To nie było ani piękne, ani przekonujące zwycięstwo. Przez dłuższy moment wydało się nawet, że trzeba się będzie pogodzić z kolejną, niespodziewaną stratą punktów. Cel jednak został w pełni zrealizowany: Biało-Czerwoni zdobyli komplet punktów w październikowych meczach eliminacji do Mistrzostw Świata, które za dwa lata zostaną rozegrane w Rosji. Polacy nie zdołali dzisiaj awansować jeszcze na pozycję lidera grupy E, ale cały czas przodownikowi, którym niespodziewanie jest Czarnogóra, ustępujemy wyłącznie gorszym bilansem bramek.

Dopracowane stałe fragmenty gry

To jedna z rzeczy, którą można było zaobserwować równie szybko jak puste miejsca w pierwszych rzędach trybun po przerwie. Jednakże nawet Ci, którzy zdecydowali się rozpocząć drugą część gry skąpani w zapachu zapiekanek i hot dogów mogli zauważyć, że właśnie nad poprawą stałych fragmentów gry najmocniej pracowali na tym zgrupowaniu podopieczni Adama Nawałki.

W żaden sposób nie chodzi tutaj wyłącznie o bramkę otwierającą. Już w pierwszych minutach Biało-Czerwoni zaprezentowali kilka ciekawych schematów rozegrania rzutów rożnych, które niewiele brakowało, a znacznie wcześniej rozwiązałyby worek z bramkami. Inna sprawa, że Nawałka od dłuższego czasu ma do dyspozycji zarówno zawodników potrafiących celnie dośrodkować (Rybus czy Zieliński), a zwłaszcza takich, którzy z górnej piłki umieją zrobić pożytek (Glik, Krychowiak czy Lewandowski).





Atak pozycyjny to nie jest nasza domena

Jeśli od dłuższego czasu czujemy się mocni przy stałych fragmentach gry, o tyle do słabszych stron Polaków zdecydowanie nadal należy zaliczyć grę w ataku pozycyjnym. Podczas Mistrzostw Europy we Francji ten element piłkarskiego rzemiosła funkcjonował na przyzwoitym, a momentami na naprawdę wysokim poziomie. Podczas rywalizacji z Armenią  odezwały się jednak stare demony.


Wszystkie ataki było jednowymiarowe, dlatego nawet grający w osłabieniu reprezentanci Armenii nie mieli większych problemów z rozszyfrowaniem gospodarzy. Warto przy tym zaznaczyć, że właśnie w takich momentach kluczowa jest postawa gracza pokroju Piotra Zielińskiego. Problem w tym, że pomocnik Napoli po raz kolejny długimi minutami, zamiast rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia, przypominał człowieka niecierpliwie oczekującego na kolejny odcinek cyklu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”.


A ile znaczy dla tej kadry wychowanek Zagłębia Lubin pokazały końcowe fragmenty wtorkowej rywalizacji. Wystarczyło bowiem, że po upływie 70. minuty Zieliński zaczął wreszcie brać na siebie odpowiedzialność za wynik, a poskutkowało to kilkoma świetnymi sytuacjami podbramkowymi.


Nieodpowiedzialne zachowanie słono kosztuje

Jest takie powiedzenie: „lepiej mądrze stać niż głupio biegać”. Specjalnie dla Macieja Rybusa wypada je jednak nieco zmodyfikować: „lepiej mądrze przepuścić zawodnika niż głupio go sfaulować”. Podopieczni Adama Nawałki objęli prowadzenie po długich minutach wyjątkowych męczarni i wydawało się, że to, co dobre w tym meczu, dopiero nastąpi. Tymczasem niezwykle nierozważnie postąpił zawodnik Olympique’u Lyon. Nie dość, że popełnił faul w zupełnie niegroźnej sytuacji, to na dodatek rywal utrzymywał się na nogach jak człowiek po wypiciu dwóch butelek śliwowicy i popiciu jej piwem. A tymczasem Pan Maciej dostrzegł jeszcze w Ormianinie pokłady sił i umiejętności.


Ile kosztuje jedno, nieodpowiedzialne zachowanie, wydatnie przekonali się rywale tuż przed końcowym gwizdkiem sędziego…


Magiczna data działa!

Przed pierwszym gwizdkiem sędziego za Biało-Czerwonymi przemawiało niemal wszystko. Rywal? Niżej notowany, mający wiele problemów, w dodatku po pogromie sprzed kilku dni. Był jednak jeszcze jeden krzepiący polskich fanów czynnik – wyjątkowa data, 11 października.


To właśnie wtedy miały miejsce najważniejsze wygrane Polski na piłkarskiej murawie. W tym dniu pokonaliśmy w Chorzowie Portugalię i zanotowaliśmy historyczne zwycięstwo nad mistrzami świata Niemcami na Stadionie Narodowym.

Czy gdyby mecz był rozegrany innego dnia, zdołalibyśmy wygrać? Pewnie tak, bo ta kadra ma jeszcze jednego, ważnego bohatera. Prawdopodobnie za Franciszka Smudy taki mecz byśmy przegrali, za Waldemara Fornalika padłby co najwyżej remis, zaś Nawałka ma przeważnie okazję do okazania po końcowym gwizdku radości.


Znowu staliśmy się LEWANDOzależni

Jeśli już jesteśmy przy bohaterach, trudno nie zatrzymać się choć na chwilę przy kimś z zupełnie innego wymiaru – Robercie Lewandowskim. Nie ma wątpliwości, że po raz kolejny to właśnie jego imię i nazwisko będzie odmieniane najczęściej przez wszystkie możliwe przypadki.


Inna sprawa, że ponownie wróciliśmy do punktu wyjścia. Znów kadra stała się całkowicie zależna od napastnika Bayernu Monachium. I po raz kolejny nie chodzi tutaj jedynie o bramki. To właśnie „Lewy” brał na siebie odpowiedzialność w momentach, gdy zespół był zupełnie bezradny i potrzebował wsparcia swojego lidera. A ten, bez względu na swój status czy wysokość pensji, był w stanie harować na każdym centymetrze boiska.


Arek, wracaj szybko!

W ostatnich tygodniach przez wielu wyśmiewany i wyszydzany. Dopiero pojedynek z Armenią pokazał, jak ważną postacią w tej kadrze jest Arkadiusz Milik i jak bardzo wyczekiwany jest jego powrót.


Napastnik Napoli oferował narodowej drużynie więcej niż można było zaobserwować na pierwszy rzut oka. Bo nawet jeśli nie strzelał niezwykle ważnych bramek, to potrafił znakomicie współpracować z Robertem Lewandowskim, a przede wszystkim udanie absorbował uwagę defensorów rywala.


Oczywiście, Łukaszowi Teodorczykowi nie można odmówić zaangażowania i walki, ale to podstawowe czynniki, których należy wymagać na tym poziomie od profesjonalnego zawodnika. A oczekiwania wobec napastnika, który aspiruje przynajmniej do roli pierwszego zmiennika Milika są nieporównywalnie większe niż wywalczenie dla zespołu gry w przewadze.

Trzeba postawić sprawę jasno – snajper Anderlechtu doczekał się poważnej szansy w reprezentacji i niewiele zrobił, by ją wykorzystać. Czy dostanie kolejną? Odpowiedzi na to pytanie udzielić może jedynie Adam Nawałka…


Skrzydłowy i boczny obrońca? To nie jest synonim…

Wrzuciliśmy jeden kamyczek do ogródka Macieja Rybusa, czas na kolejne. Od dawna wszak wiadomo, że nie każdy boczny pomocnik potrafi udanie prezentować się na jednej z flanek bloku defensywnego. Owszem, nie zatraci swoich walorów ofensywnych, które są ważnym aspektem jego gry. Uszczerbku doznaje jednak zdecydowanie ważniejszy aspekt defensywnego rzemiosła.



Nie można przecież zapomnieć, że podstawowym zadaniem obrońcy jest wykonywanie zadań w destrukcji. A zarówno były zawodnik Tereka, jak i Kuba Błaszczykowski przez wiele momentów z tego obowiązku wywiązywali się mizernie. Po raz kolejny, po podobnym scenariuszu w rywalizacji z Kazachstanem, wyraźnie dało się zauważyć, że Rybus i lewa obrona to nie jest związek na śmierć i życie. I im szybciej zostanie przerwany, tym szybciej pojawią się potencjalne zyski. Chociażby Rybus oferował reprezentacji niesamowitą jakość w ofensywie, to tylko w niewielu momentach pozwoli to na zrównoważenie błędów, które popełni pod bramką Łukasza Fabiańskiego.

Na domiar złego, 27-latek doczekał się „sojusznika” po przeciwległej stronie. Trzeba jednak pamiętać, że po pierwsze, Kuba na prawej obronie to jednorazowy wyskok (coś a’la udany występ Cionka z Danią), a po drugie, zawodnik Wolfsburga w pełni zrehabilitował się w ostatniej akcji meczu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *