1597622973_933759_noticia_normal

W połowie stycznia w stolicy Katalonii doszło do tego, o czym już dłuższy czas spekulowały lokalne media – Ernesto Valverde po nieco ponad 30 miesiącach pracy na Camp Nou pożegnał się ze stanowiskiem trenera Blaugrany. Samo rozstanie nie należało jednak do najbardziej eleganckich i wpisujących się w domniemaną filozofię katalońskiego giganta. Następcą szkoleniowca z Estramadury został 61-letni trener z Santander, który do tej pory urzędował na Estadio Benito Villamarín. Od razu pojawiły się pytania, czy zarząd Barcelony dokonał prawidłowego wyboru po raz kolejny stawiając na menedżera zaprawionego w bojach głównie na rodzimym podwórku. Choć Duma Katalonii przegrała rywalizację w Superpucharze Hiszpanii, odpadła z krajowego pucharu i nie obroniła tytułu mistrzowskiego, to wydawało się, że były opiekun Betisu zostanie na Camp Nou także na kolejny sezon. Wszystko zmieniła jednak klęska z Bayernem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Zastanówmy się zatem, dlaczego ten związek od początku był skazany na niepowodzenie.

Quique Setién przyszedł na świat w stolicy malowniczego regionu Kantabria, położonego na północy Hiszpanii. Naturalnym było więc, iż swoją przygodę z piłką rozpoczął w miejscowym Racingu Santander. W 1977 roku awansował do pierwszego zespołu i w wieku 19 lat mógł zasmakować debiutu w Primera División. W barwach rodzimego klubu grał nie tylko w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale również na jej zapleczu. Po blisko 10 latach kariery przeszedł do stołecznego Atlético, następnie grał na chwałę CD Logroñés, by pod koniec ponownie zagościć w domu, na Estadio El Sardinero. Wliczając do tego trzy pożegnalne występy w barwach Levante przez całą karierę zawodniczą uzbierał 424 spotkania, w których zwykle występował jako pomocnik. Co dość osobliwe, obecny szkoleniowiec Barçy bronił barw reprezentacji La Roja zarówno na zielonej murawie, jak i na piachu – w beach soccera. Trenerskie CV opiekuna FCB również prezentuje się barwnie. Zanim udało mu się wywalczyć premierowy awans do hiszpańskiej elity, zarządzał takimi drużynami, jak Polideportivo Ejido, CD Logroñés, CD Lugo, a nawet zaliczył epizod z reprezentacją Gwinei Równikowej. Do La Liga dotarł dopiero prowadząc Las Palmas, skąd trafił na Estadio Benito Villamarín.


To właśnie w stolicy Andaluzji spędził ostatnie dwa lata swojego życia. Wszystkie prowadzone przez niego zespoły grały przyjemny dla oka futbol, co zresztą jest cechą wyróżniającą eks-szkoleniowca Verdiblancos. Za jego kadencji Betis przestał być kojarzony z czerwoną latarnią rozgrywek, za to wskoczył do grona solidnych ligowców walczących o miejsce w Europa League. Mimo tego pomysł zatrudnienia 61-latka na Camp Nou długo szeroko komentowany w całym środowisku. Nie brakowało głosów, że to trener “bez nazwiska”, bez większych osiągnięć oraz doświadczenia wymaganego do zarządzania taką szatnią, wszak w żadnym z poprzednich klubów nie miał do czynienia z autorytarnymi rządami piłkarza pokroju Leo Messiego. Co więc skłoniło sterników 26-krotnego mistrza Hiszpanii do postawienia na Setiéna?

Czynnikiem, który mógł w największym stopniu przyczynić się do tego niespodziewanego wyboru jest filozofia kantabryjskiego trenera, który stoi murem za swoją ofensywną koncepcją i nie boi się mówić o tym otwarcie. Drużyny prowadzone przez Setiéna grały otwarty futbol, oparty na grze krótkimi podaniami, posiadaniu piłki i kreowaniu dużej liczby sytuacji. To styl, który preferowała także Barcelona. Z relacji współpracowników, którzy mieli w przeszłości do czynienia z popularnym “El Maestro”, każdy przekonuje, że dużo więcej w nim z ciepłego i otwartego wujka, aniżeli rygorystycznego tyrana. Najczęściej przewijają się opinie, jakoby miał on być bardziej wychowawcą i nauczycielem niż sensu stricte trenerem piłkarskim. Ten fakt miał mu akurat pomóc w zarządzaniu zawodnikami z mocno naładowanym ego. Podobną strategię przyjął zresztą Zinédine Zidane – nikt nie twierdzi, że “zarzyna” swoich podopiecznych na treningach, a ci doskonale wiedzą, co mają robić na boisku. Były rozgrywający Les Bleus po prostu umożliwia im realizację nakreślonego wcześniej planu taktycznego, dużo rozmawia i podpowiada.


Już premierowe spotkania na jednej z gorętszych ławek trenerskich na świecie bohater niniejszego tekstu nie napawały jednak optymizmem. Co było do przewidzenia, Barcelona powróciła do korzeni, czyli dłuższego posiadania piłki, ale to nie zaspokoiło wysublimowanych podniebień fanów przyzwyczajonych raczej do Filetu Mignon niż kebabu w tortilli. Istotnym z urozmaiceń miało być nowe ustawienie, ale długo nie można było jednoznacznie określić, czy to, co prezentowała Duma Katalonii to bardziej 1-4-3-3 czy 1-3-4-3.

Kompletnym zaskoczeniem był jednak pomysł obrany na starcie z Bayernem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, które zakończyło się kompromitującą klęską. Setien zrezygnował z wystawienia trzech atakujących, a kosztem Griezmanna postawił na Arturo Vidal. Barcelona nie zyskała jednak przewagi w środku pola, bo zupełnie bez formy jest Sergio Busquets, a dodatkowo w ataku miała siłę rażenia na poziomie kilkutygodniowego szczeniaka, który dopiero zaczął widzieć.

Źle dobrana taktyka to jednak tylko kwestia poboczna, bo wszyscy doskonale wiedzą, że w futbolu najważniejsze są trofea. Zwłaszcza jeśli jesteś jedną z najbardziej znanych marek na świecie i na transfery wydałeś przez startem sezonu. Już kilka tygodni temu w stolicy Katalonii musieli zaakceptować niepowodzenie w zupełnie odmienionej rywalizacji w Superpucharze Hiszpanii, później odpadnięcie z krajowego pucharu, a po wznowieniu rywalizacji roztrwonienie przewagi i utratę tytułu mistrzowskiego na rzecz Realu Madryt.


Ponadto, w poprzednich sezonach Blaugrana słynęła ze szczelnej defensywy, a tymczasem ostatni rozgrywki LaLiga zakończyła mając więcej straconych bramek nie tylko od Królewskich, a także Atlético, Sevilli, Getafe czy Athletiku. W ćwierćfinale Champions League z Bayernem musiał osiem razy wyciągać piłkę z siatki, co było najgorszym wynikiem od… ponad 70 lat!


Przy Carrer d’Aristides Maillol przyjęto pewną filozofię, której kurczowo trzymają się kolejni dyrektorowie i trenerzy, ale nie musi to oznaczać, że niebawem rozpocznie się kolejne pasmo sukcesów FCB. Jeszcze przed kompromitacją z Robertem Lewandowskim i spółką pojawiły się spekulacje, że po zakończeniu sezonu 61-latek zostanie zwolniony, a jego miejsce zajmie Xavi, który w styczniu odmówił byłemu klubowi, bo nie był gotowy na tak poważne wyzwanie. Sam Josep Maria Bartomeu błyskawicznie uciął wszystkie dywagacje i ogłosił, że nie planuje żadnych zmian na ławce trenerskiej.

Po haniebnym odpadnięciu z najbardziej prestiżowych rozgrywek na Starym Kontynencie musiał jednak podjąć zdecydowaną decyzję i podziękować Setienowi za zupełnie nieudaną współpracę.


To dopiero początek zmian, które dosięgną stolicę Katalonii. Brak trofeów na krajowym podwórku po raz pierwszy od sześciu lat, kompromitacja w zmaganiach w Lidze Mistrzów czy skonfliktowana nie pozwalają wierzyć, że już za kilka miesięcy nastąpi poprawa i Leo Messi z kolegami z zespołu będą mogli dopisać do swojej bogatej kolejki kolejne tytuły. Dlatego nowy trener stanie przed niezwykle trudnym zadaniem, być może najbardziej skomplikowaną misją w swojej karierze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *