DgpGGDAX0AA3YBg

Wielkimi krokami zbliża się koniec fazy grupowej Mistrzostw Świata w Rosji. W poniedziałek poznaliśmy ostatnie rozstrzygnięcia w grupach A i B, a we wtorek przyszedł czas kolejne. Najpierw kibice byli świadkami pierwszego bezbramkowego remisu na tym turnieju, ale także wielkiej radości piłkarzy Peru, którym udało się przerwać wieloletnie serie bez bramki i zwycięstwa na mundialu. Wieczorem prowadzona przez Leo Messiego Argentyna wydarła w końcówce spotkania awans do 1/8 finału po bramce Marcosa Rojo, zaś występująca w nieco rezerwowym składzie Chorwacja przypieczętowała swoją dominację ogrywając Islandię.

Cierpliwi jak Peruwiańczycy

Ricardo Gareca i jego podopieczni byli jedną z największych zaskoczeń fazy eliminacyjnej MŚ. Los Incas wyprzedzili w tabeli Chile i po barażach z Nową Zelandią znów zameldowali się wśród najlepszych ekip globu. Niezwykle widowiskowy styl gry (więcej zdobytych bramek niż Argentyna i Kolumbia – przyp. red.) powodował, że wielu ekspertów wymieniało reprezentację Peru w gronie drużyn, które mogą sprawić w Rosji dużego kalibru niespodziankę.

Inkowie musieli jednak uznać wyższość Danii i Francji, dlatego już po dwóch meczach definitywnie stracili szansę na awans do fazy pucharowej. W ostatnim pojedynku grupowym z Australią udało im się jednak znacznie poprawić humory swoich kibiców. Najpierw za sprawą André Carrillo przerwali trwającą 36 lat serię bez zdobytego gola na Mistrzostwach Świata. Co ciekawe, początek niechlubnej passy nastąpił w ostatnim pojedynku Peru na turnieju tej rangi, gdy przedstawiciela Ameryki Południowej pokonali reprezentanci Polski. Józefa Młynarczyka zmusił wówczas do kapitulacji Guillermo La Rosa.


Tuż po przerwie jeszcze jedną bramkę dołożył doświadczony José Paolo Guerrero i w Limie można było rozpocząć wielkie świętowanie.

Na kolejne zwycięstwo Peruwiańczycy musieli czekać jeszcze dłużej niż na kolejne trafienie. „Czarna seria” trwała bowiem od 1978 roku i meczu z Iranem.




Bez bramek, bez emocji

Ogromna radość zagościła na twarzach wielu sympatyków futbolu także po zakończeniu pojedynku Danii z Francją. Rywalizacja dwóch faworytów grupy C nie miała jednak wielkiego ciężaru gatunkowego, gdyż Trójkolorowi byli już pewni awansu, a piłkarzy dowodzonych przez Åge Hareide mógł unieszczęśliwić tylko wyjątkowo niekorzystny dla nich splot zdarzeń. Szumnie zapowiadane starcie o pierwsze miejsce zakończyło się bowiem gigantycznym rozczarowaniem. Po 13 dniach walki i 37 spotkaniach po raz pierwszy żadnej z drużyn nie udało się zmusić bramkarza rywali do kapitualacji.


Na domiar złego, przez całe 90 minut oddano 16 strzałów, z czego tylko pięć wymagało jakiejkolwiek interwencji golkiperów. Nie było więc żadnym zaskoczeniem, gdy po końcowym gwizdku sędziego Sandro Ricciego zawodnicy obu ekip doczekali się długiej i głośnej symfonii gwizdów.


Po meczu Polski z Senegalem niezwykle dużo miejsca poświęcono fatalnej współpracy na linii Robert Lewandowski – Arkadiusz Milik, która zakończyła się zaledwie jednym wymienionym podaniem. Okazuje się, że wtorkowego popołudnia równie “owocne” było wystawienie obok siebie Antoine’a Griezmanna i Oliviera Girouda.




Wrócił Wielki Messi i dał awans

Na genialnego Argentyńczyka spadła ogromna fala krytyki po meczach z Islandią, a zwłaszcza z Chorwacją. Nie było w tym nic zaskakującego, bowiem pięciokrotny zdobywca Złotej Piłki nie tylko nie wykorzystał rzutu karnego na inaugurację mundialowych zmagań, ale także w żaden sposób nie wziął na siebie odpowiedzialności, gdy zespół zupełnie sobie nie radził.

Kibice w ojczyźnie Papieża Franciszka wiedzieli jednak, że jedyna nadzieja na awans Albicelestes do fazy pucharowej tkwi w gwiazdorze Barcelony. Z tego względu jeszcze przed pierwszym gwizdkiem argentyńska prasa cytowała błagalne prośby w kierunku 31-latka z Rosario. On sam,doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że tym razem nie może już zawieść pokładanego w nim zaufania i jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa wykorzystał fantastyczne podania Évera Banegi, który zajmował wysokie miejsce w poczcie grzechów głównych Jorge Sampaoliego.


Tym samym spadł gigantyczny kamień nie tylko z serca pokazywanego przez realizatora przy każdej okazji Diego Maradony, ale przede wszystkim samego Leo. 662 minuty – tyle “La Pulga” musiał czekać na kolejne trafienie na światowym czempionacie, które co ciekawe nastąpiło podczas starcia właśnie z Nigerią przed czterema laty. A na dokładkę to właśnie na Messiego spadł zaszczyt zdobycia setnej bramki na tym turnieju.


Czterokrotny laureat “Złotego Buta” wracał nawet na własną połowę, próbował rozgrywać piłkę, ale wielokrotnie – podobnie jak w poprzednich starciach – zabrakło mu wsparcia partnerów. Wydawało się więc, że w dużej części Ameryki Południowej rozpocznie się rozpacz, ale jedno z nielicznych dobrych dośrodkowań wykorzystał Rojo i wydostał swoją reprezentację niemal z otchłani. Takiego bohatera po stronie 14-krotnego triumfatora Copa América z całą pewnością nikt nie przewidział.



Sędziowska niekonsekwencja

Podczas tegorocznych mistrzostw arbitrzy wyznaczyli kilka dość ciekawych standardów. Już na pierwszy rzut oka widać, że pozwalają na twardą, a czasami nawet brutalną grę, niezwykle rzadko decydując się na upominanie zawodników kartkami. Ponadto rosyjski mundial zostanie bez wątpienia zapamiętany z racji mnogości rzutów karnych. Niestety, w wielu przypadkach rozjemcy stosują dość pokrętną wykładnię przepisów. Wystarczy chociażby wspomnieć sytuację z meczu Serbia – Szwajcaria, gdy nie podyktowano “jedenastki”, mimo że Aleksandar Mitrović był nieczysto powstrzymywany przez dwóch defensorów ekipy Helwetów.


Z kolei we wtorek Turek Cüneyt Çakır zdecydował się wskazać na “wapno”, choć Javier Mascherano nie dał nawet pół powodu do podyktowania rzutu karnego, w przeciwieństwie do Fabiana Schära i Stephana Lichtsteinera. Nic zatem dziwnego, że wiele osób sprawiało wrażenie zupełnie skołowanych, zwłaszcza że “jedenastka” należała się Nigerii w zupełnie innej sytuacji – niemal bliźniaczej do tej z poniedziałkowego pojedynku Portugalii z Iranem.




Skromna chorwacka pieczęć

Ekipa dowodzona przez Zlatko Dalicia zapewniała sobie pierwsze miejsce w grupie D już po drugiej kolejce, dlatego przed selekcjonerem Vatrenich pojawiła się szansa na zastosowanie rotacji przed najważniejszymi bataliami MŚ. W związku z tym na ławce rezerwowych usiedli Ivan Rakitić, Mario Mandžukić, czy Šime Vrsaljko.

To nie przeszkodziło jednak Chorwatom w sięgnięciu po kolejne trzy punkty, aczkolwiek udało się je wywalczyć dopiero w samej końcówce. Ambitna Islandia długo powstrzymywała napór Perišicia i spółki, ale skapitulowała ostatecznie w 90. minucie. Nie zmienia to faktu, że pierwszy swój udział w turnieju z udziałem najlepszych ekip globu Strákarnir okkar kończą z podniesionym czołem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *