06d2b4da1d73a7a2e16c705d86e0d3b1

Innego scenariusza raczej nikt przed wyborami prezesa PZPN nie zakładał. Już dawno zwycięstwo jednego z kandydatów nie było traktowane z taką naturalnością. Zbigniew Boniek zmiażdżył Józefa Wojciechowskiego stosunkiem głosów 99 do 16 i dostał szansę kontynuacji swojej pracy. Te wybory zapamiętamy jednak nie tylko ze względu na wyższą niż zwykle przewagę zwycięzcy…

Około godziny 10 w hotelu Sofitel Victoria w Warszawie, gdy rozpoczynało się walne zgromadzenie sprawozdawczo-wyborcze Polskiego Związku Piłki Nożnej, nastroje w obozie Bońka były dosyć spokojne. Urzędujący prezes nie spodziewał się chyba jednak, że kilkanaście minut później jedyny kontrkandydat wykruszy mu się sam. Józef Wojciechowski po nieudanej próbie przeforsowania głosowania w formie papierowej… obraził się i wyszedł z sali! Cyrk, jakiego świadkiem była cała Polska to smutny obraz dawnych czasów, gdy w naszym piłkarskim środowisku takie zachowania były na porządku dziennym. Zero klasy, szukanie dziury w całym i przede wszystkim pogarda dla jakichkolwiek zasad. Po przejęciu sterów przez Bońka na szczęście zostały wprowadzone nieco inne standardy, więc parodia trwała tylko trzy godziny.

Były właściciel Polonii Warszawa od początku nie miał szans w rywalizacji z “Zibim”, ale zachowanie Wojciechowskiego oraz jego komitetu poparcia w ostatnich tygodniach jeszcze mocniej wskazywało tę kandydaturę jako absurdalną. Jak ograniczonym umysłowo trzeba być, aby jako były polityk PO składać do ministra sportu w rządzie PiS list z prośbą o wycofanie Bońka z wyborów, wie tylko Cezary Kucharski. To właśnie on w ostatnich dniach do spółki z Radosławem Majdanem dostarczali polskim kibicom groteskowych wrażeń. Dzień przed wyborami szokowali na przykład doniesieniami o tym, że Boniek grał z Wojciechowskim w tenisa w pożyczonych butach. Cóż za niekompetencja! Ponadto, w swoim wyborczym spocie rywal obecnego prezesa z trwogą informował, że podczas rządów byłego wybitnego reprezentanta Polski upadło aż piętnaście rodzimych klubów. Zapomniał dodać, że jeden z nich – Polonia Warszawa – to w dużej mierze dzieło jego samego. Absurd gonił więc absurd.



Doprawdy dziwi mnie aż tak duża liczba głosów dla Wojciechowskiego. Okazuje się, że szesnaście osób uwierzyło w to, że wybawieniem dla polskiej piłki okaże się grabarz stołecznych Czarnych Koszul. I tych szesnastu naiwniaków jak najszybciej powinno odejść z naszego futbolu (ale na pewno nie naszej redakcji, bowiem ktoś tak niekompetentny nigdy nie zostałby do niej przyjęty), podobnie jak JW. Ja w tego człowieka już nigdy nie uwierzę. Tegoroczne wybory były ostatnią szansą, aby pokazać, że rzeczywiście zależy mu na zrobieniu czegoś dobrego w krajowym futbolu. Z takim zapleczem finansowym mógłby wspomóc niejeden klub czy szkółkę piłkarską, tymczasem jest nikomu niepotrzebnym szkodnikiem. Okazało się, że jedyne na czym zależy Wojciechowskiemu to awantura i rozgłos. W ten sposób nie da się niczego zbudować, a kulminacją całej tej żenującej historii było ostentacyjne wyjście z sali i poddanie się.


Co było głównym błędem JW? Przede wszystkim skupienie swojej kampanii na podgryzaniu Bońka, a nie na własnym pomyśle na rodzimą piłkę. Prawdopodobnie stało się tak po prostu dlatego, że Wojciechowski go nie miał. Nie było żadnej walki na programy czy merytorycznej dyskusji o problemach, które trawią polski futbol w wydaniu klubowym. Boniek również nie jest idealny, ale przede wszystkim jest człowiekiem zrównoważnym. Nigdy nie odstawiłby takiego cyrku, a przede wszystkim pod jego rządami związek to zupełnie inna instytucja niż cztery lata temu. Dzisiaj nikt nie zakłada już portali “Koniec PZPN” ani nie musi wstydzić się za polskich działaczy. Boniek – tylko i aż – wprowadził normalność, ale patrząc na dzisiejsze zachowanie Wojciechowskiego, trzeba ją docenić jeszcze bardziej.

Porażka 69-letniego biznesmena to również ogromny policzek dla całej opozycji w związku. Przez cztery lata wyraźnie dało się zauważyć grupę działaczy i dziennikarzy niezadowolonych z rządów Bońka. Sam fakt istnienia takiej grupy mógłby być budujący nawet dla samego prezesa, bo przecież każdy ma prawo mieć inne spojrzenie. Często konfrontacja z dysydentami sprawia, że stajemy się lepsi, jednak niestety w tym przypadku mamy do czynienia z ludźmi nastawionym na bezmyślną krytykę. Taką rolę spełniał podczas kampanii właśnie komitet poparcia Wojciechowskiego. Majdan z Kucharskim swoimi konferencjami narażali się jedynie na śmieszność i trudno mieć pretensje do Bońka, że nie widział w nich poważnych rywali. Prawda jest taka, że oponenci obecnego prezesa byli słyszalni podczas czterech lat jego rządów, ale kiedy przyszło do wyborów, zostali boleśnie zweryfikowani.


Zbigniew Boniek przez swoją pierwszą kadencję zdążył pokazać, że jest człowiekiem z innej bajki niż większość polskich działaczy, jakich znaliśmy do tej pory. Właśnie dlatego jest idealny do pełnienia tej odpowiedzialnej funkcji i nikogo nie oburzają nawoływania Michała Listkiewicza, który mówi o zmianie prawa, aby “Zibi” mógł rządzić związkiem nawet przez trzy kadencje. Na własnym podwórku 60-latek absolutnie nie ma konkurencji, co tylko potwierdziły wybory. Na pewno ma co świętować, ale w głębi duszy pewnie żałuje, że nie miał okazji sprawdzić się w poważnej rywalizacji z rzetelnym kandydatem. Merytoryczna dyskusja zawsze daje pole do rozwoju, a Boniek nigdy nie unikał konfrontacji. Tutaj jednak Wojciechowski stchórzył, tak jak cała opozycja w najważniejszym momencie próby.


Formalności załatwione, kadencja przedłużona, ale nowy-stary prezes PZPN-u z pewnością nie będzie tego długo celebrował. Wygraną mógł założyć już dawno temu, więc plan na kolejne cztery lata z pewnością ma już przygotowany. Nie ma wątpliwości, że Bońkowi nie zabraknie zapału do jego realizacji, a nas czekają kolejne interesujące chwile. Przy nim związek często zaskakuje pozytywnie. Wielu nie może się doczekać choćby przyszłorocznych Młodzieżowych Mistrzostw Europy.

Zbigniew Boniek, jak każdy, ma swoje wady, ale niestety obok nazwiska Wojciechowskiego trudno wskazać jakiekolwiek zalety poza tym, że ma gruby portfel. Miłości do futbolu jednak nie można kupić, a nią “Zibi” jest przepełniony do cna. Oby było to widać także podczas kolejnej kadencji!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *