym okazji do przełamania. Już w piątek Lech poznał rywali w fazie grupowej, a los zdecydował, że o awans do kolejnej rundy trzeba będzie się zmierzyć z Benfiką, Glasgow Rangers oraz Standardem Liège.

Mamy koniec lipca 2014 roku. Karol Klimczak piastujący w stolicy Wielkopolski funkcję prezesa udziela wywiadu biznesowemu miesięcznikowi “Forbes”. Padają w nim następujące słowa: “Nie wiem, w jakim miejscu w 2020 roku będzie Legia, ale my zamierzamy znaleźć się wśród 50 najlepszych klubów w Europie”. Któż z nas potraktował wówczas taką wypowiedź poważnie? Nie brakowało szydery i wypominania tego później przy każdym kolejnym niepowodzeniu. Najczęściej takie głosy napływały z Warszawy, co nie mogło nikogo dziwić. Tymczasem to właśnie Lech, po tym jak stracił Jóźwiaka i Gumnego, wywalczył awans do fazy grupowej europejskich pucharów, a nie Legia, do której w tym okienku transferowym dołączyli Artur Boruc, Bartosz Kapustka, Filip Mladenović, Josip Juranović czy Joel Valencia.


W przeciwieństwie do Wojskowych, droga Kolejorza do wymarzonej fazy grupowej nie wiodła przez mecze na własnym boisku, lecz trudne wyjazdy na Cypr, a przede wszystkim do Belgii, gdzie piłkarze Dariusza Żurawia zdecydowanie nie byli faworytami bukmacherów. 47-letni trener miał jednak odpowiedni zamysł faktyczny, który odpowiednio zadziałał, bo przesunięty nieco wyżej Tymoteusz Puchacz zdobył przecież bramkę numer dwa. Było to możliwe, bo przy Bułgarskiej okazano Żurawiowi pełne zaufanie i nikt przy pierwszym kryzysie nie pomyślał o jego zwolnieniu. Podjął odważną decyzję o postawieniu na młodzież wspomaganą solidnymi obcokrajowcami i zbiera za to zasłużoną nagrodę. To właśnie patrząc na Modera, Marchwińskiego, Kamińskiego czy właśnie Puchacza widzimy w tej chwili największy atut Lecha. Owszem, czasami brakuje im odpowiedniego doświadczenia i fatalnie pudłują w dogodnych sytuacjach, ale ich inteligencja i rywalizacja bez kompleksów zaskoczyła nawet lidera belgijskiej ekstraklasy. Nie będziemy jednak przesadzać z pochwałami pod adresem byłego defensora Hannoveru, bo zaraz ktoś wpadnie na pomysł, że także jemu należy przyznać tytuł “nowy Kazimierz Górski na nowe czasy”.

W piątkowe przedpołudnie trwała ożywiona dyskusja w mediach społecznościowych na temat ewentualnej grupy dla ekipy z Poznania. Stało się jasne, że ze względu na znikomy współczynnik Lech znajdzie się w ostatnim, czyli czwartym koszyku. To oznaczało, że przynajmniej teoretycznie każdym z rywali będzie dysponował większym potencjałem. Mimo to przy odrobinie szczęścia można było wylosować Bragę czy Łudogorec, co zwiększało szansę na zdobycie kolejnych punktów rankingowych.


Co ciekawe, nie brakowało głosów, że nie można myśleć wyłącznie w kategoriach minimalnej przeszkody, lecz celować w zespoły z najwyższej półki. A takich w tej edycji nie brakuje, bo o zwycięstwo zamierzają walczyć takie ekipy, jak Arsenal, Tottenham, Napoli, AC Milan czy Villarreal. Ostatecznie okazało się, że w najbliższych tygodniach na drodze Dumy Wielkopolski staną Benfica, Rangers FC oraz Standard Liège.

Jak zatem zależy przyjąć werdykt losu? Można nieco żałować, że z marketingowego punktu widzenia nie udało się wylosować żadnej ekipy ze ścisłego topu, której pokonanie byłoby wspominane przez wiele miesięcy, jak niegdyś z Manchesterem City. Z drugiej strony, znacznie łatwiej będzie podjąć rywalizację, bo na starcie na pewno nie można powiedzieć, że Lech jest bez jakichkolwiek szans na awans do fazy pucharowej. Najsilniejszym rywalem z pewnością będzie Benfica, do której latem dołączyli Éverton Soares, Jan Vertonghen czy Luca Waldschmidt. Mimo tego klub z Lizbony zupełnie niespodziewanie nie zdołał wywalczyć promocji do znacznie bardziej prestiżowych rozrywek.


Poza tym jeszcze raz Lech będzie mógł się sprawdzić w batalii “polsko-belgijskiej”, a także pomścić Legię, której przez rokiem drogę do fazy grupowej Ligi Europy zamknęła właśnie ekipa dowodzona przez Stevena Gerrarda.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *