Uwaga, w Premier League zwalniają! - foto główne (Kopiowanie)

“To be or not to be” – to pytanie rodem z szekspirowskiego Hamleta zadaje sobie w tym momencie wielu fanów angielskich drużyn walczących o utrzymanie. Już niedługo ich ukochanych ekip może zabraknąć wśród elity, ale wciąż tli się jeszcze iskierka nadziei. Zadbać o to, aby przerodziła się ona w ognisko mają trenerzy, wśród których aż roi się od znanych nazwisk. W niektórych klubach z dołu ligowej stawki nie chcieli czekać, aż będzie za późno i postawili na nowych ludzi. Nadal są jednak miejsca, gdzie niechęć do zmian zaczyna być coraz bardziej irytująca…

Właściwie nikt z drugiej połowy tabeli Premier League nie może być pewny swego, choć najbardziej zagrożone wydaje się być w tej chwili sześć ostatnich zespołów. Prowadzą je choćby obecny mistrz Anglii, były selekcjoner kadry Trzech Lwów, a także niedoszły następca Sir Alexa Fergusona w Manchesterze United, słowem: trenerska śmietanka. Problem w tym, że każdy z tych trzech szkoleniowców nie ma ostatnio zbyt dobrych notowań. O ile Sam Allardyce przejął Crystal Palace kilka tygodni temu i raczej nie powinien spodziewać się zwolnienia, to już Claudio Ranieri i David Moyes zdecydowanie nie mogą czuć się na swojej posadzie niczym w wygodnym fotelu.

Niepewnie na szlakach Premier League porusza się również nieco mniej znany Aitor Karanka z Middlesbrough, który w tym momencie jest zdaniem bukmacherów głównym kandydatem do zwolnienia. Jego zespół ma co prawda mniej straconych goli niż choćby Arsenal i Manchester City, ale jeśli chodzi o grę do przodu próżno szukać gorszych – zaledwie 19 bramek w 25 meczach to wynik mogący wprawić w depresję. W związku z tym zimą sprowadzono na Riverside Stadium dwóch napastników z Championship – Rudy’ego Gestede’a oraz Patricka Bamforda, jednak według Karanki to wciąż zbyt mało, aby skutecznie powalczyć o ligowy byt.

“Musimy wzmocnić zespół, a włodarze wiedzieli już ponad miesiąc temu, na jakich piłkarzach mi zależy. Zimowe okienko nie było udane w naszym wykonaniu i poniesiemy tego konsekwencje. Kluby naszego pokrju kupują piłkarzy za czternaście milionów funtów, a my takich, którzy nie grają nawet w Championship… Jeżeli oczekujemy od Patricka, że z miejsca stanie się gwiazdą drużyny i zdobędzie wiele bramek, to jest to duży błąd. On jeszcze nie jest gotowy. W zeszłym roku wszyscy dostaliśmy medale za awans, bo wykonaliśmy świetną pracę. A teraz? Z tą grupą piłkarzy pozostaje mi jedynie wiara niepoparta żadnymi argumentami…”

Źródło: gazettelive.co.uk
Źródło: gazettelive.co.uk

Sytuację wokół menedżera Middlesbrough podgrzewa historia związana z Gastonem Ramírezem. Urugwajczyk w styczniu złożył oficjalną prośbę o transfer i był bardzo bliski dołączenia do Leicester. W międzyczasie przyplątał mu się uraz kolana, przez co w poprzednim miesiącu wystąpił w zaledwie jednym spotkaniu. Ostatnio wrócił jednak do zdrowia i zagrał kilka minut w zremisowanym meczu z Evertonem. Z pewnością musiało to ucieszyć Karankę, który był mocno zdegustowany ostatnimi perypetiami związanymi z 26-letnim napastnikiem.

“Claudio Ranieri bardzo chciał Gastona w Leicester, więc próbowałem go tam umieścić. Walka z Middlesbrough była jednak bardzo trudna. Karanka powiedział, że jeśli Ramírez odejdzie, on również opuści klub” – Pablo Bencatur, agent Gastona Ramíreza

Postawa drużyny przeciwko The Toffees mogła wlać nieco optymizmu w serca kibiców Boro, gdyż zespół z hrabstwa North Yorkshire był nieźle zdyscyplinowany taktycznie i sprawił sporo problemów ekipie, która kilka dni wcześniej rozbiła u siebie Bournemouth. Dużo gorzej beniaminek spisał się za to tydzień później przeciwko trzecioligowemu Oxford United w Pucharze Anglii. Po dobrym początku i dwóch golach w pierwszej połowie, po zmianie stron rywale w dwie minuty doprowadzili do wyrównania. Wściekłość fanów Smoggies sięgnęła w tym momencie zenitu, jednak gol w końcówce Cristiana Stuaniego nieco uspokoił nastroje i podtrzymał marzenia o trofeum. Dobrze, że chociaż Middlesbrough zaczęło strzelać gole, bo poza Urugwajczykiem trafił również Gestede, jednak należy pamiętać, że w Premier League napastników Karanki czekają starcia z nieco silniejszymi obrońcami niż Curtis Nelson czy Chey Dunkley…

Tyle szczęścia, co podopieczni baskijskiego szkoleniowca, nie mieli zawodnicy Leicester, którzy w minioną sobotę pożegnali się z prestiżowym FA Cup. Mistrzowie kraju nie poradzili sobie z grającym również na poziomie League One Millwall, tracąc gola w ostatniej minucie meczu. Przed spotkaniem Claudio Ranieri narzekał, że dotychczas zbyt mocno ufał zawodnikom, którzy w zeszłym sezonie sięgnęli po tytuł i to sprowadziło Lisy na złą drogę. W krajowym pucharze postawił więc na zawodników, którzy grali mniej, choćby na czekającego wciąż na debiut w Premier League Bartosza Kapustkę. Polak zaprezentował się obiecująco, ale zespołu przed porażką nie uchronił, co tylko wzmogło spekulacje na temat przyszłości włoskiego menedżera.

“Z tej porażki możemy wyciągnąć pozytywy. Millwall po tym, jak dostało czerwoną kartkę, walczyło niesamowicie. Mieli na boisku dziesięciu gladiatorów! Chcę porozmawiać z piłkarzami i powiedzieć im: “Hej, patrzcie jak oni walczyli! Zróbmy to samo! Kto chce iść na wojnę? Potrzebuję prawdziwych żołnierzy i gladiatorów!” Teraz musimy walczyć w każdym meczu do końca sezonu. Bez tego nie utrzymamy się w Premier League”Claudio Ranieri

Obecny sezon wyraźnie pokazuje, że formuła, która przyniosła Leicester historyczny sukces rok temu, wyczerpała się. Ranieri okazał się trenerem, który nie ma planu B i nie jest w stanie zapanować nad tonącym statkiem. Tytuł najlepszej drużyny w kraju wywołuje wśród rywali The Foxes już tylko uśmiech politowania, a najlepszym tego dowodem zero (!) goli w sześciu ligowych meczach w tym roku. Od 10 grudnia na bramkę w Premier League czeka wicekról strzelców Premier League z zeszłego sezonu Jamie Vardy, a po dobrym początku zaciął się również pozyskany latem ze Sportingu Islam Slimani. Największym rozczarowaniem jest jednak postawa Riyada Mahreza, który został wybrany najlepszym piłkarzem ubiegłej kampanii. Dzisiaj Algierczykowi bliżej raczej do tytułu najgorszego, gdyż jego udane zagrania z ostatnich miesięcy stanowią większy towar deficytowy niż swego czasu mięso na sklepowych półkach. Poza ofensywą Leicester, niezwykle słabo wygląda również gra Lisów w obronie, a to przecież właśnie ta formacja była kluczem do świetnych wyników przed rokiem. Magia szybko przestała jednak działać i teraz zdobycie bramki przeciwko Leicester City nie stanowi większego problemu.


Najnowsza przygoda ekipy z King Power Stadium w Premier League jest zatem dla jej kibiców prawdziwą huśtawką nastrojów. Najpierw pod wodzą Nigela Pearsona rzutem na taśmę Lisy wywalczyły utrzymanie, potem zdobyły sensacyjne mistrzostwo, a teraz znów czeka ich mordercza batalia o ligowy byt. Na piłkarską nudę nad rzeką Soar na pewno nie można więc narzekać, jednak nie do końca o takie emocje chodziło. Włodarze Leicester, mając w pamięci sukcesy Ranieriego z poprzedniego sezonu, wzbraniają się przed jego zwolnieniem, ale drużynie wyraźnie potrzebny jest mocny wstrząs, którego Włoch nie jest w stanie zapewnić od dłuższego czasu. Piłkarze również są coraz bardziej sfrustrowani, czego dowód dał swoją wypowiedzią po porażce 0:3 z Manchesterem United Kasper Schmeichel:

“To nie jest komfortowa sytuacja. Jesteśmy obrońcami tytułu i to, co robimy, jest po prostu upokarzające! To jest ten moment, w którym musimy się podnieść. Dotyczy to wszystkich w klubie – od prezesów po sprzątaczki. Przecież chyba nikt z nas nie chce, abyśmy spadli. Nie mówmy już więcej o poprzednim sezonie. To piękna historia, ale teraz przynosimy klubowi wstyd…”

Atmosfera w szeregach obrońców tytułu nie jest zatem najlepsza, a podsycają ją jeszcze doniesienia prasowe o obcinaniu piłkarzom pensji za słabe wyniki. Latem, po zdobyciu mistrzostwa, największe gwiazdy na czele z Mahrezem, Vardy’m i kapitanem Wesem Morganem mogły cieszyć się ogromnymi podwyżkami, jednak w ich umowach miał znaleźć się również zapis o zmniejszeniu poborów o 40% w przypadku walki o utrzymanie. Podobnie rzecz wygląda w przypadku graczy przybyłych do klubu latem. Oni wyższe uposażenia otrzymali niejako z automatu – w końcu najlepszy zespół w Anglii nie może płacić swoim zawodnikom groszy. Rezultaty są coraz słabsze, więc nieubłaganie zbliża się moment aktywowania tej nieprzyjemnej klauzuli…

Coraz więcej mówi się także o zepsutej atmosferze pomiędzy piłkarzami a Ranierim, na co wpływ miała mieć sytuacja Leonardo Ulloy. Argentyńczyk zimą chciał odejść do Sunderlandu, ale zgody nie wyraził na to włoski menedżer. Według napastnika złamał on tym samym wcześniejsze ustalenia.

Przykro mi, że znalazłem się w takiej sytuacji, ponieważ spędziłem tu dwa cudowne lata, ale obecna sytuacja nie mieści się w moich planach. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdybym odszedł do klubu, gdzie odzyskałbym radość. Menedżer przez ostatnie trzy miesiące zapewniał, że jeśli zgłosi się klub, który zapłaci za mnie cztery albo pięć milionów funtów, to pomoże mi w transferze. Z mojej wiedzy wynika, że pojawiły się nawet wyższe oferty, ale nie są rozpatrywane. Dziś trener powiedział mi, że chce, żebym został. Ale gdyby tak się stało, miałoby to negatywny wpływ na moją przyszłość i dalszą karierę”Leonardo Ulloa


Ranieri nie wygląda jednak na zbyt przejętego całą sytuacją i wciąż cieszy się pełnym poparciem zarządu.

“Nie prosiłem prezesa o to wsparcie. Doskonale wiem, jakie jest jego zdanie. Myślę, że to oświadczenie jest bardziej wiadomością dla mediów po to, aby przestały spekulować na temat mojego odejścia. Atmosfera w drużynie jest fantastyczna. Zgadzam się z nimi, że gramy źle. Słyszałem też wypowiedź Kaspera. Jest jednym z moich liderów i myślę, że tymi słowami chciał wszystkich pobudzić. Zawsze jednak powtarzam piłkarzom, że moje drzwi są otwarte, a nasze relacje są takie same jak w zeszłym sezonie. Chociaż mój akcent nadal nie jest zbyt dobry, oni doskonale wszystko rozumieją!


Zarówno włodarze Leicester, jak i Middlesbrough pozostają więc lojalni wobec swoich menedżerów, ale już wcześniej na dole tabeli nie obyło się bez nerwowych ruchów. Najwięcej roszad na trenerskim stołku dokonano w Swansea, gdyż Walijczyków w tym sezonie prowadzi już trzeci szkoleniowiec. Paul Clement zastąpił będącego na stanowisku zaledwie 85 dni Boba Bradleya i podniósł swoją drużynę z ostatniego miejsca w tabeli ponad strefę spadkową. Za kadencji 44-letniego Anglika Łabędzie zanotowały już cztery zwycięstwa, a najbardziej w pamięci kibiców zapisał się spektakularny triumf na Anfield. Z Liverpoolem, tyle że u siebie, wygrał w ostatnim czasie również inny ligowy outsider, u którego zmiana menedżera okazała się trafnym posunięciem. Mowa oczywiście o Hull City, któremu po zatrudnieniu Marco Silvy nie straszny był nawet niekorzystny terminarz. Na przełomie stycznia i lutego Tygrysy mierzyły się bowiem kolejno: z Chelsea, Manchesterem United, Liverpoolem i Arsenalem, a mimo to udało im się wywalczyć cztery oczka. Nie jest to może dorobek rzucający na kolana, ale biorąc pod uwagę klasę rywali i postawę ekipy z KCOM Stadium pod koniec poprzedniego roku, taka zdobycz punktowa zasługuje na duże uznanie.


Dwa ostatnie miejsca okupują zespoły, których menedżerowie także nie mogą spać spokojnie. W Crystal Palace Sam Allardyce jest odwrotnym przykładem do tego, co wydarzyło się w Hull i Swansea. Na Selhurst Park pod koniec roku zdecydowano się pożegnać z menedżerem Alanem Pardewem, jednak odkąd zatrudniono “Big Sama”, wyniki pogorszyły się jeszcze bardziej. Orły pod wodzą byłego selekcjonera reprezentacji Anglii wygrały zaledwie jeden mecz i zanotowały aż sześć porażek, co sprawia, że w południowo-wschodnim Londynie już zaczęli się zastanawiać, czy zaprawiony w bojach menedżer poradzi sobie z utrzymaniem zespołu. Sprzymierzeńcem Palace nie jest również terminarz, gdyż The Eagles czekają jeszcze mecze ze wszystkimi drużynami z czołowej szóstki.


Allardyce liczy na pewno na powtórzenie scenariusza, który przerabiał między innymi rok temu w Sunderlandzie. Na Stadium of Light są już przyzwyczajeni do cudownych utrzymań i nagłej zwyżki formy w okolicach marca i kwietnia. Czarne Koty niedawno odniosły spektakularne zwycięstwo 4:0 właśnie na boisku Crystal Palace, jednak porażka w takim samym stosunku tydzień później u siebie z Southamptonem znów sprowadziła ich na ziemię. Wykorzystując przerwę na mecze Pucharu Anglii, menedżer David Moyes zabrał swój zespół na krótkie zgrupowanie do Nowego Jorku, aby pozwolić piłkarzom odciąć się od nerwowej atmosfery.

“Myślę, że to będzie dobre dla drużyny. Poznamy się bliżej jako grupa i przygotujemy na wielkie wyzwania, z dala od całego zgiełku. Dlaczego nie wybraliśmy się do Hiszpanii czy innego ciepłego kraju? Cóż, właśnie tego chcieliśmy. Wszyscy lubimy słońce, poza nami, rudymi Szkotami (śmiech). Przynajmniej piłkarze skoncentrują się na robocie, a nie na opalaniu. Jeździłem do Nowego Jorku już w przeszłości jako menedżer Evertonu i to działało. Obejrzymy mecze hokeja i koszykówki, ale będziemy również trenować oraz biegać po Central Parku. Zespół wróci do domu silniejszy!”

Póki co, po powrocie drużyny ze Stanów Zjednoczonych, przez pracowników klubu przewinęła się fala zwolnień, która wzbudziła spore kontrowersje. Dyrektor generalny Sunderlandu Martin Bain uznał, że trzeba zmienić nieco strukturę organizacyjną oraz poprawić wyniki finansowe. Pracy na razie nie został jednak pozbawiony Moyes, który znów musi liczyć na cud. W ostatnim czasie jego drużynę dopadła bowiem plaga kontuzji, a jedynym jasnym punktem jest tradycyjnie Jermain Defoe. Bramki doświadczonego Anglika będą niezbędne w walce o utrzymanie. Menedżer liczy, że 34-letni snajper trafi do siatki już w najbliższej kolejce, gdyż Szkota czeka sentymentalna podróż na Goodison Park. To właśnie w Evertonie Moyes święcił największe triumfy i wyrobił swoją pozycję na tyle, że został mianowany następcą Sir Alexa Fergusona w Manchesterze United. Dzisiaj 53-letni szkoleniowiec jest w zupełnie innym momencie kariery i jeśli nie wygra na swoim dawnym stadionie, obecna kampania może być szóstą (!) z rzędu, w którym na Stadium of Light doczekamy się zmiany menedżera.

Źródło: The Sun
Źródło: The Sun

Karuzela wśród trenerów Premier League zaczyna coraz mocniej bujać się we wszystkie strony i konsekwentnie wyrzuca za burtę najsłabszych. Na giełdzie co chwilę pojawiają się nowe nazwiska “strażaków” mających gasić pożary, a przykłady Hull oraz Swansea dają do myślenia prezesom innych klubów. Czasu na decyzje pozostaje coraz mniej, więc zbliżająca się kolejka może być dla Karanki, Ranieriego czy Moyesa kluczowa. Dwaj pierwsi stali się ofiarami własnego sukcesu (awans do Premier League i mistrzostwo kraju), a ostatni nie potrafi odnaleźć swojego miejsca po opuszczeniu Evertonu. Trudno zakładać, że cała trójka zachowa stołek do końca rozgrywek, ale misja któregoś z nich musi zakończyć się powodzeniem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *