barclays_premier_league_logo_2014

Kojarzycie film „Złap mnie, jeśli potrafisz” z Leonardo di Caprio i Tomem Hanksem w rolach głównych? To oparta na faktach historia młodego fałszerza, Franka Abagnale’a, który w latach 60. ubiegłego wieku wyłudził z banków prawie 3 miliony dolarów, podając się za osoby różnych profesji – lekarzy, pilotów czy profesorów. Historia tym bardziej ciekawa, że w filmie mieliśmy okazję oglądać także osobistą grę między poszukiwanym, a ścigającym go funkcjonariuszem. Wygląda na to, że Mamadou Sakho również chciał zagrać w grę, a rywalem miała być komisja antydopingowa. Szybko został jednak złapany.

Badanie na obecność środków dopingujących zostało przeprowadzone po rewanżowym spotkaniu Liverpoolu z Manchesterem United w 1/8 finału Ligi Europy. U Mamadou Sakho wykryto obecność niedozwolonych substancji w organizmie (tzw. spalacz tłuszczu). Teraz grozi mu zawieszenie od jednego roku do nawet 4 lat! Jak na razie Liverpool, do czasu poznania wyników próbki B, postanowił odsunąć 26-letniego stopera od składu.

Przyznam szczerze, że nie rozumiem postępowania obrońcy Liverpoolu. Owszem, przed sezonem Brendan Rodgers, który był jeszcze wtedy menedżerem klubu z Anfield Road, zarzucał Francuzowi nadwagę oraz słabą formę fizyczną, przez którą stracił miejsce w podstawowym składzie na rzecz Dejana Lovrena, lecz czy to może być usprawiedliwieniem dla stosowania niedozwolonych substancji, pomagających spalić tkankę tłuszczową?

Dziennikarz „Daily Mirror”, Mark Lawrenson, słusznie stara się znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego zawodnik decyduje się podejmować tak wielkie ryzyko. Czy zawodowy piłkarz, grający w tak wymagającej pod względem sportowym i fizycznym lidze, w ogóle potrzebuje zażywać tego typu środki? A jeśli tak, to jak to świadczy o samym zainteresowanym? Czyż nie jest to absurdalne?


To ogromny cios dla Liverpoolu. Z biegiem czasu wychowanek Paris Saint-Germain stawał się jednym z najważniejszych elementów w układance Jürgena Kloppa, a dla kibiców – ulubieńcem. Bardzo dobrze wyglądał w defensywnie, a także potrafił stworzyć zagrożenie w polu karnym rywali. Teraz, w kluczowym momencie sezonu, zespół będzie zmuszony radzić sobie bez niego. Już za kilka dni The Reds w półfinale Europa League zmierzą się z Villarrealem, a w Premier League nadchodzi przecież czas ostatecznych rozstrzygnięć.

Świat już jednak osądził Mamadou Sakho, mimo że nie zapadł jeszcze w tej sprawie żaden oficjalny werdykt. Ona cały czas się toczy. Czy nie powinniśmy zastosować w tym przypadku zasady domniemania niewinności? Żyjemy obecnie w czasach, kiedy ludzie od razu przyklejają łatkę danej osobie. Tą jednak jest bardzo trudno później oderwać. Dlatego najpierw trzeba poczekać na wyrok, a dopiero po nim oceniać obrońcę Liverpoolu. Przecież on może okazać się niewinny…

W całej tej sprawie można wyciągnąć jednak pozytywny wniosek – system działa. Medycyna idzie do przodu w zastraszającym tempie, osoby kontrolujące sportowców dysponują coraz większymi możliwościami i coraz lepszymi narzędziami do ich badania. Ryzyko, że jakiś oszust „prześlizgnie” się przez system, spada z każdym rokiem. Dzięki temu kibic, a także widz, oglądając mecz w telewizji, może liczyć na to, że zawody, w których współuczestniczy, oparte są na uczciwej rywalizacji.

Bt4xe9CCMAAQDkD

Kilka sezonów temu przez to samo, co Mamadou Sakho, przechodził Kolo Touré, dziś kolega z drużyny Francuza, a wówczas zawodnik Manchesteru City. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej w 2011 roku nie przeszedł testów antydopingowych. Po wykryciu środków wspomagających… spalanie tłuszczu, został zawieszony na sześć miesięcy. Jeśli u francuskiego obrońcy badanie drugiej próbki wykaże taki sam wynik, będziemy mogli stwierdzić, że Sakho po prostu nie wyciąga wniosków i nie uczy się na błędach innych.

***

W ostatnim czasie w Premier League byliśmy świadkami kilku dużych błędów, jakie popełnili sędziowie. Biorąc pod uwagę, że do końca sezonu pozostały już tylko 3 kolejki, nie trudno oprzeć się wrażeniu, że takie wpadki mogą mieć znaczący wpływ na końcowy układ w tabeli. Przecież właśnie teraz jesteśmy świadkami ostatecznych rozstrzygnięć. Teraz decyduje się to, kto spadnie z ligi, a kto się utrzyma, kto znajdzie się na mecie sezonu na pozycji dającej prawo gry w Lidze Mistrzów, a kto nie. Jedna decyzja, jeden błąd, może kosztować dany zespół naprawdę dużo.

W brytyjskich mediach toczy się obecnie debata dotycząca Jonathana Mossa, który niedawno, w spotkaniu Leicester City z West Hamem, wyrzucił z boiska napastnika Lisów, Jamiego Vardy’ego. Decyzja sędziego podzieliła społeczność piłkarską na dwa obozy. Według jednych arbiter miał prawo ukarać Anglika za nurkowanie w polu karnym żółtą kartką, natomiast druga strona nie akceptuje procesu myślowego i podjętej decyzji przez sędziego z Sunderlandu. Przeciwnicy argumentują, że Moss zbyt pochopnie podjął taką decyzję, a Leicester City, osłabione brakiem zawieszonego Vardy’ego, może na ostatniej prostej w Premier League pogubić punkty, co może oznaczać nawet przegranie mistrzostwa na rzecz Tottenhamu.


Dlatego szefowie klubów Premier League wyszli z inicjatywą, aby od nowego sezonu sędzia w ciągu 30 minut od zakończenia spotkania przekazał mediom i opinii publicznej wyjaśnienie dotyczące podjętych w czasie meczu decyzji. Gdyby taki przepis wszedł w życie, po każdym meczu delegat z Professional Game Match Officials Limited przekazywałby informacje na temat orzeczeń podjętych przez arbitra podczas spotkania. Wydaje się, że to rozwiązanie lepsze, niż publiczne wystąpienie sędziego, który przed kamerami miałby tłumaczyć się ze swoich decyzji czy przyznawać się do popełnionych błędów.

Na Wyspach mają nadzieję, że takie rozwiązanie pozwoli fanom poznać jednoznacznie przesłanki, którymi kierował się arbiter  przy podejmowaniu danej decyzji oraz będzie studzić niezdrowe emocje, często przecież żywe jeszcze długo po zakończeniu zawodów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *