promo299717531

Pierwsza kolejka najpopularniejszej ligi na świecie z pewnością nie zawiodła oczekiwań fanów brytyjskiego futbolu. Było w niej wszystko, co rozgrzewa kibiców na całym świecie – emocjonujące końcówki, sensacyjne rozstrzygnięcia, czerwone kartki i przede wszystkim piękne bramki. Inauguracja sezonu 2017/18 w Premier League z pewnością zaostrzyła apetyty i potwierdziła, że rozpoczęte rozgrywki mogą być jednymi z najciekawszych w historii. Co zapamiętamy po premierowym weekendzie na angielskich boiskach?

Emocje od początku do końca

Już otwierający pierwszą kolejkę piątkowy mecz pomiędzy Arsenalem a Leicester City porwał kibiców. Od samego początku tempo gry było mordercze, a sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie.


Po remisowej pierwszej połowie, na prowadzenie wyszły Lisy. Napór Kanonierów bynajmniej słabł, co zaowocowało dwoma golami w końcówce, które zdobyli Aaron Ramsey i Olivier Giroud. Przewaga podopiecznych Arsène’a Wengera, którzy oddali aż 27 strzałów w kierunku bramki Kaspera Schmeichela, nie podlegała dyskusji. Leicester zdobyło wszystkie gole wykorzystując swoje firmowe zagrania – dwukrotnie trafiając po stałych fragmentach gry i dorzucając bramkę z kontry.

 

Na uwagę zasługuje dobra postawa najdroższego nabytku The Gunners – Alexandre’a Lacazette’a. Francuz zdobył otwierającą wynik bramkę i przez całe spotkanie był bardzo aktywny. Jeszcze kilka takich występów i José Mourinho będzie musiał odszczekać swoje słowa na temat byłego napastnika Olympique’u Lyon:

„Brakuje mu wytrzymałości i warunków fizycznych. To nie jest typ piłkarza do wielkich spotkań, nie ma do tego odpowiedniej mentalności”

Mourinho o umiejętnościach Lacazette’a

 

Liverpool znów trwoni przewagę

Stare demony powróciły na Anfield Road. W ubiegłym sezonie Liverpool był drużyną, która najczęściej w Premier League traciła punkty mimo prowadzenia w meczu. Działo się tak głównie w starciach z rywalami z dolnych rejonów tabeli, bo w wewnętrznej rywalizacji angielskiej „wielkiej szóstki” to właśnie podopieczni Jürgena Kloppa okazali się zdecydowanie najlepsi.

Spotkanie z Watfordem, który raczej szybko nie dołączy do ligowej czołówki, doskonale wpisało się w ten trend. The Reds prowadzili od 57. minuty po golu Salaha i wszystko wskazywało na to, że utrzymają korzystny wynik do ostatniego gwizdka. Tymczasem w czwartej minucie doliczonego czasu gry po rzucie rożnym i zamieszaniu w polu karnym Mignoleta, piłkę do bramki wcisnął Miguel Britos.


Pierwsza bramka dla Szerszeni również padła po kornerze, kiedy Okaki nie upilnował Joël Matip. Wydaje się, że bez klasowego stopera Liverpool nie ma w tym sezonie większych szans w walce o najwyższe laury. Czy działaczom LFC uda się skaperować niezadowolonego Virgila van Dijka? Z pewnością jest to wyczekiwany ruch…

 

W dziewięciu gra się trudniej…

Chelsea nie rozpoczęła ligowych zmagań jak przystało na panującego mistrza. Nie dość, że uległa na własnym boisku Burnley, które przez większą część ubiegłej kampanii rozpaczliwie broniło się przed spadkiem, to jeszcze straciła dwóch zawodników, którzy będą musieli pauzować za kartki. Już w 14. minucie po nieodpowiedzialnym wejściu wślizgiem boisko musiał opuścić Gary Cahill, a pozbawiona reprezentanta Anglii obrona The Blues zostawiała graczom Burnley zbyt wiele miejsca, co zaowocowało trzema straconymi bramkami już przed przerwą! Na uwagę zasługuje zwłaszcza piękne trafienie Stephena Warda.


Podopieczni Seana Dyche’a bronili prowadzenia dosyć prostymi środkami, a gospodarze, mimo osłabienia, dochodzili do sytuacji strzeleckich. Zespół Antonio Contego nie zdołał jednak wyrównać stanu meczu i sensacyjnie poległ na Stamford Bridge 2:3. Pocieszająca dla sympatyków klubu z zachodniego Londynu może być forma Alvaro Moraty, który podczas nieco ponad 30 minut na placu gry zdobył bramkę i zanotował asystę przy trafieniu Davida Luiza. W końcówce ciśnienia nie wytrzymał jeszcze Cesc Fàbregas, wyrzucony z boiska za drugą żółtą kartkę.


Sfrustrowany wydaje się także szkoleniowiec obrońcy tytułu, który domaga się od zarządu kolejnych transferów. Ostatni mecz z pewnością dostarczył Romanowi Abramowiczowi i spółce pokaźnego materiału do przemyśleń.

 

Kompletni debiutanci wiceliderem!

Huddersfield zaliczyło debiut marzeń w Premier League, pokonując Crystal Palace na jego stadionie aż 3:0. W absolutnym beniaminku Premier League radość miesza się z zaskoczeniem, gdyż nawet szkoleniowiec The Terriers David Wagner nie spodziewał się aż tak dobrego występu swoich podopiecznych.

Bohaterem Huddersfield Town w konfrontacji ze stołecznymi Orłami został strzelec dwóch goli, Steve Mounié. 22-letni napastnik przyszedł na Kirklees Stadium za 13 mln € z francuskiego Montpellier HSC. Pochodzący z Beninu napastnik zdobył w poprzednim sezonie 14 bramek, a jego głównymi zaletami są dobre warunki fizyczne i atletyzm. Nie najlepiej wystartował natomiast ten, który miał być bohaterem Palace, a więc nowy menedżer Frank de Boer. Jeśli Holender chce zakotwiczyć dłużej na Selhurst Park, powinien zacząć jak najszybciej punktować, bo zarząd The Eagles nie należy do najcierpliwszych –  przez ostatnie 7 lat przez londyńską szatnię przewinęło się aż 14 szkoleniowców!

 

Guardiola kupił, więc korzysta

Wszystko wskazuje na to, że Manchester City będzie w tym sezonie występował w systemie 1-3-5-2, a najdroższa w historii futbolu defensywa będzie istotną częścią nowego planu Katalończyka. W meczu z Brighton, podobnie jak w grach kontrolnych, trójkę stoperów stanowili Otamendi, Kompany i Stones, a jako wahadłowi na murawę wybiegli Walker i Danilo. Początek meczu w wykonaniu Obywateli był senny, jednak przez całe spotkanie City praktycznie nie dopuszczało beniaminka pod swoją bramkę. Wraz z upływem spotkania zarysowywała się coraz większa przewaga Manchesteru. Podopieczni Guardioli wgniatali graczy Brighton & Hove Albion we własne pole karne, aż w 70. minucie Sergio Agüero przerwał bramkowy impas. Wynik konfrontacji wydawał się już przesądzony, a bramka samobójcza Dunka zdobyta 5 minut później właściwie zakończyła emocje.


O tym, jak wielkim potencjałem dysponuje City, najlepiej świadczy fakt, że mimo braku İlkaya Gündoğana, Samira Nasriego i Benjamina Mendy’ego Guardiola na każdej pozycji mógł delegować do gry zawodnika najwyższego europejskiego formatu. Zasiadający na ławce Obywateli Leroy Sané, Raheem Sterling oraz Bernardo Silva są najlepszym uosobieniem piekielnie silnej kadry ekipy z błękitnej części Manchesteru.

 

Pokaz siły Manchesteru United

Mecz zamykający 1. kolejkę Premier League był zdecydowanie najbardziej jednostronnym widowiskiem. United rozbili u siebie totalnie bezradny West Ham United 4:0. Bohaterem Czerwonych Diabłów był Romelu Lukaku, który strzelając dwie bramki dołączył do Lacazette’a i Moraty, którzy również zdobyli bramki w swoich debiutach. Belgijski snajper w ostatnich 16. meczach w Premier League zdobył aż 15 goli. Pozostałe trafienia dla gospodarzy dołożyli Pogba i rezerwowy Martial, który dodatkowo asystował przy trafieniu Francuza.


Konfrontacja MU z West Hamem potwierdziła starą piłkarską prawdę o tym, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala. A piłkarze Młotów pozwalali gwiazdom 20-krotnego mistrza Anglii niemal na wszystko. Plaga kontuzji (poza grą pozostają Carroll, Feghouli, Antonio, Kouyate i Lanzini – przyp. red.) oraz początkowa faza sezonu w żaden sposób nie usprawiedliwiają postawy londyńczyków. West Ham oddał niedzielne spotkanie właściwie bez walki, popełniając zaledwie 7 fauli przy aż 19 przewinieniach podopiecznych Mourinho.


Manchester United niewątpliwie już w pierwszej kolejce sezonu potwierdził mistrzowskie aspiracje, ale na miarodajną weryfikację poziomu gry ekipy z Old Trafford należy poczekać do konfrontacji z silniejszymi drużynami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *