p161001-071-swansea_liverpool

“Ten rok będzie nasz!” – od 26 lat to zdanie wypowiadane przez kibiców Liverpoolu jest niemal taką samą tradycją jak karp na świątecznym stole. Właśnie tak długo w czerwonej części Merseyside czekają na tytuł mistrza Anglii. W tym czasie The Reds zdażyli już zatrudnić ośmiu menedżerów. Temu ostatniemu, Jürgenowi Kloppowi, kilka dni temu minął dokładnie rok pracy na Anfield, podczas którego solidnie zdążył rozbudzić apetyty tęskniących za sukcesami fanów LFC. Dwa finały pucharów i efektowny początek nowego sezonu pokazują, że ekscentryczny niemiecki szkoleniowiec nie zatracił umiejętności, które pozwoliły mu osiągać sukcesy z Borussią Dortmund.

Na Anfield nikt już nie pamięta o smutnym okresie, gdy trzeba było żegnać się z Brendanem Rodgersem. Między Kloppem a jego poprzednikiem widać jednak pewną analogię. Obecny menedżer Celticu również w początkowym okresie pracy w Liverpoolu dał się poznać ze świetnej strony i był wynoszony przez fanów pod niebiosa. Cieszył się nie mniejszym uwielbieniem niż obecny opiekun The Reds, ale jego koniec okazał się dość nieprzyjemny. Wśród obserwatorów pokutowała nawet opinia, że Irlandczyk z Ulsteru został zwolniony zbyt późno. Kloppowi nie udało się uratować w poprzedniej kampanii pozycji w lidze, ale z rozgrywek pucharowych wycisnął niemalże maksimum. Zauważalna była zwłaszcza duża poprawa jakości w grze poszczególnych piłkarzy. Ostatecznie porażka w finale Ligi Europy spowodowała, że Liverpoolu zabrakło w tym sezonie europejskich pucharach, ale Niemiec nie pozwolił sobie na zbyt długie rozpamiętywanie tego faktu.

Były szkoleniowiec Borussii Dortmund od razu zabrał się do pracy i sprawił, że tego lata doszło na Anfield do ostatecznego uformowania kadry na jego modłę. Poprzedni sezon Klopp wykorzystał jeszcze na eksperymenty, co skutkowało dosyć nierówną formą 18-krotnych mistrzów Anglii, zwłaszcza w Premier League. Na początku obecnych rozgrywek, po porażce w Burnley, fanom The Reds mogły się przypomnieć stare koszmary, jednak jak pokazały następne starcia, był to jedynie wypadek przy pracy. Z każdym miesiącem pracy Kloppa Liverpool coraz mocniej zaczyna przypominać Borussię Dortmund za kadencji 49-letniego szkoleniowca. Piłkarze z miasta Beatlesów strzelili już w tym sezonie osiemnaście goli – obok Manchesteru City to najlepszy wynik w całej lidze. Dla porównania: w pierwszych siedmiu meczach ubiegłej kampanii na koncie Liverpoolu widniało zaledwie siedem trafień.

“Bez wątpienia “The Reds” rozpoczęli ten sezon w bardzo obiecującym stylu, zwłaszcza mając na uwadze fakt, że rozegrali już kilka naprawdę trudnych spotkań. Szczególnie dobrze wyglądali w akcjach ofensywnych. Strzelili cztery gole Arsenalowi i Leicester, a Hull City na Anfield zaaplikowali aż pięć trafień. Oczywiste jest, że fani się z tego cieszą, bo taka gra to czysta przyjemność. Chcielibyśmy oglądać coś takiego co tydzień. Rzeczywistość jest jednak taka, że przyjdą też spotkania, w których nie da się strzelać goli jak na zawołanie. Wtedy trzeba będzie poszukać innego sposobu na wygraną. Właśnie dlatego zwycięstwo nad Swansea tuż przed przerwą reprezentacyjną było tak samo imponujące jak te pogromy, o których wspomniałem”Dietmar Hamann, były pomocnik Liverpoolu

Niedawny trener Legii Warszawa, a obecnie selekcjoner reprezentacji Rosji Stanisław Czerczesow zwykł mawiać, że w jego słowniku nie istnieje słowo “problem”. Podobną filozofię zdaje się wyznawać również Klopp. Brak europejskich pucharów, który dla takiego klubu jak Liverpool jest sporym policzkiem, w obecnej sytuacji wydaje się być sprzymierzeńcem. Z takiego założenia wychodzi nie tylko niemiecki szkoleniowiec mówiący, że dzięki temu The Reds będą mieli więcej czasu na spokojne treningi, ale również jego były podopieczny Robert Lewandowski. Napastnik reprezentacji Polski, który współpracował z Kloppem w Borussii w latach 2010-2014, przewiduje niezwykle udany sezon dla ekipy z Anfield.

“Pep i Manchester City na pewno nikomu nie ułatwią zadania, ale Liverpool ma realną szansę na mistrzostwo. Brak gry w europejskich pucharach będzie działał na ich korzyść, bo piłkarze są mniej obciążeni i rzadziej kontuzjowani. Klopp zawsze się uśmiecha, ale jest bezwzględny, by to wykorzystać. Widziałem kilka meczów Liverpoolu od momentu jego przyjścia i widać, że piłkarze cieszą się grą. Jako zawodnik czujesz jego całkowite wsparcie – jest trochę jak ojciec. Trzeba mu zaufać, dzięki czemu jest się otwartym na jego pomysły i metody, które w dłuższej perspektywie przekładają się na twoją grę i postawę całej drużyny”

W Liverpoolu nie ma co prawda takiego goleadora, jakim był dla BVB Lewandowski, ale nie przeszkadza to bynajmniej Czerwonym w zdobywaniu imponującej liczby bramek. Rozkłada się ona po prostu na większą liczbę zawodników i nigdy nie wiadomo, z której strony akurat spotka rywala największe zagrożenie. W ofensywie panuje duża wymienność pozycji, a tacy zawodnicy jak Mané, Coutinho, Firmino czy Lallana wręcz idealnie pasują do systemu preferowanego przez Kloppa. Nieco gorzej wygląda sytuacja Daniela Sturridge’a, który w tym sezonie Premier League nie strzelił jeszcze gola. Poniekąd bierze się to z małej liczby minut spędzonych przez Anglika na boisku. 27-letni napastnik jest na Anfield aktualnie rezerwowym, ale chociażby w ostatnim meczu ze Swansea dostał ponad godzinę i ponownie nie zachwycił. Zdaniem Johna Aldridge’a, byłego napastnika Liverpoolu, taki obrót zdarzeń wcale nie jest przypadkowy.

“Dla mnie to oczywiste, że przeciwko Swansea Sturridge dał drużynie zbyt mało. Wyglądał na zardzewiałego. Nie mógł odnaleźć swojego miejsca na boisku, cofał się zbyt głęboko. Jeśli w jego miejsce na szpicy wchodziliby Firmino czy Mané, byłoby w porządku, ale w innym przypadku brakuje nam wysuniętego napastnika. Sturridge musi wykorzystać swoje walory grając na szpicy – wtedy jest najgroźniejszy”

Jak dotąd Sturridge może z zazdrością spoglądać choćby na popisy strzeleckie swojego niedawnego kolegi z reprezentacji – Jamesa Milnera. Wychowanek Leeds United wszystkie cztery gole zdobył co prawda z rzutów karnych, ale w żaden sposób nie umniejsza to jego świetnego sezonu. Do strzelonych bramek dołożył jeszcze bowiem taką samą liczbę asyst, a to wszystko jako… lewy obrońca. Ten rewolucyjny pomysł zrodził się w głowie Kloppa jeszcze podczas przedsezonowych sparingów. W pierwszym meczu ligowym z Arsenalem, wobec drobnego urazu Anglika, 49-letni trener postawił na etatowego lewego defensora – Alberto Moreno, ale ten po raz kolejny zawiódł.


To tylko utwierdziło Kloppa w przekonaniu, że pora odstawić Hiszpana od składu. Większość fanów LFC żądała jednak wtedy jakiegoś transferu, a tymczasem niemiecki menedżer powtórzył swój letni eksperyment. Jego rezultaty są na razie fantastyczne, a Milner sprawia wrażenie, jakby był urodzonym lewym defensorem. Zawodnik, który przybył na Anfield latem zeszłego roku, wyraźnie przeżywa renesans swojej formy, którego raczej nie byłoby mu dane doświadczyć w Manchesterze City. W Liverpoolu zaś 30-latek jest niezwykle doceniany, o czym świadczy choćby funkcja wicekapitana. Jego doświadczenie może okazać się kluczowe w walce o najwyższe cele, bowiem kadra The Reds jest dosyć młoda i raczej naznaczona porażkami, a przecież Milner to jeden z zaledwie dwóch piłkarzy w drużynie z czerwonej części Merseyside, który ma na swoim koncie tytuł mistrza Anglii (drugim jest Sturridge – przyp. red.).


Dobra forma Liverpoolu sprawia, że oczami wyobraźni sympatycy z The Kop już dopisują sobie trzy punkty za zwycięstwo w prestiżowym meczu z Manchesterem United. Pomóc ma w tym niesamowity doping na rozbudowanym niedawno Anfield. W tym sezonie znowu jest to wyjątkowo mało gościnny teren. Liverpool rozbił już u siebie mistrza kraju Leicester (4:1), a także beniaminka z Hull (5:1).

Największym problemem niemieckiego szkoleniowca mogą okazać się kontuzje, bowiem nadal nie wiadomo, czy przeciwko Czerwonym Diabłom zobaczymy Georginio Wijnalduma oraz Adama Lallanę. Holender doznał urazu w meczu eliminacji mistrzostw świata przeciwko Francji, natomiast Anglik nadal narzeka na skutki kontuzji, przez którą musiał przedwcześnie zejść z boiska w starciu ze Swansea. Obaj stanowią w tej kampanii niezwykle ważny element ofensywnej machiny Kloppa, a ogromne wrażenie robi zwłaszcza postawa Lallany, który ma już na koncie trzy gole w Premier League. Ich brak na pewno zwiększyłby nadzieje ekipy Mourinho na pozytywny wynik. W odwodzie pozostaje Emre Can, który do tej pory zaliczył tylko kilkadziesiąt minut w lidze. Niemiecki pomocnik w poprzednim sezonie był podstawowym zawodnikiem The Reds i mocno przyczynił się do awansu do finału Ligi Europy, ale po transferze Wijnalduma wypadł ze składu. W środku pomocy mogą również zagrać Lucas oraz Marko Grujić. Problem w tym, że pierwszy z nich od dawna nie zanotował dobrego meczu, a młody Serb wykazuje co prawda spory potencjał, ale trudno się spodziewać, by Klopp posłał go w bój od pierwszej minuty w tak trudnym meczu.


Wątpliwości dotyczą również pozycji bramkarza. W ostatnich trzech spotkaniach bramki Liverpoolu strzegł pozyskany latem Loris Karius, jednak postawa Niemca nadal nie daje odpowiedzi na pytanie, czy jest już gotowy na występ przeciwko rywalowi pokroju Manchesteru United. Do tej pory grał bowiem w meczach, w których nie miał zbyt dużo pracy – Derby, Hull oraz Swansea to zespoły ze znacznie niższej półki. Rywalizujący z nim Simon Mignolet rozpoczął sezon w wyjściowym składzie i nie notował poważnych wpadek, więc niektórych kibiców zdziwiło, że od razu po wyleczeniu przez Kariusa kontuzji Belg znalazł się na ławce. Jak sam mówi, taka sytuacja nie jest dla niego komfortowa.

“Nie grałem przez ostatnie dwa tygodnie i nie chcę, aby trwało to dłużej. Spoglądam w przyszłość pozytywnie – chcę zagrać z United. Dobry początek sezonu daje mi pewność siebie, bo na pewno byłem ważną częścią zespołu podczas meczów z Arsenalem, Leicester i Tottenhamem. Decyzja jednak należy do trenera, a ja mogę zapewnić, że dam z siebie sto procent”

Przewagą Mignoleta na pewno jest spore doświadczenie i znajomość atmosfery derbowych spotkań na Wyspach. Karius, który do tej pory bronił w Mainz, nie miał jeszcze do czynienia z tak ogromną presją. Obaj bramkarze przygotowują się do meczu z Czerwonymi Diabłami w atmosferze niepewności, lecz dla Niemca nie stanowi to większego problemu.

“Czy to największy mecz w mojej karierze? Chyba tak. Biorąc pod uwagę historię i rywalizację pomiędzy tymi klubami, to na pewno wyjątkowe spotkanie. Nie przeszkadza mi to, że nie mam pewności, co do występu. Czasem wiesz o tym wcześniej, a czasem dowiadujesz się kilka godzin przed meczem – normalna sprawa. Bez względu na to, zawsze daję z siebie maksa na treningu”

Przed Kloppem zatem niełatwa decyzja, w jaki sposób wspomóc najsłabszą w tym sezonie formację Liverpoolu. Jeśli bowiem do czegoś można się w ekipie znad rzeki Mersey przyczepić, to właśnie do obrony. Najlepszy dowód: zero meczów z czystym kontem w Premier League oraz zdecydowanie najwyższa liczba straconych bramek (10) spośród zespołów z ligowej czołówki. Być może lekarstwem na te kłopoty byłby powrót do składu Mamadou Sakho, ale Francuz po nieodpowiednim zachowaniu na letnim tourneé został odsunięty od zespołu i dopiero niedawno zagrał swoje pierwsze spotkanie w rozgrywkach 16/17 – w meczu drużyny U-23 z Wolfsburgiem. Jego przyszłość na Anfield jest jednak niejasna, co powoduje także, że w tym momencie wychowanek PSG jest bodaj najbardziej niezadowolonym zawodnikiem The Reds. Nie przeszkadza mu to jednak w działalności charytatywnej. Ostatnio Sakho wsławił się tym, że na własny koszt zabrał dwie potrzebujące rodziny z miasta Beatlesów na wycieczkę do Disneylandu w Paryżu.


Występujący pod jego nieobecność Dejan Lovren i Joël Matip wyglądają solidnie, ale nadal zdarza im się popełniać proste błędy. Wynikają one często z braku należytej koncentracji, bo rywale nie stwarzają sobie zbyt wielu sytuacji, a mimo to Liverpool nie jest w stanie zakończyć meczu bez utraty gola. Tak było choćby w starciu ze Swansea. Łabędzie z Liberty Stadium były znacznie gorszą drużyną, ale szybko strzelony gol po rzucie rożnym na początku spotkania spowodował, że The Reds musieli do końca nerwowo walczyć o wygraną. Przeciwko United trzeba się przygotować na znacznie trudniejszą przeprawę, a utrata łatwych bramek nie wchodzi w grę. Solidna obrona przy stałych fragmentach gry to podstawa, a z tym na Anfield nadal mają kłopot. Właśnie w tym elemencie swojej szansy powinny szukać Czerwone Diabły.

Liverpool jest w tym sezonie najlepszym przykładem na to, ile znaczy dla drużyny klasowy trener. Mimo kilku mankamentów, The Reds pod wodzą Kloppa zachwycają coraz mocniej, a ich występy ogląda się z nieskrywaą przyjemnością. Zauważalne są nawet pewne podobieństwa do ekipy z pamiętnego sezonu 2013/14, która o włos przegrała mistrzostwo Anglii. Wtedy również Liverpoolczycy strzelali mnóstwo goli, ale jednocześnie sporo ich tracili. Teraz brakuje takiej gwiazdy jak Luis Suàrez, jednak jego następcy wieloma zagraniami także potrafią wzbudzić spory podziw. Fani LFC mają tylko nadzieję, że losy obecnego zespołu nie potoczą się identycznie jak drużyny Rodgersa, a sam Klopp nie zawiedzie ogromnych oczekiwań. Niemiecka rewolucja na Anfield zaczyna nabierać odpowiednich kształtów, o czym przekonują się kolejne drużyny w Premier League. Liverpool ma już przecież na rozkładzie m.in. Arsenal i Chelsea, teraz obrał kurs na Manchester United.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *