C8XSaA8WAAAAOm2

Drugim po Francesco Tottim piłkarzem ze złotej włoskiej reprezentacji AD 2006, który kończy w tym roku karierę, jest Andrea Pirlo. Rozgrywający New York City ogłosił przed kilkoma dniami, że w grudniu przestanie wyczynowo grać w piłkę. W przeciwieństwie do legendy Romy, wychowanek Brescii Calcio może pochwalić się dużo bardziej okazałą gablotą z pucharami za rozgrywki klubowe.

Andrea Pirlo to bowiem nie tylko mistrz świata z 2006, ale także dwukrotny zwycięzca Ligi Mistrzów (2003, 2007) i sześciokrotny mistrz Włoch (2004, 2011-2015). Poza tym w barwach AC Milan sięgał także po Puchar Interkontynentalny (2007), Klubowe Mistrzostwo Świata (2008) i dwukrotnie po Superpuchar Europy (2004, 2008). Do tej wyliczanki dodać trzeba także dwa Puchary oraz Superpuchary Italii (oba już w Juventusie), a także mistrzostwo Europy do lat 21, zwycięstwo wraz z Primaverą Brescii w bardzo prestiżowym Viareggio Cup (1996) i z dorosłą drużyną tego klubu przed dwudziestoma laty pierwsze miejsce w Serie B. Trzykrotne wygrywał też plebiscyt na najlepszego włoskiego piłkarza (2012, 2013, 2014). Indywidualne laury “L’Architetto” zdobywał już po trzydziestych urodzinach. Sporo tego, prawda? Każdy kibic futbolu wie jednak, że Andrea Pirlo w pełni zapracował na każdy z tych sukcesów, a dodatkowo wygrał coś jeszcze – pamięć i status legendy.


To do niego porównuje się teraz każdego młodego pomocnika, który zaczyna stawiać pierwsze kroki w wielkiej piłce. To jego umiejętność kreowania gry jest przywoływana za każdym razem, gdy ktoś potrafi jednym podaniem minąć dwie linie rywala i posłać dokładną piłkę do partnera z drużyny. Żeby Pirlo przyśpieszył grę swojego zespołu, wcale nie musiał biegać. Wystarczyło jedno idealne zagranie, dzięki któremu rywale nagle znajdowali się za, a nie przed linią futbolówki. To o nim Zbigniew Boniek powiedział, że podać do niego piłkę, to jak zamknąć ją w sejfie. Tylko garstka piłkarzy, tych z najwyższej półki, była/jest w stanie zmonopolizować ten okrągły przedmiot w trakcie meczu w podobnym stopniu co Andrea.


W Serie A zadebiutował 21 maja 1995, trzy dni po siedemnastych urodzinach w meczu przeciwko Reggianie. Oba zespoły były już pogodzone z losem i pewne spadku do Serie B, więc młody pomocnik otrzymał od trenera małą przystawkę – taką, żeby mógł posmakować włoskiej ekstraklasy. Pirlo zagrał 10 minut i wrócił do rozgrywek młodzieżowych na całe następne campionato. Drużyna Leonessa nie powróciła jednak od razu do elity i w rozgrywkach 1996/97 w zwycięstwie na zapleczu Serie A mógł już pomóc genialny wychowanek. Pojawiał się na boisku 17 razy, strzelił dwa gole i był już pełnoletni, zatem spokojnie mógł wychylić kieliszek szampana za ten sukces. Bąbelki nie uderzyły mu jednak do głowy, a wygranie drugiego poziomu rozgrywek było dopiero pierwszym z wielu sukcesów, które wymieniliśmy na wstępie.

Sezon 1997/98 miał jednak słodko-gorzki smak. Andrea Pirlo stał się pełnoprawnym członkiem pierwszej jedenastki ze Stadio Mario Rigamonti (29 meczów, 4 gole), ale jego klub, w składzie m.in. z Markiem Koźmińskim, już po roku spędzony w elicie wracał tam, skąd dopiero co się wyrwał. Latem 1998 roku równie drastyczna zmiana czekała samego rozgrywającego. Nie przeprowadzał się co prawda na drugi koniec kraju, bo wciąż pozostawał w Lombardii, ale na drugi koniec ligowej tabeli. Pirlo zaliczył wówczas wystrzał niczym z katapulty – prosto do Interu. Młodego trequartistę grającego zaraz za napastnikami czekała teraz prawdziwa szkoła życia na Stadio Giuseppe Meazza. Czy ostateczne fiasko, jakim zakończyła się przygoda z ekipą Nerazzurich, może sugerować, że tę szkołę Andrea oblał? Bynajmniej. Będąc piłkarzem klubu Massimo Morattiego, zagrał naprawdę niezły sezon w… Regginie.


Wiosna rozgrywek 2000/01 to jednak kolejny zawód w niebieskiej części Mediolanu, po którym nasz bohater znów wybrał wypożyczenie – tym razem do swojej piłkarskiej Alma Mater. W Brescii spotkał trenera Carlo Mazzone oraz legendę calcio Roberto Baggio. Były opiekun m.in. Romy mówił wtedy o swoim podopiecznym w samych superlatywach – współpraca Pirlo z Baggio przebiegała wręcz wzorowo, a klub, który przez lata zasłużył na miano „wiecznego beniaminka”, zakończył sezon na siódmej pozycji. W Interze jednak nie wierzono w zawodnika, który dwukrotnie na wypożyczeniu udowodnił swoją wartość. Kiedy po kreatywnego pomocnika zgłosił się rywal zza miedzy z ofertą opiewającą na 35 miliardów lirów (dziś byłoby to około 18 mln € – dod. red.) plus kartę zawodniczą Dražena Brnčicia, druga strona zadała tylko jedno pytanie: gdzie podpisać? Brnčić nigdy nie zagrał w koszulce w czarno-niebieskie pasy, a Pirlo w tej składającej się z pasów czarno-czerwonych wygrał wszystko co możliwe, stanowiąc o sile jednego z najlepszych w historii zespołów tak utytułowanego klubu, jak AC Milan, a samemu stając się jednym z najlepszych piłkarzy Rossonerich w dziejach. Kolejny z wielu przykład zawodnika, który by zostać wielkim musiał odejść z Interu.

Urodzony we Flero zawodnik szybko potwierdził swoje umiejętności. Pod batutą Carlo Ancelottiego Milan dwukrotnie sięgał po ostateczny triumf w Champions League, zdobył mistrzostwo Włoch i Puchar kraju, ale przede wszystkim grał bardzo dobrze w piłkę. Pirlo optymalnie czuł się w tym zespole tak na początku swojego pobytu kiedy grali w ustawieniu 1-4-3-1-2 jak i po obfitym w łupy mercato roku 2002 kiedy do słynnego ośrodka Milanello dołączyli m.in. Rivaldo, Dario Šimić i Clarence Seedorf. Ofensywa i druga linia zespołu była wręcz przepełniona jakością. Żeby nie tracić szans na granie, Andrea ustalił z trenerem, że spróbuje swoich sił jako klasyczna „szóstka”. Pierwszy pomocnik grający tuż przed obrońcami, patrząc z ich perspektywy. Okazało się to świetnym ruchem. Zawodnik z takim przeglądem pola, jak nasz bohater, uzyskał dużo lepszy widok na plac gry niż wtedy, gdy grał ustawiony wyżej. Il Diavolo zaczęli grać ustawieniem przypominającym choinkę, a włoscy dziennikarze szybko podłapali tę terminologię (l’albero di Natale) i prześcigali się w tytułach zawierających ten zwrot. Prezentów pod tym drzewkiem również nie zabrakło, bo znalazł się tam zarówno Puchar Włoch, jak i Puchar Europy.

Andrea teoretycznie miał mniej szans na indywidualne osiągnięcia w postaci bramek czy asyst, ale i na to znalazł skuteczne lekarstwo. 30 marca 2002 roku pierwszy raz pokonał ligowego bramkarza strzałem bezpośrednio z rzutu wolnego (w meczu z Parmą – przyp. red.). Dopóki grał w Serie A, uczynił to jeszcze 27 razy. Do wyrównania rekordu ligi należącego do Sinišy Mihajlovicia zabrakło mu jednego gola zdobytego w ten sposób. Sam nadał sobie także osobliwy przydomek: „Przeklęty” (z wł. „Maledetta”). Pewnie dlatego, że większość bramkarzy przy schylaniu się po piłkę po jego strzałach przeklinała go niemiłosiernie…

Swoją drogą sposób, w jaki Pirlo wykonuje rzuty wolne, został poddany badaniom w instytucie Technologii Massachusetts. Naukowcy próbują tam wyjaśnić i zrozumieć fenomen jego uderzeń i trajektorię lotu futbolówki. Sam Andrea, żeby dojść do perfekcji, nie potrzebował „kosmicznej technologii”. Wystarczyła chwila skupienia… na sedesie i pomysł genialny w swej prostocie – podpatrzeć, w jaki punkt piłki trafia największy specjalista w tej dziedzinie – Juninho Pernambucano. Zadziałało. Brazylijczyk zresztą z wielką atencją odniósł się do sukcesów młodszego kolegi:

„Nie tyle skopiował mój sposób strzału, ale wręcz go poprawił. Gdybym wciąż grał w piłkę, zapytałbym go, w jaki sposób to zrobił, a potem sam bym się tego chciał nauczyć”

Juninho Pernambucano

Latem 2011 roku, po dziewięciu sezonach sukcesów i dopiero co zdobytym scudetto, w Mediolanie uznano, że 32-letni wówczas piłkarz powoli przechodzi na drugą stronę rzeki i postanowiono nie przedłużać z nim kontraktu. Milan miał odmłodzić skład, żeby wciąż liczyć się w walce o najwyższe cele. Siódmy na mecie tamtego campionato Juventus postanowił wykorzystać okazję – tak doświadczony kreator gry miał być w zamyśle Antonio Contego jednym z elementów, które pomogą Starej Damie wrócić na szczyt.


Jak bardzo pomylił się wówczas Adriano Galliani, widać dziś z perspektywy sześciu lat, ale widać było też po roku, kiedy to Juve świętowało mistrzostwo kraju wyprzedzając o cztery punkty Milan. Z biegiem czasu ten dystans tylko się powiększał. Będąc piłkarzem Bianconerich Pirlo sięgał po krajowe i indywidualne laury oraz zagrał w czwartym w karierze finale Ligi Mistrzów oraz finale Mistrzostw Europy w 2012 roku. Oba przegrał, za każdym razem z Hiszpanami, ale srebrne medale zdobywane na najwyższym światowym poziomie dobrze po 30-tych urodzinach także mają swoją wymowę.

Źródło: Getty Images Europe / Foto:  Claudio Villa
Źródło: Getty Images Europe / Foto: Claudio Villa

Mistrz Świata z 2006 roku od dwóch lat gra w amerykańskiej MLS dla New York City, a przede wszystkim cieszy się z życia w “Big Apple”, co widać po jego mediach społecznościowych. Za Oceanem spokojnie może przejść ulicą, udać się z rodziną na spacer czy do restauracji, bo zwyczajnie nie jest tam tak rozpoznawany, jak w swojej ojczyźnie. Nie jest też oczywiście w żadnym wypadku „no name’m”, skoro na jego cześć nazwano… kanapkę. Dla Amerykanów to jeden z głównych składników menu, a food tracki, które je sprzedają, stoją niemal na każdym skrzyżowaniu. Dla zainteresowanych: sandwich składa się z włoskiego białego chleba, salami, grillowanej cukinii, mozzarelli oraz marynowanych jagód. Podobno pyszna.


Pirlo zostawi po sobie w Nowym Yorku nie tylko wspomnienia. W niedawnym wywiadzie dla “La Gazzetta dello Sport” wyznał, że wraz z końcem sezonu w MLS, a co za tym idzie końcem kontraktu, ma zamiar zawiesić buty na kołku i wrócić do Italii.

„Po prostu zdajesz sobie sprawę, że przyszedł czas. Każdego dnia powtarzają się te same problemy fizyczne, nie możesz trenować tak jakbyś chciał bo ciągle cię coś boli. W moim wieku czas powiedzieć sobie, że wystarczy. Nie znajdziesz sił by grać do pięćdziesiątki”

Andrea Pirlo

Pirlo nie precyzuje póki co, czym mógłby się zająć na emeryturze. Można zakładać, że pierwsze miesiące po powrocie do ojczyzny spędzi na doglądaniu swojej winiarni, opiece nad bliźniakami, które powiła niedawno jego nowa partnerka Valentina Baldini oraz… grze na Play Station. Bo od tego urządzenia jest wręcz uzależniony, czego nie ukrywa. Sam przyznaje, że popołudnie 9 lipca 2006 roku spędził z padem w ręku. Wieczorem zaś wyszedł na boisko w Berlinie i wygrał mundial…


„Co będzie robił teraz Pirlo? Jeszcze nie wiem. W grudniu wracam do Włoch i dam sobie trochę czasu na podjęcie decyzji. Jeśli chodzi o bycie trenerem, to od zawsze mówię, że bycie dobrym piłkarzem nie zawsze wystarcza do tego, by zostać uznanym szkoleniowcem. Trzeba mieć w sobie tę iskrę”

Andrea Pirlo

Zdrowy rozsądek podpowiada, że człowiek o tak szerokich horyzontach i piłkarz z taką wielką inteligencją boiskową spokojnie poradziłby sobie na ławce trenerskiej. Być może to jego przyszłość, zwłaszcza że kilku jego kolegów z dawnego Milanu już smakuje tego chleba: Filippo Inzaghi, Clarenece Seedorf, Andriy Shevchenko, Alessandro Nesta czy Cristian Brocchi. Jednego możemy być jednak pewni i powtórzymy to za portalem “l’Ultimo uomo”: Pirlo jest niezastąpiony. Nowy Andrea już się nie narodzi…


Autor: Łukasz Szymański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *