P170227-045-LeicesterCity_Liverpool

Kilka lat temu nakręcono film katastroficzny “2012”. Nie chodziło wcale o klęskę polskiej reprezentacji na EURO, a o zapowiadany wówczas koniec świata zgodnie z upływającym kalendarzem Majów. Fanom Liverpoolu tegoroczny bilans występów ich ulubieńców pozwala na wykonanie wiernej reprodukcji, tym razem o tematyce piłkarskiej i pod tytułem “2017”. Odkąd bowiem w Sylwestra The Reds pokonali Manchester City, zupełnie nie przypominają zespołu, który jeszcze niedawno był wymieniany jako najgroźniejszy konkurent Chelsea w walce o tytuł. Teraz Coutinho i spółka wyglądają bardziej na idealną drużynę do przełamania dla słabszych, o czym przekonali się w miniony poniedziałek choćby gracze Leicester.

Fatalna postawa obrońców, brak klasycznej dziewiątki czy złe wybory taktyczne – to najczęstsze zarzuty wobec rozregulowanej machiny Jürgena Kloppa. Wydawało się, że po zwycięstwie z Tottenhamem odejdą one przynajmniej na jakiś czas w zapomnienie, jednak kiepski występ na King Power Stadium przywrócił stare demony. Liverpool zagrał kompletnie bez wiary w zwycięstwo, mimo że przygotowywał się do tego spotkania aż 16 dni! Klopp zabrał nawet swoich podopiecznych na krótkie zgrupowanie do hiszpańskiej La Mangi, a kibice po meczu pytali złośliwie, kiedy można spodziewać się ich powrotu…

Treningi w południowym słońcu nie pomogły w rozwiązaniu problemów z defensywą, które są jedną z największych bolączek The Reds w ostatnich tygodniach. Liverpool stracił już w tym sezonie 33 bramki, co sprawia, że w górnej połowie tabeli gorsze pod tym względem są tylko zajmujące dwa ostatnie miejsca Stoke i West Ham. Nieudolność defensorów LFC bezwzględnie wykorzystał w poniedziałek Jamie Vardy zdobywając swoje pierwsze ligowe bramki od 10 grudnia. Gwiazdor mistrzów Anglii bezczelnie zabawiał się zwłaszcza z grającym z konieczności na środku obrony Lucasem, który zastępował kontuzjowanego Dejana Lovrena. Mimo że po spotkaniu w Leicester Brazylijczyk stał się głównym obiektem drwin, w obronę wziął go zawodnik, który o grze w destrukcji ma akurat spore pojęcie:

“Za nic go nie winię. Lucas nie powinien w ogóle zostać wystawiony na tej pozycji! To tak, jakby ustawić mnie na skrzydle i mówić później: „dlaczego nie wygrywałeś pojedynków z bocznym obrońcą po twojej stronie?”. Dlatego, że tego nie potrafię! Nie ma takiej możliwości, żebym był w stanie to robić. Tak samo nie ma szans, żeby Leiva był w stanie dogonić Vardy’ego w sprincie, jeżeli cały zespół ustawia się wysoko, za środkową linią boiska. Został wystawiony na pozycji, która całkowicie go obnażyła, dlatego nie powinno mu się przypisywać winy za całe zło. Wina ta powinna leżeć po stronie Jürgena Kloppa, który kazał mu grać w tej roli”Jamie Carragher, legenda Liverpoolu

To już kolejny raz, kiedy Klopp zdecydował się wystawić Lucasa Leivę na pozycji, na której ten na co dzień nie występuje. Wzbudza to tym większe zdziwienie, że na ławce niemiecki menedżer pozostawił nominalnego stopera Ragnara Klavana, który przed sezonem był sprowadzany właśnie z myślą, aby łatać ewentualne dziury wytworzone przez kartki czy kontuzje kolegów. Pewien niesmak pozostawiła również historia związana z Mamadou Sakho. Francuz w poprzednim sezonie był podstawowym zawodnikiem Liverpoolu, ale w momencie, gdy niesłusznie zdyskwalifikowano go za doping, jego kariera znalazła się na poważnym zakręcie. Latem FIFA usunęła jednak zawieszenie i Sakho miał wrócić do drużyny The Reds, ale… spóźnił się na samolot lecący na zgrupowanie do USA, a przy okazji popadł w konflikt z trenerem. Przyczyną miało być m.in. zachowanie Sakho na poniższym filmiku.

Wobec rosnących problemów w defensywie, fani LFC dopominali się jednak, aby Klopp przywrócił wychowanka PSG do zespołu i sprawdził w parze z Joëlem Matipem, do którego formy można mieć akurat najmniejsze pretensje. Charyzmatyczny szkoleniowiec pozostał jednak nieugięty, więc 27-latek odszedł zimą na wypożyczenie do Crystal Palace, gdzie w minionej kolejce zaliczył debiut w wyjściowym składzie przeciwko Middlesbrough.

Styczeń okazał się czasem, w którym nadzieje na tytuł sympatyków Liverpoolu stopniowo gasły, a braki kadrowe widoczne były coraz bardziej. Na Puchar Narodów Afryki wyjechał Sadio Mané i drużynie wyraźnie brakowało błysku Senegalczyka. Wcześniej przez kontuzje wypadli też Philippe Coutinho czy Jordan Henderson, więc nic dziwnego, że oczekiwano od Kloppa jakiejkolwiek aktywności na rynku transferowym. Zimowe okienko było doskonałą okazją do wzmocnienia zwłaszcza kulejącej defensywy, jednak nic takiego się nie wydarzyło…

“Nie chodzi o to, że nie chciałem dokonywać transferów. Zimą rynek jest jednak bardzo trudny, gdyż kluby boją się sprzedawać najlepszych zawodników. Nie chcą narażać się na ryzyko, bo wtedy nie jest łatwo znaleźć odpowiedniego następcę. Wolą poczekać do lata, zarobić więcej pieniędzy i na spokojnie poszukać nowego gracza. Ponadto nie było zbyt wielu dostępnych piłkarzy, którzy poziomem pasowaliby do Liverpoolu. Łatwo jest kogoś kupić, ale my nie chcemy tego robić dla samego faktu. Nowi ludzie mają stanowić jakość”Jürgen Klopp

Aktualna sytuacja wygląda więc tak, że na ławce The Reds trudno doszukiwać się zawodników, którzy mogliby dać drużynie impuls. Niemal etatowymi zmiennikami w ostatnich tygodniach stali się 18-letni Trent Alexander-Arnold czy 17-letni Ben Woodburn, którzy na pewno są wielkimi talentami, ale trudno oczekiwać od nich, że wezmą na siebie odpowiedzialność w najważniejszych momentach. W tym sezonie zawodnicy wchodzący w trakcie spotkań zdobyli dla Liverpoolu zaledwie trzy gole, co jest wynikiem nieprzystającym ekipie o mistrzowskich ambicjach…


Jednym z nielicznych graczy, którym ta sztuka się udała jest Daniel Sturridge. Anglik zdobył bramkę ledwie kilka chwil po pojawieniu się na boisku w meczu ze Stoke, jednak problem w tym, że w bieżącej kampanii Premier League trafił do siatki jeszcze tylko raz – kilka dni później przeciwko Sunderlandowi. Sturridge w tych rozgrywkach zaledwie pięciokrotnie rozpoczynał spotkanie w wyjściowym składzie i często publicznie dawał do zrozumienia, że nie jest zadowolony ze swojej sytuacji. Jesienią znakomicie z przodu wyglądali jednak Coutinho, Roberto Firmino czy Sadio Mané, więc trudno było oczekiwać od Kloppa zmian w takim momencie. Gdy jednak na początku roku zabrakło Senegalczyka, a pozostali nie byli już tak skuteczni, trener zaczął dokonywać roszad. Swoje okazje dostali wspomniany Sturridge oraz Divock Origi, ale żaden z nich nie był w stanie rozwiązać problemów z atakiem The Reds. Starcie z Tottenhamem, gdy przebudził się Mané, pozwoliło na Anfield nieco zapomnieć o kłopotach, jednak mecz przeciwko Leicester był kolejnym przykrym doświadczeniem, szczególnie dla grającego na szpicy Firmino. Brazylijczyk przegrywał niemal wszystkie pojedynki i aż dziw bierze, że Klopp trzymał go na boisku do końca spotkania. Brak rasowego goleadora, jakimi w ostatnich sezonach byli choćby Luis Suárez czy Fernando Torres, coraz bardziej zaczyna dawać się znaki, na co zwraca uwagę inny znakomity napastnik Liverpoolu przed laty – John Aldridge:

“Przeciwko Leicester rzucił mi się w oczy brak z przodu kogoś, kto przytrzyma piłkę, kto będzie naciskał obrońców i czasem wyjdzie na wolną pozycję do prostopadłej piłki. Jednym słowem: silnego środkowego napastnika. Firmino jest świetny technicznie, ale to nie jest ten typ gracza. Latem Klopp koniecznie musi postarać się o zakup snajpera, kogoś takiego jak Lewandowski, Costa, Kane czy Ibrahimović. Topowe drużyny mają takich graczy, my nie…”

Brak zimowych transferów, a w konsekwencji wąska kadra powodują, że mimo słabszych wyników Klopp nadal obraca się wokół tych samych nazwisk. Niechęć Niemca do zmian widać także w preferowanej taktyce. Na początku sezonu Liverpoolczycy imponowali fantastycznym przygotowaniem motorycznym, dzięki czemu wyglądali na tle swoich rywali niczym Usain Bolt w wyścigu na 100 metrów. Z czasem jednak opadli z sił, a styczniowy maraton, gdy w ciągu trzydziestu dni The Reds rozegrali aż dziewięć spotkań, okazał się dla nich śmiertelną dawką. Wydawało się, że po naładowaniu akumulatorów w Hiszpanii wszystko wróci do normy, jednak konfrontacja na King Power Stadium rozwiała wszelkie pozytywne przesłanki. Gra Liverpoolu znów była jednostajna, a brak świeżości w drugiej linii spowodował, że sytuacji do zdobycia gola goście mieli jak na lekarstwo. Ostatnio Klopp wygląda jednak na człowieka zupełnie pozbawionego planu B, co zauważa jego rodak i były piłkarz 18-krotnych mistrzów Anglii Dietmar Hamann:

“Fizyczność i intensywność gry jest na Wyspach zdecydowanie wyższa niż w Niemczech, czyli tam, gdzie do tej pory pracował Klopp. W Premier League nie da się “zabiegać” wszystkich drużyn – często musisz mieć przygotowany inny plan gry. Menedżerowie, którzy przyjeżdżają do Anglii, powinni się tego szybko nauczyć. Liverpool jest w tym momencie łatwy do rozszyfrowania, a dodatkowo wygląda na drużynę, która opadła z sił, dlatego wyniki są kiepskie. Klopp musi zatem coś zmienić w swojej strategii. Jeżeli tego nie zrobi, nie ma co liczyć na awans w tabeli”

Fatalny bilans z drużynami z dołu tabeli to jeden z głównych powodów irytacji fanów LFC. Cóż bowiem z tego, że The Reds mogą się poszczycić zwycięstwami nad Chelsea, Tottenhamem czy Arsenalem, jeśli wszystko trwonią grając przeciwko Hull, Swansea czy Leicester. Mówi się, że właśnie po takich meczach poznaje się mistrzowski charakter i wielkość drużyny. Niestety, odkąd kariery zakończyli cytowany wcześniej Carragher oraz Steven Gerrard, w Liverpoolu brak jest zdecydowanych liderów z krwi i kości. Coutinho, Firmino czy Mané mają co prawda wielkie umiejętności, ale rzadko je pokazują, kiedy trzeba gonić wynik, a sytuacja na boisku robi się nieciekawa. W tym sezonie piłkarze Kloppa zaledwie trzy razy wygrali spotkanie, w którym pierwsi tracili bramkę, co dla klubu, który kiedyś w sześć minut potrafił odrobić trzy gole straty w finale Ligi Mistrzów, powinno być co najmniej uwłaczające. Graczem, który przejął opaskę kapitańską po Gerrardzie jest Jordan Henderson i nadal wiele brakuje mu pod względem charyzmy oraz umiejętności do legendarnego pomocnika. Brak charyzmatycznych postaci widoczny jest także w obronie i w bramce. Simon Mignolet do spółki z Lorisem Kariusem popełnili już w tym sezonie zdecydowanie zbyt wiele błędów, co sprawia, że latem Liverpool znów powinien postarać się o zakup nowego golkipera.


Dla zespołu z czerwonej części Merseyside nadchodzi właśnie czas prawdy, który ostatecznie zweryfikuje jego ostatnie poczynania. Klopp zapewnia, że jego podopiecznych stać na skuteczny finisz i miejsce w pierwszej czwórce, ale The Reds muszą zacząć gromadzić punkty natychmiast. W sobotni wieczór Liverpool podejmie w hicie kolejki Arsenal, więc paradoksalnie fani gospodarzy powinni być spokojniejsi o wynik, niż gdyby na twierdzę przy Anfield Road rzucili się przybysze z Burnley, Middlesbrough czy Bournemouth. Każda z wymienionych drużyn do końca rozgrywek odwiedzi jeszcze ten legendarny obiekt, a wtedy jego mury mogą zatrząść się w posadach. Jeśli jednak “czerwoni rycerze” odeprą atak teoretycznie słabszych nieprzyjaciół, słońce być może jeszcze wzejdzie nad zachmurzone dla Liverpoolu niebo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *