Ten klub jest dla wielu fanów angielskiej piłki ostoją tradycji w czasach, gdy zagraniczni inwestorzy wraz z ogromnymi pieniędzmi coraz odważniej wkraczają w futbolowy biznes. Dzisiejsza Premier League zupełnie różni się bowiem od tej sprzed kilkunastu lat, kiedy kilka milionów funtów zapłaconych za piłkarza stanowiły całkiem pokaźną sumę. W Burnley czas płynie jednak zdecydowanie wolniej. Tegoroczny beniaminek pokazuje, że również podążając inną drogą można osiągać dobre wyniki i sprawiać radość fanom. Do tej pory The Clarets po obu awansach do angielskiej ekstraklasy spadali w tym samym sezonie, ale na Turf Moor liczą na zatrzymanie tej niekorzystnej tendencji. Początek obecnej kampanii pokazuje, że nie musi to być wcale marzenie ściętej głowy.

Dziewiąte miejsce, jakie zajmowała ekipa Seana Dyche’a przed rozpoczęciem 12. kolejki to wynik powyżej oczekiwań, jednak trudno powiedzieć, aby korzystne rezultaty beniaminka były dziełem przypadku. Od lat Burnley może być stawiane za wzór, jeśli chodzi o zarządzanie klubem oraz umiejętne mierzenie sił na zamiary. Na czele tej sprawnie działającej machiny od półtora roku stoi samodzielnie Mike Garlick, który od dziecka był wielkim fanem The Clarets. Wcześniej rządził klubem do spółki z Johnem Banaszkiewiczem, a w roli dyrektora dołączył do zarządu w 2006 roku. Dla polskich fanów szczególnie ciekawa może być postać jego współpracownika o swojsko brzmiącym nazwisku. Banaszkiewicz, znany kibicom bardziej jako “John B”, przejął Burnley wspólnie z Garlickiem w 2012 roku z rąk Barry’ego Kilby’ego, który rządził na Turf Moor przez trzynaście lat, a obecnie jest wiceprezesem. 53-letni Anglik wciąż posiada niecałe 28% akcji, ale latem ubiegłego roku z powodów rodzinnych zrezygnował z bycia prezesem, pozostając jednak na stanowisku dyrektora. Poza działalnością w Burnley zaangażowany jest także w branżę frachtową – w 2002 roku współzakładał spółkę Freight Investor Services.

Podobnie jak Garlick, Banaszkiewicz również pochodzi z hrabstwa Lancashire i zawsze kibicował The Clarets. Ten pierwszy sporego majątku dorobił się z kolei w sektorze usług finansowych, lecz do klubu dołączył w dosyć trudnej sytuacji. Chwilę wcześniej Burnley było bowiem zmuszone do sprzedaży skutecznego strzelca – Ade Akinbiyiego. Pieniądze z jego transferu pozwoliły Bordowym uniknąć poważnych tarapatów finansowych. W tamtym czasie na Turf Moor zmagali się z jeszcze innym kłopotem, o którym opowiada Garlick:

“Kiedy przybyłem do klubu, właśnie został sprzedany nasz stadion! Trzeba było zacząć od tego, aby go odkupić. To tak jak z domem – jeśli nim zarządzasz, ale nie jesteś jego właścicielem, to tak jakbyś rozwijał go dla kogoś innego. Ze względu na kruczki prawne nie było łatwo, lecz ostatecznie udało mi się przekonać poprzedniego gospodarza. Byłem niezwykle dumny, że do tego doprowadziłem – to był nasz pierwszy krok do uzdrowienia Burnley”

Po tym, jak udało sie wykupić tereny wokół Turf Moor, Garlick skupił się na rozbudowaniu ośrodka treningowego w Gawthorpe – kosztowało to niemal 10 mln £. W marcu tego roku obroty klubu szacowano już na niemal 80 milionów, a zyski po awansie do Premier League z pewnością pozwolą na zwiększenie tej liczby w przyszłym roku. Znając zbilansowane zarządzanie klubem, nie zostaną one jednak wydane rozrzutnie, a o przyszłość Burnley kibice mogą być spokojni.

“Stadion, ośrodek treningowy – to jest nasze dziedzictwo. Właśnie to po nas pozostanie, więc musimy zadbać, by było jak najbardziej rozwinięte. Dzięki rozbudowie ośrodka możemy przyciągnąć również zawodników z lepszą reputacją, którzy będą chcieli pracować w dobrych warunkach, a my takie zapewniamy. Produkując i zachęcając piłkarzy taka baza zarabia sama na siebie”Mike Garlick

Najlepszym dowodem stabilizacji Burnley jest osoba Seana Dyche’a. 45-letni menedżer pracuje już od października 2012 roku i przeżył z The Clarets zarówno awans, jak i spadek z Premier League. W czasach ogromnej presji wyników oraz zwalniania trenerów po zaledwie kilku porażkach taki przypadek stanowi rzadki, aczkolwiek chlubny wyjątek. Charyzmatyczny szkoleniowiec zwany “Rudym Mourinho” zbudował sobie jednak w Burnley spory autorytet i cieszy się dużym szacunkiem wszystkich związanych z klubem. W tym sezonie jego zespół zdążył już osiągnąć kilka spektakularnych wyników, a niezwykle mocny jest zwłaszcza na własnym stadionie – na Turf Moor poległy chociażby obie ekipy z Liverpoolu! Po niedawnym zwycięstwie nad Evertonem Dyche nie miał wątpliwości, komu je zawdzięcza.

“Uważam, że kibice byli niesamowici. Przez cały mecz stali za nami murem i wspierali dopingiem. Wiem, że będzie tak do końca sezonu, a ich pomoc będzie niezbędna do utrzymania. Bez nich na pewno byśmy nie wygrali”

Największym bohaterem ostatniej wygranej po dramatycznym meczu z Crystal Palace był jednak przede wszystkim Ashley Barnes. Były napastnik Brighton strzelił zwycięskiego gola na kilka sekund przed końcowym gwizdkiem, kończąc tym samym swoją 21-miesięczną posuchę. Anglik po zakończeniu spotkania nie ukrywał, że czuje ogromną ulgę.

“Duży kamień spadł mi z serca, ale przez cały ten czas wierzyłem, że nadejdzie mój moment. Cieszę się, że trener dał mi szansę, a dzisiaj udowodniłem, że potrafię strzelać gole na poziomie Premier League. Nie lubię patrzeć na życie w ciemnych barwach, więc oddzielam przeszłość grubą kreską. To było wielkie zwycięstwo i na pewno zrobimy wszystko, aby się utrzymać”

Mecz z Orłami z Selhurst Park był już trzecim z rzędu bez porażki, a ostatnia zwyżka formy zaowocowała powołaniem do reprezentacji Anglii dla Michaela Keane’a. Być może wynik starcia z ekipą Alana Pardewa tego nie potwierdza, ale Burnley jest drużyną, która potrafi grać niezwykle twardo w defensywie i uprzykrzać życie napastnikom drużyn przeciwnych. Przekonały się o tym choćby wspomniane drużyny z Liverpoolu, a także Watford czy Arsenal. Wyjątek stanowi mecz z Manchesterem United, mimo tego, że na Old Trafford drużynie Dyche’a… udało się zachować czyste konto. Było to jednak bardziej wynikiem nieudolności strzeleckiej Zlatana Ibrahimovicia i jego kolegów, a nie świetnej postawy The Clarets w defensywie. Punkt wywalczony w “Teatrze Marzeń” na pewno smakował wyjątkowo zwłaszcza Keanowi oraz drugiemu kadrowiczowi w ekipie Burnley – Tomowi Heatonowi. Obaj bowiem stawiali pierwsze kroki w seniorskim futbolu właśnie jako zawodnicy Manchesteru United.

“To wielki powód do dumy dla Burnley, że wysyła na zgrupowanie reprezentacji aż dwóch zawodników – to się naprawdę rzadko zdarza. Ostatnio mieliśmy trochę kłopotów po porażce z Southamptonem, ale podnieśliśmy się odnosząc dwa zwycięstwa u siebie, a także remisując na Old Trafford. Myślę, że jestem w dobrej formie, a powołanie to spełnienie marzeń” Michael Keane

Co ciekawe, po kilkunastu miesiącach Czerwone Diabły znów zapragnęły mieć wychowanka u siebie. Sytuacja wygląda więc bliźniaczo podobnie jak w przypadku Paula Pogby, choć oczywiście w tym przypadku nie trzeba będzie raczej bić transferowego rekordu. Niemniej jednak wartość Keane’a została wyceniona przez włodarzy Burnley na około 25 mln £, a zainteresowanie świeżo upieczonym kadrowiczem Trzech Lwów wykazują też Chelsea oraz mistrz Anglii Leicester.


Wszystko, z czego fani Burnley mogą być obecnie dumni, wzięło się z roztropności włodarzy klubu, którzy wiedzą, jak wydawać pieniądze. Część z nich przeznaczana jest oczywiście na nowych piłkarzy, jednak Garlick jest zdania, że można znaleźć odpowiednich zawodników bez płacenia za nich grubych milionów, tak jak robi to obecnie większość ekip Premier League. Transfery są jednak konieczne, aby uniknąć spadku z tak mocnej ligi.

“Zakup kilka lat temu Sama Vokesa był świetny, a wydaliśmy na niego tylko 350 tys. £. On być może nie strzela goli seriami, ale pracuje na boisku za trzech, a tego potrzebujemy. Znakomity był również transfer Toma Heatona. Dzisiaj to etatowy reprezentant Anglii. Dwa lata temu, gdy spadaliśmy, właśnie takich piłkarzy nam zabrakło. Byliśmy zbyt bierni na rynku transferowym. Teraz poszło nam zdecydowanie lepiej”

Nauczeni więc doświadczeniem sprzed dwóch lat, w tym roku postarali się o prawdziwe wzmocnienia. Najgłośniejszym transferem Burnley było sprowadzenie z Anderlechtu Bruksela pomocnika Stevena Defoura. Za Belga The Clarets zapłacili 7,5 mln £, co stanowi transferowy rekord klubu. Oprócz niego do zespołu beniaminka dołączyli choćby podstawowi zawodnicy reprezentacji Islandii i Irlandii na EURO 2016 – Johann Guðmundsson oraz Jeff Hendrick. Wypożyczono także do końca sezonu młodych “wilczków” z czołowych klubów Premier League – Jona Flanagana i Patricka Bamforda. O ile ci dwaj ostatni nie odgrywają na razie kluczowych ról w drużynie Dyche’a, to pozostali mają pewne miejsce w wyjściowej jedenastce. Cała trójka była zaangażowana w sześć strzelonych bramek, co stanowi ponad połowę wszystkich goli zdobytych przez The Clarets.


Ważnym zawodnikiem dla Burnley mógłby okazać się również Joey Barton, który mocno przyczynił się do zeszłorocznego awansu Bordowych. Anglik latem postanowił jednak zmienić barwy klubowe i dołączył do Glasgow Rangers. Na Ibrox wytrzymał jednak zaledwie kilka miesięcy, zanim pokłócił się z menedżerem Markiem Warburtonem. The Gers rozwiązali kontrakt z krnąbrnym zawodnikiem i teraz pozostaje on bez klubu. W związku z tym Dyche zaprosił Bartona na trening do swojego zespołu i nie wyklucza nawet powrotu wychowanka Manchesteru City na Turf Moor!



“Joey znalazł się w trudnej sytuacji, dlatego mu pomagamy. Zawsze będzie u nas mile widziany, jego wkład w awans był nieoceniony. Za wcześnie jednak, aby stwierdzić, czy dołączy na stałe. Jeśli będzie tego chciał, wszystko jest możliwe. Czy poradziłby sobie w Premier League? Owszem, ma na tym szczeblu spore doświadczenie, ale dawno nie grał w tej lidze, więc trudno na ten temat cokolwiek powiedzieć. Na razie chcemy mu pomóc najlepiej jak potrafimy”Sean Dyche

‘Ostatni bastion’ – to określenie idealnie pasuje, by opisać sposób zarządzania Burnley. Dwa spadki w ciągu siedmiu minionych lat nie wstrząsnęły działalnością klubu, a stały się podstawą do wyciągnięcia odpowiednich wniosków na przyszłość. Zamiast ciągłej niepewności jest stabilizacja, a kibice wierzą, że najlepsze jeszcze przed The Clarets. Początek sezonu rozbudził apetyty na więcej, ale na Turf Moor nie ma porywania się z motyką na słońce. Celem jest przede wszystkim spokojne utrzymanie i wydaje się, że z takimi ludźmi za sterami jak Mike Garlick czy Sean Dyche powinno się to udać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *