barcelona-atletico-madrid-supercopa-60

Szalejąca od kilku miesięcy pandemia odcisnęła swoje piętno na wielu dziedzinach życia. Co zrozumiałe, w nowej rzeczywistości musieli odnaleźć się zawodnicy, trenerzy, działacze, a przede wszystkim kluby piłkarskie, które z dnia na dzień zostały pozbawione wysokich dochodów. Wydawało się, że problemy z utrzymaniem na powierzchni dotkną tylko “niskobudżetowców” z niezbyt imponującym zapleczem infrastrukturalnym. Od najbogatszych oczekiwano natomiast, że wezmą przykład z Juventusu, gdzie wszyscy gracze i cały sztab trenerski zrezygnowali ze swoich wynagrodzeń przez cztery miesiące. W Hiszpanii, tak mocno doświadczonej przez COVID-19, sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Nietrafiona polityka transferowa oraz nadmierna rozrzutność w ostatnich latach sprawiły, że w trudnym położeniu, wymagającym zdecydowanych działań, znaleźli się giganci LaLiga – FC Barcelona i Atlético Madryt.

W połowie marca włodarze niemal każdej profesjonalnej ligi piłkarskiej na świecie doszli do wniosku, że w zaistniałych okolicznościach nie można normalnie prowadzić sportowej rywalizacji i niezbędne jest zawieszenie rozgrywek. Stało się jasne, że gdy sytuacja nieco się uspokoi i uda się wznowić zmagania, futbol nie będzie już taki sam. Nie wszędzie podjęto nawet próbę dokończenia sezonu ligowego. We Francji oraz w Holandii bardzo szybko zakończono walkę o jak najwyższe miejsce w tabeli, a jej ostateczny kształt ustalono na podstawie kolejności po ostatniej rozegranej kolejce.


Odnaleźć się na boisku w nowej pandemicznej rzeczywistości jako jednym z pierwszych udało się naszym zachodnim sąsiadom. Obecna otoczka spotkań Bundesligi jest jednak wyjątkowo przygnębiająca: puste trybuny, szczególne środki ostrożności, rezerwowi w maseczkach, nieustanna dezynfekcja. Nie było wątpliwości – przez długi czas będzie trzeba akceptować fakt, że na stadionach brakuje fanów. Sternicy czołowych klubów na Starym Kontynencie zdawali sobie z tego sprawę już znacznie wcześniej. Doskonale wiedzieli również, że oznacza to dużo mniejsze wpływy do budżetu i zagrożone wypłaty z tytułu praw telewizyjnych. Wielokrotnie przytaczano wówczas słowa honorowego prezesa Bayernu, który spodziewał się wielkiej zapaści także na rynku transferowym.

“Teraz nastanie zupełnie nowa rzeczywistość. Wartość piłkarzy dramatycznie spadnie i ten stan może się utrzymać nawet przez trzy lata! W najbliższym czasie musimy zapomnieć o transferach na poziomie 100 mln €.”

Uli Hoeneß

Błyskawicznie wdrożono ekstraordynaryjne procedury, ruszyła też akcja obniżania pensji na czas walki z epidemią. W tych wyjątkowych okolicznościach właściwy przykład popłynął ze stolicy Piemontu, czyli siedziby dominatora włoskiej elity. Cristiano Ronaldo i spółka zgodnie zdecydowali o rezygnacji z wynagrodzeń za marzec, kwiecień, maj oraz czerwiec, dzięki czemu w klubowej kasie Juventusu zostało aż 90 mln €.

W większości topowych klubów negocjacje w sprawie redukcji uposażeń przebiegały sprawnie i bez zbędnej zwłoki ogłaszano porozumienie. Trudno było bowiem spodziewać się, że sowicie opłacane gwiazdy futbolu nie wykażą się w tym czasie odpowiedzialnością, zwłaszcza że nie mogą normalnie wykonywać swoich obowiązków wobec pracodawcy. Ze zdumieniem obserwowano więc przedłużające się rozmowy w gabinetach katalońskiego giganta, gdzie długo nie zdawano sobie sprawy ze skomplikowanej sytuacji finansowej. Kompromis udało się w końcu osiągnąć, ale nawet zaoszczędzenie 40 mln € nie wystarczyło do ugaszenia pożaru. Kilka dni temu w lokalnym radiu “RAC 1” pojawiła się informacja, jakoby zarząd Barcelony próbował wymusić na zawodnikach kolejną obniżkę poborów, na co sami zainteresowani w żaden sposób nie chcą się zgodzić.


Jak to możliwe, że jeden z najlepszych klubów w historii piłki nożnej musi decydować się na tak desperackie kroki? Odpowiedź jest bardzo prosta – zupełnie nietrafiona polityka transferowa. Tylko na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy działacze Blaugrany wydali bagatela 300 mln € na duet Philippe Coutinho – Ousmane Dembélé. Problem tym większy, że żaden z wymienionej dwójki ofensywnych piłkarzy nie spełnił pokładanych nadziei i bardzo chętnie by się z nimi pożegnano, gdyby udało się odzyskać choćby część zainwestowanych pieniędzy. Potężnym obciążeniem dla budżetu FCB są również pensje. Według raportu analityków z Global Sports Salaries Survey to właśnie Duma Katalonii przeznacza największe sumy na wynagrodzenia dla swoich piłkarzy.

Źródło: Sporting Intelligence
Źródło: Sporting Intelligence

Niewiele lepiej wygląda sytuacja w stołecznym Atlético. Diego Simeone, zamiast aktywnie działać na rynku transferowym, będzie musiał przede wszystkim uszczuplić kadrę swojego zespołu, szczególnie że już niebawem trzeba będzie przelać na konto Chelsea FC kilkadziesiąt milionów euro za Alvaro Moratę. W przypadku madryckiego klubu powodem zapaści finansowej także okazały się błędne decyzje transferowe, na czele z Thomasem Lemarem, na którego trzeba było wyłożyć prawie 70 mln €. Bilans byłego gracza AS Monaco w tym sezonie: zero bramek i tyle samo asyst. Nie dziwi więc niezwykłe podekscytowanie, z jakim przyjęto w czerwonej części stolicy Hiszpanii spekulacje na temat potencjalnych przenosin Francuza do Premier League. Kibice Los Rojiblancos muszą przygotować się na to, że jeśli w najbliższym czasie na Wanda Metropolitano pojawią się jakiekolwiek wzmocnienia, to przy możliwie najniższych kosztach. O takich piłkarzy trzeba będzie jednak zaciekle rywalizować z innymi klubami.


Na Półwyspie Iberyjskim zdarzają się też pozytywne przypadki, które warto naśladować. Na zupełnie innej płaszczyźnie niż kluby z Madrytu czy Barcelony funkcjonuje Athletic Club, od lat budzący szacunek za wierność swoim ideałom. Ortodoksyjne podejście Basków sprawia oczywiście, że klubowa gablota rzadko jest wzbogacana o jakiekolwiek trofeum, tym niemniej Los Leones udało się wystąpić w europejskich pucharach, a teraz włodarze z Bilbao mogą poszczycić się znakomitą kondycją finansową.

Czy to oznacza, że stabilna struktura organizacyjna pozwoli w końcu Athletikowi włączyć się do walki o najwyższe cele? Trudno być aż tak wielkim optymistą, bowiem przykłady się AS Monaco, Leicester City czy Piasta Gliwice z rodzimego podwórka jasno pokazują, że nie zawsze to finanse decydują o niespodziewanym sukcesie. Kierownictwu Atlético i Barcelony należy zatem przypomnieć uniwersalną zasadę, że wydawać można dużo, jeśli czyni się to z głową.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *