EYpkN3GXkAYDO-E

Forrest Gump mawiał swego czasu: “Życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, na co trafisz…”. Ten cytat idealnie obrazuje sytuację, w jakiej znalazł się obecnie wychowanek Lechii Dzierżoniów. Kilkanaście miesięcy temu z wielkimi nadziejami przechodził do Milanu, porównywano go nawet do najlepszych snajperów w historii Rossonerich. Po przenosinach do Berlina, polski napastnik najpierw przegrywał rywalizację z prawie 36-letnim Vedadem Ibiševiciem, znajdującym się przecież na ostatniej prostej do mety z napisem “koniec kariery”, a w bieżących rozgrywkach może oglądać z perspektywy ławki jak poczyna sobie Jhon Córdoba. Choć to jeszcze nie czas, aby do księgarni trafiały publikacje o smutnym tytule “Koniec Piątka”, tym niemniej obserwujemy właśnie narastanie szerokiego problemu, zapewne także natury psychologicznej. Co gorsza, na jego rozwiązanie nie ma pomysłu ani sam piłkarz, ani jego menadżer, ani klubowy trener, czy wreszcie selekcjoner reprezentacji Polski.

29 stycznia 2019 roku. Stadio Giuseppe Meazza wita w pierwszym składzie nowego snajpera, który ma sprawić, że po raz pierwszy od wielu lat sympatycy mediolańskiego klubu nie będą żyć wyłącznie wspomnieniami i oglądaniem na YouTube kompilacji bramek Andriya Shevchenki czy Filippo Inzaghiego. Pozyskany z Genoi, wówczas 23-letni atakujący miał zagwarantować, że projekt “Wielki Milan” okaże się wreszcie długoterminowy, a jego efektem końcowym będzie wyczekiwany od sezonu 2013/14 powrót do najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych na Starym Kontynencie.

Jeśli kiedykolwiek przyjdzie szukać przykładu idealnego debiutu, to w analizowanym przypadku mieliśmy do czynienia z modelowym wzorcem. Dwa pierwsze celne strzały Il Pistolero wylądowały w bramce SSC Napoli, a szczególne wrażenie wywarł drugi gol Polaka, którego popisy oglądał z bliska zupełnie zdezorientowany Kalidou Koulibaly – bez wątpienia jeden z najlepszych stoperów na świecie.

Jakiekolwiek porównania do Roberta Lewandowskiego nie były wprawdzie uzasadnione, podobnie jak spekulacje dotyczące transferu do Realu Madryt czy Barcelony, ale któż mógł się wówczas spodziewać, że historia Piątka potoczy się właśnie w takim kierunku. Co tydzień miliony kibiców na całym świecie zasiadało na trybunach oraz przed telewizorami z wewnętrznym przekonaniem, że Tiziano Crudeli prędzej niż później wykrzyczy słynne “Pio, Pio, Pio!!!”. Później wszystko zaczęło się sypać, jak niechcący trącone domino. Pierwsze oznaki niepokoju pojawiły się latem zeszłego roku, gdy reprezentant Biało-Czerwonych zawodził w spotkaniach sparingowych. Pierwszego gola w tym sezonie ligowym strzelił w trzeciej kolejce, a na przełomie października i grudnia notował wstydliwą serię 446 minut bez bramki. Sytuacja z trudnej stała się dramatyczna, gdy do stolicy Lombardii przeniósł się Zlatan Ibrahimović, który błyskawicznie posadził młodszego rywala na ławce rezerwowych, gdzie ten spędził wszystkie trzy ostanie mecze w barwach Il Diavolo.

W poprzedniej kampanii Bundesligi trzeba było zaakceptować fakt, iż Piątek przegrywa rywalizację ze znajdującym się na finiszu swojej kariery Bośniakiem, który najbliżej korony króla strzelców Bundesligi był w sezonie… 2008/09. Co zatem sprawiło, że były gracz Cracovii czy Zagłębia Lubin nie znajdował uznania w oczach Bruno Labbadii, który zupełnie odmienił rozbity zespół i notuje najlepszy trenerski start w historii stołecznego klubu? Artur Wichniarek, były napastnik Herthy, a teraz ekspert piłkarski, zwracał uwagę na to, o czym mówili także dziennikarze na Półwyspie Apenińskim. 11-krotny reprezentant Polski zupełnie nie radzi sobie w grze kombinacyjnej i skrupulatnym rozgrywaniu ataku pozycyjnego, niespecjalnie pomaga również drużynie w formowaniu pressingu, a najlepiej czuje się w jednym miejscu – polu karnym rywala.

“Krzysztof Piątek przegrał rywalizację z Vedadem Ibiševiciem jednym aspektem czysto piłkarskim: Krzysiek nie potrafi dzisiaj do końca grać tyłem do bramki. To jest zawodnik, który traci piłki, które powinien utrzymywać. Mistrzem grania tyłem do bramki jest Robert Lewandowski. Myślę, że tutaj Piątek mógłby się wiele nauczyć od naszego kapitana. To jest element gry, który na pewno musi poprawić. W tym systemie, w którym Bruno Labbadia widzi Herthę, Ibišević jest bardziej przydatny.”

Artur Wichniarek w rozmowie z RMF FM

Zatrudnienie na trenerskim stołku byłego opiekuna Hamburgera SV czy Bayeru Leverkusen zupełnie odmieniło styl gry Starej Damy, która przed przymusową przerwą spowodowaną pandemią koronawirusa, w meczach z rywalami pokroju 1. FC Köln, SC Paderborn 07 czy 1. FSV Mainz 05, zgromadziła łącznie zaledwie dwie bramki. Po wznowieniu rozgrywek w samych konfrontacjach z TSG 1899 Hoffenheim oraz Unionem Berlin podopiecznym Labbadii udało się trafić aż siedem razy.


Aż 4 gole padły łupem duetu Matheus Cunha – Vedad Ibišević, czyli bezpośrednich wówczas rywali Piątka do miejsca w wyjściowym składzie dwukrotnego mistrza Niemiec. Imponująca jest zwłaszcza przemiana doświadczonego, 83-krotnego reprezentanta Bośni i Hercegowiny, gdyż jego dorobek w sezonie Bundesligi do maja kształtował się na poziomie 16 meczów, 3 bramek i 1 asysty. To bilans pasujący bardziej do bocznego obrońcy lub ofensywnie usposobionego stopera, aniżeli zawodnika mającego doprowadzić swoją ekipę do strefy gwarantującej udział w kolejnej edycji europejskich pucharów. Skąd ten niespodziewany zwrot akcji? Ibišević punktu kulminacyjnego upatrywał właśnie w przyjściu Labbadii, który obdarzył go wielkim zaufaniem, a dodatkowo obaj panowie współpracowali już wcześniej w VfB Stuttgart. To jednak tylko jedna strona medalu. Gdyby Piątek wciąż znajdował się w odpowiedniej formie strzeleckiej i trafiał z regularnością, z której zasłynął w Genoi, to nie musiałby się oglądać na swoich rywali. To od niego trener rozpoczynałby ustalanie składu, zaś kibice wiązaliby największe nadzieję na sukces. Tymczasem w osiemnastu spotkaniach poprzedniego sezonu Bundesligi Polakowi udało się pokonać golkipera drużyny przeciwnej zaledwie cztery razy i nie zaliczył przy tym ani jednej asysty.

Trudno natomiast jednoznacznie wyrokować, czy dołączenie do zespołu ze stolicy Niemiec było błędną decyzją, skoro przez okres kilku miesięcy Krzysztofa Piątka prowadziło już 3 trenerów i każdy miał na niego zupełnie inny pomysł. Gdyby Polak dołączył do Borussii Dortmund, szans na regularną grę nie miałby praktycznie żadnych, bowiem błyskawicznie rozwija się talent Erlinga Brauta Hålanda, który już niebawem może wylądować nawet w Realu Madryt. Czy rola zmiennika Norwega zmieniłaby zatem w istotnym stopniu aktualną sytuację kadrowicza Jerzego Brzęczka?

Kluczowe powinny okazać się najbliższe tygodnie. Umowa z Ibiševiciem w ogóle nie została przedłużona, a w jego miejsce pozyskany został Jhon Córdoba z FC Köln, reprezentujący wcześniej barwy Espanyolu, Granady czy FSV Mainz 05. W dwóch pierwszych kolejkach obecnej kampanii BL w podstawowym składzie Herthy znalazł się 25-latek z Dzierżoniowa, ale podczas swoich występów zaprezentował się mizernie. Znacznie lepiej pokazał się jego nowy rywal, który na inaugurację nie tylko wpisał się na listę strzelców, ale miał także udział przy innym trafieniu.


Jeśli Piątek będzie musiał pogodzić się z rolą zmiennika, to najpóźniej zimą powinien wraz ze swoim najbliższym otoczeniem poważnie rozważyć sens dalszego pozostania w mieście nad Sprewą, skoro oznaczałoby to permanentne przesiadywanie na ławce rezerwowych i zaledwie kilkunastominutowe epizody. Tyle, że ostatnie miesiące dobitnie pokazały, iż rezygnacja z trudnej rywalizacji o miejsce w składzie, a co za tym idzie – zrobienie kroku w tył, wcale nie oznacza natychmiastowego rozwiązania problemów. Wręcz przeciwnie, generuje coraz większą frustrację…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *