204843957-042065f3-aab7-48ad-938a-121df0326ed9

Lech nie zagrał wielkiego meczu. Długimi momentami przypominał bezbarwny i bezradny zespół z polskich boisk. Zaprezentował w zasadzie jedną umiejętność – skuteczność, a ta wystarczyła do pokonania Fiorentiny, która chciała ograć Mistrza Polski jak najmniejszym nakładem sił.

Ci, którzy oczekiwali od Jana Urbana natychmiastowych efektów, musieli uzbroić się w cierpliwość, a spotkanie z Ruchem Chorzów idealnie pokazało, jak wiele pracy czeka w stolicy Wielkopolski nowego trenera. Daleko wysuniętych wniosków nie należało wyciągać także w w przypadku tej konfrontacji, gdyż Urban, podobnie jak jego poprzednik, już samym wyjściowym składem pokazał, że w żaden sposób nie będzie dzisiaj zainteresowany walką o korzystny rezultat. Z drugiej strony, trudno się temu dziwić. Lech ma w tej chwili zdecydowanie ważniejsze zmartwienia, niż zdobywanie punktów czy walka o pieniądze w europejskich pucharach. Tym samym szansę gry dostali Formella, Tetteh, Holman czy odstawiony pod koniec przygody Skorży z Poznaniem, Denis Thomalla.

Co zrozumiałe, w kontekście rywalizacji w nieporównywalnie bardziej wymagającej lidze, na taki sam manewr zdecydował się także opiekun gospodarzy, Paulo Sousa. Ofiarą tychże rotacji został między innymi Kuba Błaszczykowski, który w wyjściowej jedenastce ustąpił miejsca Joanowi Verdú. Mimo to, kibice we Florencji wydawali się – co jest w pełni uzasadnione – absolutnie pewni zwycięstwa, tym bardziej, że Rossi, Rebić czy Babacar to piłkarze nie tylko doświadczeni, ale przede wszystkim prezentujący określony poziom. Poziom, który w poprzedniej kolejce LE pozwolił zmieść w pył portugalskie Os Belenenses. Do podobnych wniosków doszli również bukmacherzy, którzy przewidywali wygraną podopiecznych Sousy w stosunku 1,36 do 1.


Włosi – może nieco nazbyt pewni swoich umiejętności, a przede wszystkim bezproblemowego zwycięstwa – nie starali się od pierwszych minut nadzwyczajnie forsować tempa. Nie mniej jednak,  już od pierwszego gwizdka sędziego, zarysowała się nieznaczna przewaga Violi w posiadaniu piłki. Już w pierwszych minutach zespół ze Stadio Artemio Franchi poważnie zagroził bramce Buricia po tym, jak Lechici niefrasobliwie próbowali oddalić zagrożenie od własnej bramki. Największą aktywnością wykazywał się Babacar, autor jednej z bramek dla Fiorentiny w poprzedniej kolejce ligi europejskiej. Z każdą kolejną minutą gospodarze coraz mocniej zaczynali przyciskać przyjezdnych z Poznania, szukając kolejnych okazji do otwierającej bramki. Niemalże w każdym elemencie gry było widać dużą różnicę pomiędzy oboma zespołami. Wiadomo nie od dziś, że wyszkolenia technicznego czy taktycznego nie da się nadrobić, ale takie różnice niweluje się innymi środkami – walką, ambicją, sprytem. A tego, ani przez moment pierwszej części gry, nie było widać u podopiecznych Jana Urbana, który głośnymi uwagami próbował zmobilizować nieco swoich piłkarzy.


Wskazówki Urbana zaczęły w drugiej części gry powoli docierać to piłkarzy z Poznania. Lech grał zupełnie inaczej, starał się walczyć o każdą piłkę, umiejętnie ustawiał się w defensywie tak, jakby zaczął momentami wierzyć, że Fiorentina może rzeczywiście jest tego dnia to ogrania. Warto przecież zauważyć, że w ostatnim czasie obiekt Violi nie należy do tych z gatunku nie do zdobycia, a w dwóch ostatnich potyczkach na Artemio Franchi piłkarze z Florencji schodzili z placu gry jako pokonani. W grze Lecha, w porównaniu z ligą, nie zmieniło się jedno – brak jakiejkolwiek jakości w ofensywie. Thomalla dalej był kompletnie niewidoczny, Hämäläinen spacerował niczym po poznańskiej starówce, a Lovrencsics posyłał seryjnie niecelne dośrodkowania, a gdy przyszło mu już oddać strzał – piłka poleciała w najwyższe piętra stadionu gospodarzy.

Pozostało więc oczekiwać na cud, bo tylko w takim gatunku można było rozpatrywać jakiekolwiek poderwanie zespołu przez wprowadzonego z ławki Dawida Kownackiego. Popularny “Kownaś” pokazał jednak, podczas akcji z węgierskim skrzydłowym Lecha, a później w samym wykończeniu jego dogrania, że nie bez przypadku był ( a może cały czas jest) uważany za talent dużej miary.

Jaki ten futbol bywa przewrotny – ostatni zespół w Ekstraklasie, znajdujący się w tabeli za takimi “markami”, jak Podbeskidzie Bielsko-Biała czy Górnik Łęczna, prowadzi na wyjeździe z liderem Serie A! Liderem, który w ostatnich tygodniach potrafił rozbić Inter (zwycięstwo na Giuseppe Meazza aż 4:1 – przyp. red.), a także nawiązać równorzędną walkę z rewelacyjnym w tym sezonie zespołem z Neapolu (minimalna porażka na wyjeździe 1:2 – przyp. red.).

Bramka wyraźnie uskrzydliła Lecha. Poznaniacy zaczęli grać spokojniej i skutecznie rozbijali ataki rywala. Nie popełnili jednak typowego błędu polskich zespołów – nie cofnęli się we własne pole karne, aby bezmyślnie wybijać piłkę. Wręcz przeciwnie, podopieczni Jana Urbana szukali okazji do kontry i to po jednej z nich urodził się rzut wolny, który przyniósł drugie trafienie. Mimo, iż to wprowadzony za Kownackiego Maciej Gajos wpisał się na listę strzelców, to niemalże cała zasługa za bramkę spadła na Marcina Kamińskiego, który idealnie zgrał piłkę pod nogi byłego gracza Jagiellonii Białystok.

Ostatnie minuty, zresztą na własne życzenie Kolejorza, przypominało zaciekłą obronę, którą jednak gospodarzom udało się przełamać. Niewiele zresztą brakowało, aby Poznaniacy wracali do kraju ze spuszczonymi głowami, po tym, jak pod prąd został podłączony Jasmin Burić. Szczęście dopisało jednak w końcówce polskiemu zespołowi i niespodzianka stała się faktem.


Trudno powiedzieć czy będzie to impuls do lepszej gry wciąż aktualnego Mistrza Polski, który momentami dalej grał bezbarwnie, bez polotu i jakiejkolwiek wizji gry. Jeszcze za wcześnie, aby mówić o piętnie, jakie odcisnął Urban, ale nowy szkoleniowiec Lecha dostał prawdziwy prezent i wsparcie od losu. Wszak nie jedna drużyna potrafiła się podnieść z kolan po wielkim zwycięstwie. Czy tak będzie także w przypadku Lecha? W końcu jak nie teraz, to kiedy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *